Nowy Babilon

Babilon nie był górą, ale krainą, w dodatku nie wiadomo nawet, czy jednoznacznie można w niej umieścić biblijną wieżę Babel – mamy zbyt mało danych, by naukowcy rozstrzygnęli ten spór.

Ale gdyby ich spytać, dlaczego górę leżącą między miastami Malmesbury a Paarl w południowoafrykańskim regionie Swartland nazwano „szczytem Babilonu”, byliby w jeszcze większych opałach. Nie ma żadnych związków.

Jednak mimo to i tak każdy, kto interesuje się winem, zwłaszcza tym z południowej półkuli, wie, gdzie ona leży, bo u jej stóp znajduje się kilka zaliczanych do najlepszych winiarni w RPA, a dokładnie: Babylon’s Peak, Lammershoek oraz ta należąca do guru i wyroczni światowego winiarstwa, czyli Ebena Sadiego. Łączy je to, że trudno się tam dostać, ale dla glob-wine-trotterów nie jest to przeszkodą. Po prostu trzeba znieść półgodzinną jazdę po nierównej, szutrowej, ale za to piekielnie twardej i zakurzonej drodze.

Fot. Wojciech GogolińskiBabylon’s Peak Private Cellar to – jak wskazuje sama nazwa – winiarnia prywatna, rodzinna o gigantycznym areale 260 hektarów, ale gdzie obsadzono do dziś tylko około dziesięciu procent ziemi. Rozmiar wielki, ale wynika to z faktu, że w rękach rodziny znajduje się od bardzo dawna, pracuje na niej już czwarte pokolenie właścicieli (szybko rośnie piąte!) i przez lata obszar ciągle powiększano. Zresztą dawniej w niektórych miejscach Kraju Przylądkowego nikt specjalnie nie zwracał uwagi na rozmiary – nieogrodzone posiadłości z lasami, łąkami i wydmami ciągnęły się po krańce horyzontu. Dlatego właściciel Stephan Basson porusza się po okolicy quadem lub terenówką.

Nieoficjalnie winiarnia działa od końca lat czterdziestych ubiegłego wieku – nieoficjalnie, bo wina robiono tu wówczas niewiele, raczej wszystko oddawano do spółdzielni. Było to podejście typowo ekonomiczne i pozwalało skupić się także na innych uprawach i hodowli bydła. W trudnych warunkach ta wielokierunkowość była bardzo istotna – burzliwe dzieje XX-wiecznej RPA, wojny, apartheid i stopniowe zamykanie rynków imperium brytyjskiego, a potem i światowych, często doprowadzały do głodowych buntów nie tylko czarnoskórych mieszkańców, ale i białych osadników.

Faktycznie jednak właściciel zarejestrował swój winiarski dobytek w 2003 roku, kiedy postanowił robić na poważnie własne wina. Znał się na tym, a potencjał miał świetny – jedne z najstarszych ciętych na głowę krzewów chenin blancfrancuska odmiana białych winogron, obecnie jedna z najbard... (...), czyli steena, w całym kraju. Mają prawie pięćdziesiąt lat. Mało brakowało, a ich los byłby przesądzony, gdyby nagle nie wróciła wielka moda na tę odmianę, którą z wolna zaczęto lekceważyć, dopóki nie okazało się, że niektórzy winiarze potrafią zrobić z niej cuda. Stephan postanowił ich nie wycinać, ale wyprowadzić na prostą, czyli okopać, pieczołowicie przycinać i zbierać z nich owoce przy bardzo niewielkiej wydajności, co dało wyborne efekty. Resztę sam nasadzał już bardzo nowocześnie, ale korzystał zawsze ze starych rozsad.

W Babylon’s Peak podział ról jest prosty i w znacznej mierze charakterystyczny dla miejscowych winiarni rodzinnych. Stephan Basson kilkanaście godzin dziennie spędza w winiarni i winnicach, jego żona prowadzi biuro i zajmuje się Annabel, ich kilkuletnią córeczką (to właśnie owo piąte pokolenie). Domu pilnują dwa psy, rasy najbardziej typowe dla Południowej Afryki: gigantyczny i ospały ridgeback Shiraz oraz skaczący po nim malutki, wariacki jack russell, którego imienia nie zapamiętałem. Do pomocy jest jeszcze wiekowy ojciec Stephana, Kobus, który zajmuje się codziennymi pracami w winiarni oraz najemnymi robotnikami podczas zbiorów.

Ta najstarsza, ponad 50-letnia winnica rozciąga się tuż koło domu. To rodzinna duma. Reszta winogradów jest rozrzucona na stokach okolicznych wzgórz, gdzie dość trudno dotrzeć, bo są one oddzielone zagrodami dla dzikich zwierząt, zwłaszcza wielkiej liczby różnych gatunków antylop. Zwierzęta mogłyby bez problemu uciec, ale wolą żyć tu, bo o stałych porach – za zgodą władz przyrodniczych – są dokarmiane, no i w miarę bezpieczne. Inaczej poszłyby w szkodę winiarzom. Aby przejechać między zagrodami, trzeba wielokrotnie otwierać i zamykać bramy między kolejnymi ogrodzeniami. Zwłaszcza do najwyższej winnicy w Swartlandzie leżącej na wysokości 700 metrów n.p.m. Ale warto tu być, bo widać stąd większość całego regionu.

Właściciele oraz wspomniani okoliczni winiarze chcieliby wreszcie wyremontować paskudną drogę dojazdową, otworzyć hoteliki i restauracje, ale Afrykanerzy niechętnie biorą kredyty, wolą polegać na swoim, więc środki muszą dzielić między inwestycje w winiarnie i winnice a cele agroturystyczne. Za to są uparci i po mistrzowsku potrafią stawiać na swoim. Dlatego musi im się udać.