Potyczki w rajskim ogrodzie

Przez dziesiątki lat była to prawdziwa ziemia obiecana dla tych wszystkich, którzy zamarzyli o prostym winiarskim życiu lub poważnym winiarskim biznesie. Wspaniały klimat, wielki amerykański rynek i duch swobody przyciągały tu winiarzy z najbardziej renomowanych europejskich apelacji.

Dziś kalifornijskie winiarstwo zaczyna się dusić w okowach coraz bardziej restrykcyjnych przepisów i protestów ekologów.

W ostatnim półwieczu Kalifornia była najszybciej rozwijającym się regionem winiarskim w całej historii ludzkości. Wystarczy wspomnieć, że w jednej tylko dekadzie 1990–2000 posadzono tam więcej nowych winnic, niż uprawia się ich w całych Niemczech albo w Bułgarii! I wciąż myśli się tam o dalszych plantacjach, gdyż pomimo globalnego kryzysu wina kalifornijskie nadal nieźle się sprzedają, a ich eksport wzrósł nawet w zeszłym roku o parę procent.
Perspektywy na przyszłość są więc raczej obiecujące, tym bardziej że w Europie, w ramach kolej unijnej reformy rozpoczyna się właśnie obłędne karczowanie winnic (a więc najgroźniejszy dotąd konkurent poddaje się bez walki).

Ucieczka na zielone wzgórza

Jeszcze nie tak dawno Kalifornia kojarzyła się z otwartymi przestrzeniami, wolnością i nieograniczonymi wręcz możliwościami rozwoju. Przy wyborze ziemi pod winnice obowiązywała prosta zasada: buy and grow (kup i uprawiaj) – gdzie chcesz i jak chcesz.
Fot. Paso Robles Wine Country AllianceInaczej trudno byłoby sobie wyobrazić ową oszałamiającą eksplozję pasji, przedsiębiorczości i innowacji, która w tak krótkim czasie uczyniła ze „złotego stanu” czwartą potęgę winiarską świata.
To już jednak przeszłość. Dziś założenie nowej winnicy i rozpoczęcie produkcji wina jest obwarowane tyloma przepisami, że wielu potencjalnych inwestorów po prostu rezygnuje z takiego zamiaru.
Dotyczy to szczególnie najbardziej prestiżowych okręgów, jak Napa i Sonoma, które – co zrozumiałe – cieszą się największym zainteresowaniem potencjalnych inwestorów. „Winnice są równie groźne dla środowiska jak urbanizacja” od dawna głosi Chris Malan, wpływowa działaczka ekologiczna z Napa.
Nie są to tylko puste słowa, bowiem tamtejsi „zieloni” utrącili już niejedną winiarską inwestycję. Spór rozgorzał jeszcze na początku ubiegłej dekady, kiedy w samej dolinie Napy zaczęło już brakować miejsca pod winnice i winogrodnicy w poszukiwaniu wolnych terenów coraz częściej spoglądali na okoliczne wzgórza.
Ekolodzy nauczyli się wówczas bardzo sprytnie wykorzystywać przepisy dotyczące ochrony zboczy przed erozją, aby blokować wydawanie zezwoleń na nowe nasadzenia. Kiedy na przykład w 1999 roku właściciele winiarni Smith-Madrone postanowili powiększyć o 3 akry (ok. 1,2 ha) swoją starą winnicę na wzgórzach Spring Mountain, projekt ten został  oprotestowany przez miejscowy oddział Sierra Club – największej amerykańskiej organizacji ekologicznej.
Od winiarzy zażądano wówczas dodatkowych opracowań, planów i analiz, kosztujących, bagatela, 80 tysięcy dolarów (sic!), czyli dwukrotnie więcej niż samo posadzenie winnicy.

Prawem i lewem

Pecha miał także Jayson Pahlmeyer, który w 1997 roku zabierał się do posadzenia 20 hektarowej winnicy na zboczu Atlas Peak – tak się złożyło, że było to akurat naprzeciwko nowiutkiego domu panny Malan. Wówczas rozpętało się prawdziwe piekło! Palhmeyer został dyżurnym chłopcem do bicia ekologów, którzy zainspirowali przeciw niemu całą kampanię medialną. Stał się on nawet jednym z głównych negatywnych bohaterów głośnej książki Jamesa Conawaya The Far Side of Eden.
Przy okazji dostało się też innym. Tym razem bowiem aktywiści z Sierra Club zaskarżyli władze hrabstwa Napa, zarzucając im, że tutejsze zasady wydawania pozwoleń na sadzenie winnic są niezgodne ze stanowymi przepisami o ochronie środowiska. I w 2000 roku doprowadzili do tego, że wszelkie nowe nasadzenia winorośli na zboczach doliny i okolicznych wzgórzach, jak też replantacje istniejących winnic muszą podlegać tym samym procedurom planistycznym, analizom, ocenom oddziaływania na środowisko etc., co inwestycje infrastrukturalne i przemysłowe.
Był to absolutny precedens w skali Ameryki! W praktyce oznaczało to niemal całkowity zakaz zakładania winnic na zboczach i wzgórzach wokół Napy. Tamtejsi winiarze zostali więc pozbawieni możliwości wykorzystania potencjalnie najlepszych terroirs, a region możliwości rozwoju.
Dziś podobne spory trwają w sąsiedniej Sonomie, gdzie ekolodzy również wymusili wprowadzenie niekorzystnych dla winiarzy ograniczeń. Od paru lat ważą się losy kilkusethektarowego kompleksu winnic, który ma powstać na wzgórzach wokół Annapolis.
Inwestorzy chcą w ten sposób zagospodarować poręby po wyciętych komercyjnych lasach, obrońcy środowiska żądają natomiast, aby je ponownie zalesić i blokują inwestycję. Na celowniku ekologów od lat jest też kolejny wielce obiecujący (i medialny) region – Santa Barbara.

Antykrucjata

Radykalni ekolodzy z definicji nie lubią kalifornijskich winogrodników (i w ogóle ludzi sukcesu), ale trudno zaprzeczyć kilku ich racjom; znaczna część tamtejszych winnic powstała bowiem w wyniku dużych, korporacyjnych inwestycji i posiada zdecydowanie przemysłowy charakter.
Fot. W. GogolińskiTe rozległe monokultury winorośli, w skali rzadko spotykanej w Europie, są obficie nawożone i nawadniane, a do ich ochrony wciąż stosuje się herbicydy i pestycydy (choć zużycie tych środków w ostatnich latach znacznie ograniczono). A więc rzeczywiście nie są obojętne dla środowiska.
Z drugiej jednak strony duża część kalifornijskich winogrodników i winiarzy w pełni uczestniczy w proekologicznej subkulturze. Nie brakuje wśród nich fanatyków upraw organicznych oraz biodynamicznych i niejedna posiadłość może służyć za podręcznikowy przykład gospodarowania w zgodzie z naturą i krajobrazem.
Od 2002 roku jest wdrażany stanowy program Sustainable Winegrowing Practices, który ma skłonić producentów do dobrowolnej zmiany metod uprawy na bardziej przyjazne dla środowiska. Jest to jak dotąd największy na świecie program ekologizacji upraw winorośli, który objął już swoim zasięgiem większość kalifornijskich winnic.
W wielu przypadkach przyczyną lokalnych konfliktów jest dostęp do wody, która w dużej części Kalifornii jest dobrem deficytowym. A ponieważ wprowadza się limity jej zużycia dla gospodarstw domowych, ludzie coraz częściej żądają także wprowadzenia ograniczeń w nawadnianiu winnic. Wielu winogrodników bardzo dobrze to rozumie i ogranicza podlewanie krzewów do niezbędnego minimum lub w ogóle z tego rezygnuje, wielu też odkrywa, że w ten sposób można uzyskać lepszą jakość wina, choć oczywiście plon jest niższy. Dziś dry-farmed brzmi tam równie kultowo, jak biodynamic i organic.

O enturystyce w Kalifoni czytaj na: Kalifornia! Kalifornia!

O ludziach wina Złocistego Stanu czytaj na:

Wszystko przez dziewczyny…

Przy golfie o winie