Na południe od Sycylii

Mija właśnie dziesięć lat od chwili, kiedy na jednej z niewielu piaszczystych plaż maltańskich osłoniłem się przed słońcem miejscową gazetą. Artykuł zamieszczony na pierwszej stronie informował, że poprzedniego dnia późnym wieczorem pewien mieszkaniec St. Paul został napadnięty i lekko pobity.

Przez kilka kolejnych dni także w telewizji nie mówiło się o niczym innym. Przestępstwo na Malcie. Rzecz nie do pomyślenia.

Tak było kiedyś. Dziś, szczególnie po arabskiej wiośnie ludów, czterysta tysięcy Maltańczyków nie żyje już w rajskiej oazie bezpieczeństwa. Ale wciąż jest to kraj o najniższych wskaźnikach przestępczości. To ważna wiadomość nie tylko dla miejscowych. Maltę odwiedza rocznie półtora miliona turystów. Ich liczba ciągle rośnie, a miejscowi winogrodnicy dawno już przestali zaspokajać potrzeby tutejszego rynku winiarskiego. Na niewielkim skalistym archipelagu (Malta, Gozo, mikroskopijne Comino) rośnie zaledwie 700 ha winorośli. Co przyciąga turystów na wyspy, których w ogóle nie widać na mniej dokładnych mapach Europy?

Związki brytyjsko-punickie

Fot. www.malta.comMoże wygodne połączenie angielskiego języka i kultury ze śródziemnomorskim klimatem? W tej dawnej brytyjskiej kolonii angielski wciąż jest – obok maltańskiego – językiem urzędowym i władają nim wszyscy miejscowi. Dla turystów z Europy Środkowo-Wschodniej (nie mówiąc już o Brytyjczykach i Amerykanach) to ogromne ułatwienie w podróży. Wszystko jednak ma swoją cenę – Anglicy pozostawili po sobie nie tylko czerwone budki telefoniczne, puby, staromodne autobusy i domy z kominkami (zimą temperatura spada do +10 stopni!) – pozostawili także ruch lewostronny, który w gąszczu dość bezmyślnej plątaniny dróg w interiorze może stanowić wyzwanie dla niewprawnych kierowców.
Jednych przyciąga to, co znajome i bezpieczne, innych – inność i różnorodność. Tej ostatniej akurat na Malcie nie brakuje. Wspomniany miejscowy język to wybuchowa mieszanka wpływów arabskich, włoskich, francuskich i angielskich, a nawet – jak twierdzą sami Maltańczycy – starożytnej mowy punickiej. Dla przeciętnego Europejczyka raczej niezrozumiały w mowie, kiedy go jednak zapisać – a jest to jedyny język semicki zapisywany alfabetem łacińskim – każdy znajdzie coś dla siebie: Włoch z przyjemnością skonstatuje, że „dziękuję” to „grazzi”, Francuz ucieszy się, kiedy na wieczornej promenadzie usłyszy „bonswa”, a i Słowianin odnajdzie podobieństwa na poziomie pojedynczych słów (wpływy staro-cerkiewno-słowiańskie). Podobnie z architekturą – włoski barok i renesans (na Malcie nie ma prawie śladów po średniowieczu) mieszają się z silnymi inspiracjami mauretańskimi.

Przedmurze chrześcijaństwa

Z pewnością warto tu przyjechać dla kilku ważnych śladów historii. To w końcu jedna z najdłużej istniejących i najintensywniej napastowanych twierdz europejskiego chrześcijaństwa. Nic dziwnego, że każdy z maltańskich portów wieńczy potężna kamienna twierdza. Podbijali je i tracili następnie Kartagińczycy, Rzymianie, Bizantyjczycy, Arabowie, Normanowie, Turcy, Napoleon i naziści. Dziś – dzięki uprzejmości tanich linii lotniczych – szturmują je polscy turyści.
Historia Malty to w ogromnej mierze historia zakonu joannitów, który po wygnaniu z Rodos otrzymał archipelag na własność i stworzył sobie prawdziwy raj na ziemi. Z czasem pobożni rycerze tak nawykli do luksusu, że przestali przypominać świątobliwych kawalerów. Rycerskie auberges zmieniły się w eleganckie lupanary, a wspólną modlitwę zastąpiły niekończące się uczty i zabawy.
Zamożność rycerzy św. Jana, hojnie wspieranych przez kolejnych papieży, miała jednak swoje dobre i ważne strony. Dzięki niej powstała La Valetta – dzisiejsza stolica Malty i jej główna wizytówka. Niczym w grze komputerowej, gdzie dysponujemy nieskończonymi możliwościami projektowania i budowy miasta, zupełnie nie licząc się z kosztami, w XVI wieku architekci kierowani przez słynnego ucznia Michała Anioła – Francesco Laparellego i jego następcę Gerolamo Cassara, zbudowali od podstaw miasto malowniczo usytuowane na półwyspie Sceberras między dwiema głębokimi zatokami. Zadanie było proste – zbudować najpiękniejsze i najlepiej ufortyfikowane barokowe miasto Europy. Warunki idealne – nieograniczone środki finansowe, dużo czasu, stypendium, w ramach którego objechali włoskie perełki architektury, robiąc szkice i szukając natchnienia. Jeszcze dziś, choć La Valettę wielokrotnie już przebudowywano, szczególnie po zniszczeniach II wojny światowej, w jej panoramie udaje się dostrzec precyzyjny zamysł kompozycyjny artystów. A jest to jedna z najpiękniejszych panoram miejskich świata. Warto ją podziwiać z sąsiednich miast położonych po drugiej stronie obu zatok – ze Sliemy albo z Birgu. A najlepiej z wody: między miasteczkami portowymi kursują codziennie setki mniejszych i większych statków pasażerskich i wodnych taksówek.

W górę i w dół

La Valetta oglądana od środka może zrobić nieco mniejsze wrażenie, szczególnie gdy wybierzemy się na spacer po jej wąskich, idealnie prostopadłych ulicach w środku sezonu wypoczynkowego (a warto to zrobić dla pięknej katedry św. Jana i dwóch Caravaggiów, których tam znajdziemy). Od razu powiedzmy, że nie jest to łatwy spacer. O ile ulice wytyczone wzdłuż valetańskiego półwyspu są w miarę równe, te poprzeczne, z uwagi na wypukłość całego miasta, przypominają raczej schody. To zresztą przypadłość wielu maltańskich starówek położonych na stromych wzgórzach. Nie wybierajmy się tam z dziecięcymi wózkami.
Komu nie przeszkadza zmienianie biegów lewą ręką, ten na Malcie wygrywa. Choć to malutka wyspa, podróże miejscowym autobusami bywają niezwykle uciążliwe (szczególnie wówczas, gdy niektóre linie znikają nagle z rozkładów), samochodem za to można dojechać wszędzie i stosunkowo szybko. Warto zatem zjeść świeżą rybę w cichym i malowniczym miasteczku rybackim o wdzięcznej nazwie Marsaxlokk, przytulić się do zimnych głazów neolitycznych świątyń na południowym wybrzeżu, odwiedzić ciche ulice starożytnej Mdiny – dawnej stolicy, zobaczyć bombę, którą niemiecki lotnik cisnął prosto w świetlik gigantycznej kopuły Rotundy w Mosta, a która dotąd nie wybuchła i chyba już nie wybuchnie (kilkanaście lat temu pilot odwiedził Mosta i przeprosił mieszkańców), pobawić się w Robina Williamsa w wiosce, gdzie kręcono film Popeye i dotąd nie usunięto scenografii, albo po prostu wskoczyć do jednego z najbardziej granatowych i przejrzystych mórz świata.
Warto to wszystko zrobić z jeszcze jednej przyczyny. W porównaniu z Grecją czy Włochami, Malta pozostaje stosunkowo niedrogim krajem. Menu zaczynają się od 6 euro, świetną kawę można wypić za 80 eurocentów, smaczne winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) w sklepie dostaniemy za 3–4 euro, a w restauracji zapłacimy za nie zaledwie drugie tyle. Kryzys światowy był bowiem dla Maltańczyków wyrozumiały. To jedyny znany mi kraj europejski, w którym ze zdumieniem spotykam ceny niezmienione od dziesięciu lat.