Nie tylko biali potrafią…

W Republice Południowej Afryki niemal dwie dekady po śmierci apartheidu winnice i posiadłości winne pozostają w rękach białych obywateli. Także zdecydowana większość zatrudnionych w nich winemakerów to biali potomkowie Brytyjczyków, Burów lub hugenotów.

Zdarzają się jednak wyjątki, bo sporo się zmienia w Kraju Przylądkowym.

Śmierć Nelsona Mandeli otworzy z pewnością nowy rozdział w historii Południowej Afryki, choć raczej nie zatrzyma rozpędzonej po 1994 roku politycznej maszyny naprawiania szkód wyrządzonych przez niemal pięćdziesiąt lat segregacji rasowej. W 1994 odbyły pierwsze w dziejach RPA wybory, do których dopuszczono także ciemnoskórych obywateli. Dziś ci ostatni, na mocy rządowych programów takich jak Black Economy Enpowerment, przyjmowani są do rad nadzorczych i kierownictw spółek największych (także winiarskich) przedsiębiorstw zgodnie z polityką parytetu.

Naprawianie szkód

Fot. Bosman WinesNie wszystkim się to podoba: nawet najwięksi przeciwnicy apartheidu przyznają, że w wielu dziedzinach przemysłu czy usług czarni i kolorowi obywatele, przez dekady pozbawieni dostępu do szkolnictwa wyższego, często nie mają odpowiednich kwalifikacji. Włączenie ich do struktur zarządzania bywa więc postrzegane jako działanie wbrew interesowi ekonomicznemu firmy.
Mniej wrażliwi krytycy wprost mówią tu o „odwróconym apartheidzie”. Chyba jednak niesłusznie – ten rodzaj parytetu, o ile ma być tymczasowy, stanowi jedyny rozsądny sposób nadrobienia ogromnych zaległości także pod względem edukacji i doświadczenia.
Przemysł winiarski jest tu doskonałym przykładem. Do połowy lat 90. kolorowi i czarni obywatele RPA pracowali co prawda przy wyrobie wina, lecz nigdy na kierowniczych stanowiskach. Nie powierzano im obowiązków związanych z zarządzeniem pracownikami, promocją, handlem międzynarodowym ani nawet z nadzorem samej produkcji. W skrajnie trudnych warunkach, często bardzo źle opłacani, pracowali przy zbiorach. Część z nich zdobyła co najwyżej doświadczenie przy wybranych fazach produkcyjnych w winiarni.

Ciemnoskórzy właściciele

Trudno więc oczekiwać, by dziś, uczynieni współwłaścicielami wielkich winiarskich przedsiębiorstw (obowiązek parytetu dotyczy tylko firm, których roczny dochód przekroczy pięć milionów randów, czyli ok. 1,6 mln złotych), potrafili z marszu rzucić się w wir międzynarodowego biznesu. Zaczynają więc od drobnych kroków: roztaczając opiekę marketingową nad wybraną serią win (tak jak opisywana przez nas na następnych stronach Phambili Trust w ramach spółdzielni Wellington Wines oraz Liby’s Pride w ramach Linton Park Wines), często doglądając także samej produkcji.
Fot. Bosman WinesSą to na razie skromne próby. Choć w wielu publikacjach często pojawiają się informacje o „pierwszej winiarni zarządzanej w stu procentach przez rdzennych Afrykanów”, dziś, w 2013 roku, istnieje bodaj jedna taka, mało znana, firma: M’Hudi Wines pozostająca w rękach rodziny Rangaka ze Stellenboschmiasto w południowo-zachodniej części Kraju Przylądkoweg... (...). Są, owszem, winiarnie, w których udział ciemnoskórych pracowników wynosi nieco powyżej 50 procent (Thandi, Seven Sisters), ale wciąż można je policzyć na palcach. Dlaczego tak jest? Stworzenie od podstaw własnej winiarni (wraz z winnicami) to dziś w RPA przedsięwzięcie, na które stać tylko najbogatszych. Nawet jeśliby znaleźli się wśród nich czarnoskórzy biznesmeni, raczej nie należy się spodziewać, by wybrali winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) jako sposób na pomnożenie majątku. W kulturach rdzennych plemion, jak Zulu, Khosa czy Sotho, wino nie istniało, nikt więc nie zajmował się jego produkcją. Wino przywieźli tu biali koloniści.

Ciemnoskórzy winiarze

A jednak. Choć ciemnoskórych właścicieli winnic wciąż jeszcze w RPA ze świecą szukać, o wiele łatwiej natrafić na czarnych winemakerów. Uniwersytety kształcące przyszłych enologów już w drugiej połowie lat 90. uchyliły drzwi przed kolorowymi studentami. I – co ciekawe – choć o wiele większy problem z dostaniem się na studia miały wówczas dziewczęta niż niebiali, podczas podróży po winnicach Stellenbosch i Wellington pośród ciemnoskórych winemakerów nie spotkałem… ani jednego mężczyzny. W pewnym więc sensie wina, o których piszemy w tym numerze, mają wyróżnik podwójny: nie tylko wyszły spod ręki ciemnoskórych winiarzy lub powstały w ramach serii nadzorowanej przez związek czarnoskórych pracowników, ale nadto w przeważającej większości są dziełem kobiecych rąk.
Nie sądzę, by dało się w jakikolwiek sposób odnaleźć wspólną i organoleptycznie rozpoznawalną nić łączącą wina stworzone przez czarnych i kolorowych winiarzy. Mogłaby istnieć, gdyby istniała wśród ich południowoafrykańskich potomków jakakolwiek winiarska tradycja. Są to, tymczasem, bystrzy i pracowici (bystre i pracowite) wychowankowie miejscowych szkół enologicznych w Stellenbosch i Elsenburgu, którzy zdumiewająco szybko, ucząc się i zarazem pomagając doświadczonym winiarzom, zdobyli mistrzowskie szlify w ciągu czterech–pięciu lat!
Niektórzy z nich, idąc na studia, w ogóle nie znali smaku wina. Niemożliwe? Też tak myślałem. Ale zdanie zmieniłem. Proszę się przekonać na własnym podniebieniu.