Na święta – oczywiście tokaje!

Czy winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) powinno gościć na świątecznym stole? Nasi przodkowie nie mieli w tej kwestii większych skrupułów – to właśnie okres świąt Bożego Narodzenia był czasem, gdy sprzedawano najwięcej wina w roku.

Szczególnie interesujący dla naszej kultury świętowania wydaje się XIX wiek – wówczas ukształtowała się większość cenionych dziś świątecznych zwyczajów. Wyjątkowo owocna była druga połowa tegoż wieku, bo mimo zaborów, ucisku i prześladowań Polacy potrafili rozwinąć własną kulturę wina. Czerpano wiele z modnych wówczas wzorców francuskich, które zespolone z własnymi tradycjami stworzyły intrygujący kupaż. To właśnie na winnej niwie zapanowała wyjątkowa narodowa zgoda.

Cnota, nauka i radosna celebracja

Fot. ArchiwumWspomniana zgoda dotyczyła tego, że godne świętowanie wiązać się powinno z winem. Nie dziwi więc, że anonse win zapełniały przed świętami prasę – najważniejsze medium komunikacyjne ówczesnego społeczeństwa. Dziś w epoce internetu, telewizji i radia trudno docenić, jak wielką rolę spełniała prasa jeszcze przed wiekiem – była ona siłą kształtującą społeczności. Wina na świąteczny stół reklamowały zatem od XIX wieku solidarnie wszystkie dzienniki.
Jednak nie tylko prasa codzienna zachęcała do kupowania wina na święta. Większą żarliwość w tej kwestii potrafiła wykazywać nawet – co może być dziś zaskakujące – prasa katolicka. Warto przypomnieć w tym kontekście znane z walki przeciw germanizacji Śląska czasopismo „Katolik” opatrzone zresztą znamiennym podtytułem „Pismo poświęcone ludowi ku cnocie, nauce, zbogaceniu”. Zresztą nawet czasopisma przeznaczone wyłącznie dla stanu duchownego zamieszczały kuszące inseraty… dotyczące oczywiście win mszalnych. Tak było na przykład w redagowanej na wysokim poziomie edytorskim, ukazującej się we Lwowie „Gazecie Kościelnej”.
Warto sobie uświadomić, że w dobie rozwijających się w II poł. XIX wieku akcji antyalkoholowych wino na świątecznym stole nie wzbudzało znaczniejszych wyrzutów sumienia ani nie prowokowało wyraźniejszych akcji moralizatorskich. Wszak każdy wiedział, że w tym czasie pojawić się mogły tylko rzeczy doskonałe, oczekiwane przez cały rok, mające podkreślić jego uroczysty charakter. Wyjątkowe wino stanowiło zatem dopełnienie wyjątkowych chwil spędzanych w rodzinnym gronie. Ta atmosfera, a także niepisane (choć bardzo silne!) normy kulturowe powodowały, że bożonarodzeniowe wino traktowano przede wszystkim jako element radosnej domowej celebracji. Stąd nie łączono z nim negatywnej kwestii nadużycia czy pijaństwa.

Gwiazda świątecznego stołu

Nie wiadomo kiedy świąteczny polski stół wziął w łaskawe panowanie szlachetny tokaj. Oczywiście spożywano i inne wina, szczególnie francuskie, hiszpańskie, a nawet chorwackie (jak we Lwowie dzięki winiarni Didolić
& Prpić). Jednak wspomniane wina górnowęgierskie, w Wielkopolsce zwane precyzyjnie winami hegyalskimi, zdecydowanie wiodły prym. Tradycyjne zamiłowanie do węgrzynów, jak i ich dostępność, sprzyjały temu, aby winnemu świętowaniu nadawać swoisty charakter.
Panowanie tokajów szczególnie silne było w Galicji, a stolicą (nie tylko administracyjną) pozostawał Lwów – przyczyny są chyba na tyle oczywiste, że nie trzeba ich przypominać. Warto jednak odnotować, że na terenach pozostałych zaborów tokaje również były popularne, choć musiały silniej konkurować z winami z innych krajów. Nie oszukujmy się – nie wszystkich stać było na wino tokajskie, stąd pojawiały się na świątecznych stołach i tańsze, a tradycja ludowa posiłkowała się wręcz aromatycznym kompotem z suszonych owoców (niestety również i gorzałką). Niemniej do II wojny światowej w zamożniejszych polskich domach na stołach często złocił się tokaj. Co ciekawe, dzięki rodzącej się spółdzielczości (nieskażonej jeszcze wirusem socjalistycznej moralności) wino tokajskie zaczęło docierać również na polską wieś. Kółka rolnicze nabywały je po preferencyjnych cenach, dzięki czemu stawało się bardziej dostępne. Niestety, akcji daleko było do masowości… Trzeba jednak przyznać, że idea była bardzo nowoczesna, niepasująca do PRL-owskiego stereotypu zacofanej Galicji.
Fot. ArchiwumWarto zauważyć, że święta jawią się jako jedyny okres w roku, gdy budziły się w dawnym społeczeństwie wyraźne nastroje konsumpcjonistyczne. W starych albumach można natrafić na modne niegdyś przedwojenne zdjęcia przy choince… z kieliszkami wina w dłoniach (niekiedy zamiast wina gościła domowa nalewka). Zdjęcia te wskazują, że ówczesne czasy nie były pod pewnymi względami tak purytańskie jak współczesne. Nikomu nie przeszkadzało jeszcze, że na pierwszym planie winnych toastów znajdowały się dzieci – nie było wszak odpowiednich agencji karmionych duchem totalitarnej kontroli.
Powróćmy jednak do wina. Jakie wino gościło na świątecznym stole? Śledząc cenniki i różne zapiski, widać, że w użyciu były zarówno wina słodkiewino o dużej zawartości cukru naturalnego lub dodanego.., jak i wytrawneokreślenie wina, w którym, teoretycznie, cały cukier na d.... Kupowano i wina ciężkie, i lekkie. Łatwo się domyślić, że świąteczny stół domagał się obu rodzajów. Ze względu na korzystną relację jakości do ceny często kupowano tokaje samorodne. Na przełomie XIX i XX wieku zdecydowanie wiodły one prym w zaborze austriackim.
Z wielu względów oczywiste jest, że wina tokajskie doskonale sprawdzają się przy świątecznym stole. W wersji wytrawnej towarzyszyć mogą naszym wspaniałym rybom. Natomiast botrytyzowane są idealnym towarzystwem dla tradycyjnych słodkich wigilijnych przysmaków, jak choćby dla pochodzącej z Kresów kutii. Ale nie chodzi jedynie o wartości kulinarne. Złoty blask tokaju przywodzi na myśl królewskie dary z betlejemskiej stajenki, w blasku świec rozświetla i ociepla ciemne grudniowe wieczory. W dobie niewoli narodowej przywodził rodakom na myśl szczęśliwsze czasy, gdy istniała potężna Rzeczpospolita – promotor i opiekun słynnego węgierskiego złota. Zapewne w umysłach rodaków wykształconych w klasycznych gimnazjach dobrze były zakorzenione – wbrew oficjalnej polityce oświatowej – dawne sentencje, jak choćby ta tokajska: Hungariae natum, Poloniae educatum.

Poezji kwestia dyskusyjna

Przy świątecznym stole można dziś snuć spekulacje, dlaczego w naszej znanej pastorałce pojawiają się „słodkie małmazyje”, a nie wino tokajskie. Może węgierskie słowo „tokaj” nie pasowało do rymu i rytmu? A może małmazja nie występuje jako określenie wina małmaskiego, ale jako określenie doskonałego słodkiego wina? Wszak i dziś znajdziemy ludzi używających w tym ostatnim znaczeniu wyrazu „małmazja”… Czyżby zatem chodziło jednak o wino tokajskie? Te i inne kolędowe zagadki to jednak temat na inną opowieść.
Niestety, ciemna noc II wojny światowej, okupacji niemieckiej i sowieckiej, a potem czasy komunistycznej opresji miały to wszystko planowo wymazać z pamięci zbiorowej. „Najlepszy” z ustrojów doprowadził również samo wino tokajskie do granic upodlenia. Na szczęście renesans win w Tokaju pozwolił już odtworzyć szlachetny wymiar tego trunku.
Miejmy nadzieję, że uda się również odrodzić zniszczoną polską tradycję. Wszak tak wiele przemawia za tym, że polskie święta powinny odnowić starą, dobrą przyjaźń z węgierskim tokajem! Tym zaś, których nie gorszy galicyjskie umiłowanie do zdrobnień, polecam pod choinkę zapomnianą już nieco pastorałkę:

Hej nam hej! Wszystek świat dzisiaj wesoły,
Ujrzawszy z nieba Anioły.
Hej nam hej! Dzieciątko się narodziło,
Niebo ludziom otworzyło […]
Hej nam hej! I my Go dzisiaj witajmy,
Tem wineczkiem popijajmy.
Hej nam hej! Życząc roku fortunnego,
Pijmy jeden do drugiego.

Paweł Polak
winnetradycje.wordpress.com