Mustangi, Pacyfik i Młody Las

Dziś nadmorskie miasteczka Chile wyglądają inaczej niż jeszcze parę lat temu. Ostatnie trzęsienie ziemi znów dokonało okrutnej weryfikacji linii brzegowej środkowego wybrzeża. Malutkie Pichilemu zmieniło się w zmącony tygiel z piaskiem i resztkami zabudowań.

Winnica morza

Gdy osiem lat temu pierwszy raz odwiedziłem Valparaíso, zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Bynajmniej nie ze względu na nowoczesny port lub ogromną ilość atrakcji turystycznych jaką oferują nadmorskie kurorty. Jego głównym atutem była swoista naturalność. Klimatyczne miasto portowe o raczej niskiej, kolonialnej zabudowie, zatopione w słońcu i niemal zespolone z linią brzegową Pacyfiku. Jego część stanowiła mała dzielnica – właściwie osobne miasteczko o turystycznym zacięciu – Viña del Mar.
Nazwa miasta w wolnym tłumaczeniu oznacza „winnicę morza”. Nigdy jednak nikt nie uprawiał tutaj żadnych winogron. Jest to jak gdyby biblijna alegoria obfitości. Łowione tu ryby i owoce morza osiągają niespotykane rozmiary i stanowią swoisty kolaż jadalnych stworzeń. Na chilijskim stole zobaczyć można niemal wszystkich przedstawicieli oceanicznej fauny uznanych za morskie delicje. Większość ze spławianych ryb i mięczaków trafia natychmiast na słynny w Santiago de Chile targ rybny – Mercado Central.
Fot. Lucas BurchardW Viña del Mar jest wiele atrakcji turystycznych. Dla mnie największymi są przepiękny brzeg oceanu i lokalna kuchnia. Dla miłośników hazardu wybudowano atrakcyjnie usytuowane kasyno, którego część znajduje się tuż nad plażą i uderzającymi w skalisty brzeg falami oceanu. Wystarczy wyjechać tuż za miasto, by wielbiciele smacznej kuchni znaleźli jakąś osobliwą restaurację. Polecam Albatrosa w Concón. Nazwa restauracji może niezbyt nobliwie nam się skojarzy, jednak w chilijskim, albo lepiej napisać valparaisowym, wydaniu to autentyczny kulinarny raj.
Wszystkie potrawy są zawsze wyjątkowo świeże. Ostrygi, małże, ryby łowione niemal na oczach gości. W kuchni wrze robota. Miałem kiedyś okazję obserwować pracę kucharzy i pomocników, których w małym kuchennym pomieszczeniu pracuje kilku jednocześnie. Dzięki temu klienci nie są zmuszeni do długiego oczekiwania na zamówione danie, choć biorąc pod uwagę widok z okien sali restauracyjnej – urwiste brzegi Pacyfiku, szeroką panoramę i wszędobylskie olbrzymie pelikany – nie byłoby to nudne. Ilekroć jestem w Concón, myślę, że ten lokal powinien nosić nazwę Pelícano…

Chilijskie mustangi

Środkowa część Chile znajduje się pod wpływem klimatu podzwrotnikowego, co   oznacza, że średnia roczna temperatura wynosi ok. 20ºC. Warto pamiętać, że gdy my w Polsce marzniemy i szukamy każdego możliwego źródła ciepła, by ogrzać dłonie, w Chile jest właśnie środek suchego, ciepłego lata. Brzeg Oceanu Spokojnego jest zimny i ciemny. Czarny piasek przypomina raczej mieszaninę miału z makiem. Rzecz jasna miejscowości nastawione na turystykę dbają o drobny, miły dla stóp piaseczek, jednak dzika część wybrzeża jest mniej przyjazna pod tym względem. Woda przez okrągły rok rzadko osiąga temperaturę zbliżoną do Bałtyku. Masy wód pchane przez chłodny Prąd Peruwiański znad Antarktydy nie sprzyjają kąpielom ani uprawianiu sportów wodnych. Ale myli się ten, kto myśli, że Chile nie korzysta z linii brzegowej do uprawiania czynnej turystyki. Wielu Chilijczyków uprawia surfing lub żeglarstwo. Niektórzy przyzwyczajeni do chilijskich warunków zimne kąpiele wpisują do wakacyjnego planu.
Fot. Banjamin DumasJa jednak uważam, że najprzyjemniejszym sposobem spędzania czasu nad Oceanem Spokojnym w tej części kraju jest jazda konna. Prawie każda, nawet najmniejsza nadmorska miejscowość dysponuje „wypożyczalnią” koni. I to nie byle jakich koni, ale rzadkich w Europie mustangów! Ich drobna budowa sprawia, że są one niezwykle zwinne, a tym samym łatwo się na nich jeździ. To przystępna „atrakcja turystyczna” nawet dla niewprawnych jeźdźców. Chilijskie mustangi hodowane przez tubylczych gauchów są zadbane i wyposażone w precyzyjnie wykonane, drewniane kulbaki. Są one dość twarde, więc nieprzyzwyczajona do tego rodzaju siodła tylna część ciała boli jeszcze kilka dni po doświadczeniach związanych z jazdą.
Niemniej prowadzenie mustanga jest bajecznie proste i niezwykle przyjemne. Wystarczy, że jeździec lejcami trzymanymi tylko w jednej ręce będzie operować jak joystickiem, aby koń zrozumiał jego intencje i przemieścił się w żądaną stronę (druga ręka najczęściej pozostaje wolna lub służy do podparcia tułowia na tylnej części kulbaki). Chcesz wejść w galop – „joystick” w przód, a plecy odchyl do tył.u Ale wystarczy, abyś delikatnie zaczął pochylać się do przodu – koń natychmiast zacznie zwalniać. Cudownie mądre i przyjazne zwierzęta.

Urokliwe odludzie

Jest takie miasteczko w południowej części środkowego wybrzeża Chile, które w mapundungun – języku autochtonicznej ludności (Indian z plemienia Mapuche) – nosi nazwę Mały Las. Pamiętam jedną z wycieczek, gdy doświadczyłem przejażdżki mustangiem należącym do starego gaucho Pedro. Dotychczas zdarzało mi się zaliczać plenery głównie w podkrakowskich dolinkach albo w zachodniopomorskich lasach. Tymczasem w Pichilemu, po krótkim rajdzie po pobliskich wydmach, postanowiliśmy pogalopować nad brzegiem Pacyfiku. Tego zetknięcia kopyt z piaskiem i napływającymi falami  pozazdrościliby nam nawet najstarsi ułani! Jest taka scena w zekranizowanej trylogii Tolkiena: fale wzbierającej rzeki zamieniają się w galopujące konie z długimi grzywami. Obraz przepiękny i pełen pozytywnych emocji. Wypisz, wymaluj – jak w moich wspomnieniach z tamtego wyjazdu.
Fot. Rodrigo DGVPichilemu jest malutkie i leży na odludziu. Nie miało szans porządnie się rozwinąć gospodarczo i turystycznie. Oddalone setki kilometrów od Santiago i Valparaiso, głównych ośrodków miejskich, nie ma gwarnych handlowych alejek z setkami gastronomicznych budek, tak charakterystycznych dla kurortów. Ale znów – de gustibus non disputandum est – dla mnie jest bardziej osobliwe i autentyczne. I cieszę się, że kiedyś przed laty moje pierwsze sto metrów kraulem w Oceanie Spokojnym przemierzyłem właśnie w lodowatych wodach w pobliżu Młodego Lasu na oczach zdziwionego Mapucha, który przez plażę przeprowadzał strojnie przebraną lamę. On w ten sposób zarabiał na życie – pozwalając robić sobie i zwierzęciu zdjęcia. I po prawdzie – obaj patrzyliśmy na siebie dość zdziwieni…
Co innego miasteczka Algarrobo lub San Antonio, które są dużo większe, a ich nowoczesna infrastruktura upodabnia je do dużych miejscowości turystycznych na wschodnim wybrzeżu Ameryki Południowej. Za niewielką sumę można wynająć mały slup (jednostka pływająca o napędzie żaglowym, posiadająca jeden maszt), by przemierzać Pacyfik wzdłuż linii brzegowej Chile. I choć woda jest tutaj niewiarygodnie przejrzysta, nieuważny żeglarz narażony jest na niebezpieczeństwo uszkodzenia łodzi o podwodne skały, bowiem większa część linii brzegowej obfituje w wystające z dna głazy i otoczaki.

Niekompletny raj?

Niestety, ta część świata jest bardzo aktywna sejsmicznie – płyty tektoniczne pracują bez przerwy, wywołując co jakiś czas drgania lub trzęsienia ziemi. Półtora roku temu w tym regionie znajdowało się epicentrum takiego zjawiska, powodując w całym kraju wiele zniszczeń. Pichilemu zrównane zostało do poziomu czarnych piaszczystych plaż. Ten boski wyrok okazuje się jednak zbawienny w dłuższej perspektywie. Nowe inwestycje pozwalają odrodzić się wiosce jeszcze piękniejszą i atrakcyjniejszą, a na pewno tajemniczo egzotyczną dla przybysza ze Starego Kontynentu, którego przyrodniczy ład został już dawno ustalony…

 

O Enoturystyce w Chile czytaj na: Odpoczynek z winem w tle