Na tej poczcie robią wino (Tylko dla zawołanych filatelistów!)

O winach produkowanych w Post House Wines najwięcej dowiedziałem się z broszur i katalogów. Nie dlatego, bym nie odwiedził uroczej farmy u podnóży Helderbergu i nie rozmawiał z Nickiem, jej właścicielem. Rozmawiałem, pół dnia rozmawiałem. Ale głównie o historii powszechnej i… znaczkach pocztowych.

Zaczęło się w samochodzie. Z Kapsztadu do Somerset West jedzie się godzinkę, więc zdążyliśmy przegadać trzy rozbiory Polski i traktat jałtański. Podczas lunchu w ogromnym livingroomie z porywającym widokiem na okoliczne wzniesienia oddzielające nas od False Bay doszliśmy do katastrofy smoleńskiej. O współczesnej kondycji naszego kraju opowiadałem Nickowi już podczas degustacji w garażowej piwnicy – nie mógł się wówczas nachwalić naszej pozycji w Europie (była wiosna 2015) i tego, jak udało nam się przebrnąć przez kryzys, i gadało się przyjemnie. Akurat pojawiło się na farmie młode małżeństwo z Johannesburga – Nick zaprosił je więc do wspólnego kosztowania i politykowania zarazem.

Historyk filatelista

Fot. Post HouseNick Gebers ma bowiem kompletnego fioła na punkcie historii – szczególnie tej dotyczącej Europy XX wieku, którą jego rodzina opuściła na dobre, osiedlając się na południowym skrawku regionu Stellenboschmiasto w południowo-zachodniej części Kraju Przylądkoweg... (...) i zakładając winną farmę. Hermann Gebers, ojciec Nicka, kupił w 1981 roku dom, który także miał swoją historię. Mieściła się w nim do połowy ubiegłego stulecia maleńka poczta obsługująca pobliską misję Raithby, po której dziś pozostała stara czerwona skrzynka na listy i… nazwa winiarni stworzonej równo dwadzieścia lat temu już przez Nicka. Tam, gdzie rósł wcześniej tytoń, Nick zasadził całą afrykańską klasykę, nie zapominając także – ku mojej wielkiej radości – poeksperymentować na przykład z takimi odmianami jak petit verdot czy grenache. Dziś to wciąż zaledwie 40 hektarów, z których powstaje nieco ponad 100 tysięcy butelek wina rocznie. Jak na tutejsze możliwości, to doprawdy garażowa wytwórnia.
Przy kolejnych próbkach Nick przejął inicjatywę: obok pasjonata historii okazał się – trochę z konieczności dziejowej – zapalonym filatelistą. „Skoro przyszło mi mieszkać i robić wina na poczcie – śmiał się – siłą rzeczy wpadłem w to po uszy i stąd niemal wszystkie moje wina mają nazwy związane ze słynnymi znaczkami pocztowymi”. Ponieważ do filatelistyki jest mi równie blisko, co do relatywistycznych równań falowych, słuchałem Nicka z wielkim zaciekawieniem. Podobnie jak para z Johannesburga dotrzymująca nam kroku przy kolejnych próbkach – z tą różnicą, że my używaliśmy spluwaczek, oni zaśnie.

Czarna jednopensówka i bycze oko
Dowiedziałem się zatem od Nicka, popijając Penny Black, gładki i czarny jak sam diabeł kupaż oparty na wyrazistym shiraz, że nazwę swą winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) wzięło od pierwszego w dziejach znaczka pocztowego wyemitowanego 1 maja 1840 roku przez brytyjski urząd pocztowy. Znaczki pocztowe wymyślił ponoć pewien skromny nauczyciel, a zarazem urzędnik pocztowy z Worcestershire – on też miał zaprojektować słynną czarną jednopensówkę z podobizną królowej Wiktorii. Był to pomysł tyleż prosty, co genialny: dotychczas listy wysyłano na koszt adresata, który często nie miał najmniejszej ochoty płacić za przesyłkę, i ta wracała (znów na koszt urzędu pocztowego) do nadawcy. W kolejnych latach znaczki pocztowe wprowadzili Brazylijczycy, Szwajcarzy, Amerykanie, Francuzi i Belgowie, a dwadzieścia lat później także Kongresówka. Na cześć Brazylijczyków zresztą Nick ochrzcić raczył swoje potężne cabernet sauvignonfrancuska, klasyczna, najbardziej rozpowszechniona i popular... (...) nazwą Bull’s Eye – to popularne określenie pierwszego (wyemitowanego w 1843 roku) znaczka pocztowego w tym kraju.

Wesoła wdówka
Fot. ArchiwumInna, już nie tylko filatelistyczna opowieść, wyjaśnia pochodzenie nazwy Merry Widow – stuprocentowego shiraza z Post House. „Merry Widow” to oczywiście „Wesoła wdówka”, tytuł znanej operetki Franciszka Lehára. Lily Elsie, brytyjska aktorka, która właśnie roli tytułowej wdówki zawdzięczała swoją ogromną popularność u początków
XX stulecia, znajdywała szczególne upodobanie w gigantycznych kapeluszach, które zresztą nosiła także na scenie. Kapelusze te szybko stały się równie sławne co sama aktorka i przylgnęło do nich na stałe określenie Merry Widow’s Hats. Taki właśnie kapelusz wesołej wdówki wyrysował na zielonkawym znaczku pocztowym nowojorski architekt Whitney Warren – przez lata chwalono się nim jako najbardziej dizajnerską produkcją poczty amerykańskiej – choć sam jego żywot (znaczka, nie Warrena) był krótki: listonosze mylili go bowiem bez przerwy ze znaczkiem jednocentowym, utrzymanym w podobnej kolorystyce.

Wyblakłe kolory
A kolorystyka w dziedzinie filatelistyki ma znaczenie niebagatelne. Szczególną podnietę budzą podobno znaczki wykonane w seriach, w których błędnie lub niedbale nałożono właściwą projektowi barwę. Taki błąd zdarzył się na przykład poczcie szwedzkiej, kiedy to znaczek trzyszylingowy (z zasady zielony) pokryto przez pomyłkę żółtą farbą, dotąd używaną na znaczkach ośmioszylingowych. Na pamiątkę tego zdarzenia jedyne robione przez Nicka wino słodkiewino o dużej zawartości cukru naturalnego lub dodanego.., o złocistożółtej barwie, otrzymało imię Treskilling Yellow. Także nazwy win z podstawowej linii Post House – Blueish White i Blueisch Black to terminy filatelistyczne związane z delikatnym przebarwieniem zasadniczego koloru i pojawiającymi się w nim błękitnymi przebłyskami. Co ciekawe, tego rodzaju kompozycja kolorystyczna pojawia także w kolorach wina (a przynajmniej w wersji czerwone).

Czarna skrzynka dla ufoków
Black Mail Merlotjedna z bardziej rozpowszechnionych i popularnych czerwonych... (...) to wino nawiązujące do kolejnej wielkiej legendy pocztowej: czarnej skrzynki na listy wbitej w ziemię na 29. kilometrze słynnej drogi stanowej nr 375 w Nevadzie zwanej Pozaziemską Autostradą. Są to bowiem okolice tajemniczego obszaru zwanego Strefą 51 – to tu w bazie wojskowej CIA przetrzymywano nielegalnie i poddawano okropnym czynnościom badawczym pozaziemskie formy życia, które w 1947 roku wylądowały były na swoje nieszczęście w Roswell. Do dziś przy skrzynce pocztowej spotykają się amerykańscy wypatrywacze niezidentyfikowanych obiektów latających, sprawdzając przy okazji, czy kosmici nie zostawili jakiejś widokówki.
Tyle lokalnego folkloru, a prawda jest taka, że skrzynka należy do lokalnego farmera z Tikaboo Valley, i ku rozpaczy tych wszystkich, którzy przyjeżdżają tu zobaczyć ją pierwszy raz w życiu, nie jest nawet czarna, ale… całkiem biała. Farmer przemalował ją na złość kosmologom (kosmitom?) i zabezpieczył blachą kuloodporną (bywała bowiem regularnie ostrzeliwana w celach rabunkowo-wyczynowych).

Złota małpa
Fot. ArchiwumKiedy w 1980 roku ukazał się w Chinach czerwony znaczek z małpą o wartości 8 fen, miejscowi filateliści (a jest ich, jak można się domyślić, niemało) oszaleli. Choć małpę wypuszczono jako najzwyklejszą część serii obejmującej chiński zodiak, połączenie małpy (szczęśliwe zwierzę), czerwonego tła (szczęśliwy kolor) z liczbą 8 (szczęśliwa liczba) spowodowało, że każdy kolekcjoner postawił sobie za punkt honoru zdobyć taki znaczek. Dziś, zaledwie po trzydziestu pięciu latach, złota małpa jest jednym z najbardziej poszukiwanych znaczków pocztowych w Azji i zarazem jednym z najczęściej podrabianych. Choć przy okazji jest dość (ogólnie biorąc) nieładny, trafił na etykietę świetnego rodańskiego blendu (syrah, grenache, mourvèdre).

Brakująca dziewica
Wreszcie: Missing Virgin. To bez wątpienia moje ulubione wino i ulubiona historia. Potężny, przesycony owocem kupaż pinotagepołudniowoafrykańska odmiana czerwonych winogron, krzyżó... (...) i petit verdot, którym można się delektować bez pośpiechu, bo w otwartej butelce nabiera tylko elegancji.
Ale komu to zabrakło dziewic? Zacznijmy od początku.
Fot. ArchiwumWino dedykowane jest słynnemu znaczkowi z Wysp Dziewiczych przedstawiającemu, rzecz jasna św. Urszulę, patronkę wyspy, starożytną męczennicę, która nie chciała wyjść za poganina, odmówiła swych wdzięków samemu Attyli (brr!), za co poniosła śmierć męczeńską z rąk Hunów wraz z jedenastoma tysiącami (sic!) swoich równie niewinnych służek. Rzecz miała miejsce w niemieckiej Kolonii, czego nie należy kojarzyć w żaden sposób z ostatnimi atakami śniadych mężczyzn na miejscowe panie. Owe jedenaście tysięcy dziewic pielgrzymujących przez Europę już starożytnym historykom wydało się obrazem tyleż pociągającym, co nieprawdopodobnym – najpewniej źle odczytano zapisy łacińskie: „XI M” mogło oznaczać nie „jedenaście tysięcy (milia)”, ale „jedenaście męczennic (martyres)”. Jakby nie było, śmierć św. Urszuli dała początek silnemu jeszcze w wiekach średnich kultowi – pod wpływem opowieści o jej męczeństwie Krzysztof Kolumb nazwał odkryte przez siebie wyspy „dziewiczymi”.
Tam właśnie, w 1867 roku, podczas produkcji znaczka z wizerunkiem św. Urszuli oraz napisami „Virgin Islands” i „one shilling”, zdarzyło się drukarzom w pośpiechu wypuścić kilka arkuszy zawierających napisy, ale… bez św. Urszuli. Zostało po niej tylko rozświetlone puste tło. Znaczki te dzisiaj, znane pod nazwą Missing Virgin (zachowało się prawdopodobnie pięć sztuk, jedna w kolekcji królowej Elżbiety II) należą do absolutnej rzadkości na rynku filatelistycznym. Pięć lat temu jeden z nich został sprzedany anonimowemu kolekcjonerowi za sumę 144 tysięcy funtów brytyjskich.    

*   *   *

Historię o dziewicach męczennicach Nick opowiedział dwukrotnie, bo sympatyczna para z Johannesburga, choć za pierwszym razem słuchała z wypiekami na twarzy i mocno skupionym wzrokiem, nic – jak się okazało – nie zrozumiała. Kolejny kwadrans upłynął na moich nieskutecznych próbach wyzwolenia się z uścisków sympatycznych południowoafrykańczyków, którzy uznali to za szczególnie zrządzenie losu, że trafili akurat na wizytę dziennikarza, dzięki czemu wytrąbili za darmo po kieliszku z wszystkich win produkowanych przez Nicka (kilkanaście, licząc kilka win w różnych rocznikach), a także kilka próbek prosto z beczki.
„Wina z Post House mają prawdopodobnie najciemniejszą barwę i najbardziej wyrazistą teksturę w świecie” – informuje skromnie Nick na swojej stronie internetowej. Nieprawda, choć blisko im do tego. Należą jednak do grona najelegantszych win w Afryce Południowej, zaś winiarnia w starym urzędzie pocztowym to z pewnością jedno z najciekawszym miejsc dla tych, którzy prócz smaku wina cenią sobie także interesującą opowieść.

Elgin Vintners

Fot. Elgin VintnersJeane przyniosła mi tego pinota w kieliszku podczas jednego z wieczornych przyjęć w którejś ze znanych restauracji Kapsztadu. Wypiłem, byłem bowiem mocno spragniony, i pomyślałem sobie: „Do licha z tymi afrykańskimi winami. Po czterech dniach shirazów i pinotage’y dobrze wreszcie wrócić do Europy”. Podziękowałem za niespodziewaną zmianę kontynentu, wywołując gwałtowny wybuch śmiechu. Piłem bowiem najprawdziwiej afrykańskie pinot noirjedna z najbardziej rozpowszechnionych i najstarszych czerwo... (...) w najprawdziwiej europejskim stylu. Skąd? Z Elgin oczywiście, a dokładniej od sześciu zapaleńców, którzy postanowili połączyć siły i stworzyć grupę Elgin Vintners. Grupę do zadań specjalnych, czyli tworzenia win z odmian lubiących chłodne stanowiska. W dodatku wszyscy są zapalonymi miłośnikami książek, dlatego ich hasło brzmi: „Publishers of fine wine” – „Wydawcy świetnych win”. Nawet kolor etykiet i kapturka na szyjce butelki osobom zorientowanym w rynku wydawniczym powinien się natychmiast skojarzyć ze słynnym brytyjskim wydawnictwem Penguin Books.

Ormonde

Właśnie mija okrągłe dziesięć lat, odkąd Theo Basson postawił – w Afryce raczej się stawia, niż kopie – potężną piwnicę z leżakownią dla wina na swojej rodzinnej farmie w Darling. Zbliża się także dziesiąta rocznica pracy w Ormonde Michiela du Toita w roli głównego enologa.
Fot. Ormonde Wine EstateWinnice Bassonów o łącznej powierzchni niemal 400 hektarów nie mogły lepiej trafić. Wciśnięte między Darling Hills na zachodnim wybrzeżu Przylądka są tak blisko zimnego oceanu Atlantyckiego (niecałe 4 km), że bez trudu poddają się chłodzącemu wpływowi prądu Benguela, który nie tylko pozwala zachować odpowiednią kwasowość i świeżość owoców, ale nadto daje całkiem trafne złudzenie klimatu morskiego, wydłużając o kilka tygodni – w porównaniu z takimi dystryktami jak Wellington czy Paarl – okres dojrzewania owoców na krzewach. Wszystkie owoce w Ormonde zbierane są ręcznie i fermentowane w tradycyjny sposób, w otwartych zbiornikach. Wina przeznaczone do dłuższego dojrzewania trafiają następnie do baryłek z francuskiego dębu. I choć flagowe produkty winiarni sygnowane po prostu „Ormonde” cechuje nadzwyczajna złożoność i elegancja, główną siłą napędową tego miejsca są wina w liniach Roseline i Chip off the Old Block: prostsze, ale zdumiewające swoją soczystą owocowością i doskonałą równowagą.