Postępowcy i kowboje

Kalifornia nie dzieli się – tak jak sobie to wyobrażamy – na część północną i południową oraz ewentualnie środkową (Central Coast). To znaczy na tych, którzy kibicują Lakersom (na południu), oraz tych, którzy są gotowi oddać życie za stołeczną Sacramento Kings (na północy).

Już krótki pobyt tutaj i kilka rozmów z miejscowymi wskazują, że podział jest zupełnie inny. Stan dzieli się na część przybrzeżną, ze wskazaniem na Los Angeles i San Francisco, które – jakby to określili komuniści – są bardziej „postępowe”, luźne i rozrywkowe.

Inne oblicze Kalifornii mamy na terenach zaledwie odsuniętych od wybrzeża. To współczesny świat ranczerów (bardziej konserwatywny), do których zalicza się winiarzy. Ogromne połacie rolnicze i hodowlane ciągnące się przez cały stan, kowbojskie kapelusze, ogromne pick-upy i terenówki o wielkości ciężarówki z co najmniej 8-litrowymi silnikami, rodea, aukcje bydła i winnice po horyzont.

Fot. W. GogolińskiKalifornijczycy mają też wybitnie ranczerskie podejście do wina. Tutaj bardzo wyraźnie rozróżnia się winogrodników od winiarzy. Spora część winiarskich latyfundiów nie wytwarza wina w ogóle – nikt się tutaj na tym nie zna i nie zawraca sobie tym głowy. To zupełnie inny biznes.
Uprawiają winogrona i odsprzedają je winiarzom. Dokładnie takie, jakie zakontraktowali – o zadanym poziomie dojrzałości, zawartości cukru, kwasów itp. Zbierane maszynowo lub ręcznie, sortowane wstępnie lub nie, z krzewów szczepionych lub nie.

Winiarze w większości mają swoje winnice, ale chętnie dokupują owoce. Jeśli np. wzrasta popularność caba lub zina, nie sadzi się winnicy, tylko kupuje owoce. Poza tym nie da się posadzić 100-letniej winnicy, tylko trzeba te sto lat poczekać. A owoce ze 100-letnich krzewów można kupić.

Choć o Kalifornii mówi się bez przerwy w kontekście zina, dalej caba sauva (jako najlepszej i najszlachetniejszej odmianie w tym stanie) to królem – o czym mało kto wie – jest bez wątpienia chard. Blisko 30 procent kalifornijskich win powstaje z tego szczepu! Nie zmienił tego faktu nawet film Bezdroża (Sideways) z 2004 roku, gdzie białe winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) nie pojawia się wcale, a sprzedaż pinota wzrosła nagle o 20 procent!

W 1965 roku w Kalifornii były raptem 232 winiarnie, dziś jest ich prawie 2700 – ponad dziesięć razy więcej. I choć zdecydowana większość produkcji przypada na winiarskie giganty, takie jak E&J Gallonajwiększa rodzinna firma winiarska na świecie (druga to C... (blisko 15% produkcji stanu), Constellation’s US, The Wine Group i Bronco, nie brak tu miejsca na małe lub całkiem małe wytwórnie. Te ostatnie – wytwarzające mniej niż 60 tys. butelek rocznie – stanowią połowę wytwórców. Są i tacy, którzy robią mniej niż 6 tys. butelek, ale za to po długim oczekiwaniu za flaszkę ich wina trzeba dać nawet cztery tysiące dolarów (Screaming Eagle).

Kalifornia i w ogóle Stany Zjednoczone są miejscem, gdzie rewelacyjnie sprawdza się system cenowy. Przeciętny Amerykanin nie wie zbyt wiele o winach, dlatego musi polegać na sprzedawcy. Idąc w odwiedziny do babci, kupujemy butelkę charda za 5 dolarów, na przyjęcie do szefa – za 30. I jest jasne, że takie ceny odpowiadają jakości wina i nie trzeba się znać na czytaniu etykiet. Bo nikt tu nie próbuje wcisnąć nam pięciodolarowej butelkityp butelek o różnym kształcie, pojemności i kolorze, pr... za trzy dychy. Taki manewr sprzedawcy byłby dla niego samobójstwem. W dodatku USA to kraj niezliczonych rankingów winiarskich i wszystko błyskawicznie można sprawdzić.

Wymyślili to Kalifornijczycy, ale wydawało mi się, że do perfekcji doprowadzili to Australijczycy. Ale tak nie jest – cellar-door selling, czyli sprzedaż wina w winiarni to żyła złota dla ich właścicieli! W winiarni można zjeść lancz lub kolację, zorganizować konferencję, wziąć ślub (to już norma), ubrać się, kupić książkę lub akcesoria winiarskie, zagrać w golfa, zjeść obiad z winemakerem (też standard) czy posłuchać koncertu topowej kapeli.
Interes kwitnie do tego stopnia, że są już winiarnie, które w ogóle nie wypuszczają wina na rynek – całość sprzedaje się w winiarni i poprzez kluby winiarskie (ma je każda winiarnia w Kalifornii!), co też doprowadzono do absolutnej perfekcji. Klubowa cena wina jest standardowo aż o 20 proc. niższa od półkowej, więc niemal każdy, kto pije wino, jest członkiem jakiegoś klubu.

Ten ruch, by uczynić z winiarni centra handlowo-rozrywkowe narasta. W tym roku w niektórych wytwórniach zaczęto montować automaty do… gry.
Boję się, że kiedy odwiedzę po raz czwarty Kalifornię, w winiarniach będą już kasyna, kościoły i stacje benzynowe. I że w ogóle całe życie miejskie się tu przeniesie.

O enturystyce w Kalifoni czytaj na: Kalifornia! Kalifornia!

O ludziach wina Złocistego Stanu czytaj na:

Wszystko przez dziewczyny…

Przy golfie o winie