Przy golfie o winie

Rozmowa z Erikiem Wente, szefem Wente Vineyards

Wojciech Gogoliński: Dlaczego golfiści noszą ścierki w tylnej kieszonce spodni? Taka moda, szpan, nowa świecka tradycja?
E, tam! Po prostu do przecierania i czyszczenia łopatki. Czasami przytnie się za mocno i na kiju pozostają grudki ziemi i trawy. To może mieć zasadniczy wpływ na precyzję następnego stuknięcia.

To aż tak ważne?
Wszystko jest ważne – lepkość gruntu, pogoda, wiatr, temperatura, nastrój gracza. Złe uderzenie powoduje, że piłeczka ląduje w pułapce (jajowate doły z piaskiem) lub w ogóle poza polem, a to już punkty karne. Golf polega właśnie na unikaniu punktów karnych.

Fot. W. GogolińskiNie wierzę, żeby Tiger Woods sam sobie czyścił kij!
Tiger może nie, ale golf to nie tylko elitarny sport znany z telewizji, z zawodów. Tiger ma asystentów, ale miliony innych graczy – nie. Tutaj za 85 dolarów dostajesz wózek i możesz grać do woli przez około pięć godzin – tyle mniej więcej zajmuje przejście wszystkich dołków na siedmiokilometrowej trasie. Taka kwota wydana raz na miesiąc to nie jest tutaj wiele.

Sam grasz?
O, tak! Ale rzadko, może raz w miesiącu. Golf jest pasjonujący jak winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...). Tu nie ma limitu wieku – możesz się w to bawić na świeżym powietrzu przez całe życie. Grałem w football amerykański i w kosza, jednak przychodzi taki moment, kiedy musisz sobie powiedzieć: „Hola, dość, kręgosłup dalej nie pociągnie”. W golfa możesz grać nawet o lasce (śmiech; kij i laska brzmią po angielsku tak samo).

Macie pole golfowe, prowadzicie jedną z najlepszych restauracji między San José i San Francisco, co dwa tygodnie urządzacie koncerty w winnicy-golfiarni. Śpiewali u was w tym roku m.in. Diana Krall, ZZ Top i Chris Isaak – to absolutny światowy top! Robicie to wszystko tylko po to, by wspomóc sprzedaż wina?
Nie żartuj nawet. To także interes, choć oczywiście przynosi sławę temu miejscu i winom. O te bilety ludzie się zabijają, pole golfowe kosztowało siedem milionów dolarów – to wszystko musi na siebie zarobić! Nie dotujemy bezsensownie swoich inwestycji. Zresztą zobaczysz sam, dziś na koncercie.

Jest kryzys, a wy macie kolejny rok wzrostu sprzedaży. Czy to zasługa waszego rozbudowanego portfolio?
Zgadza się. Ludzie piją tyle samo wina co przedtem, a nawet więcej. Zmieniła się tylko struktura jego konsumpcji. Osoby, które kupowały wina kosztujące ponad 20 dolarów za butelkę, przeszły do kategorii nabywców wydających 10–20 dolarów. Ci natomiast przerzucili się na wina kosztujące 5–10 dolarów. W tych dwóch ostatnich grupach mamy wyraźny wzrost sprzedaży. Jest kryzys, ale jak ty to mówisz: „damyrade.com.pl” (śmiech).

Próbowaliście, jak inne wielkie rodziny winiarskie, inwestować za granicą. W Chile, Argentynie…
Tak, ale to bardzo skomplikowane. Byliśmy w Gruzji i Indiach, ale ich systemy myślowo-biurokratyczne nie są kompatybilne z naszymi. W Gruzji we wszystko wtrącała się Rosja, w Indiach lokalni urzędnicy z dużymi, pustymi kieszeniami. Musimy poczekać.

Dlaczego zmieniliście nazwę firmy? I to już czwarty raz w historii. Najpierw było C.H. Wente, dalej Wente & Sons, potem Wente Bros., a od 1996 roku – Wente Vineyards. Przecież w samej wytwórni nic się nie zmieniło.

Nie, ale w końcu ze zdziwieniem zauważyliśmy, że mamy siostrę (śmiech). Poza tym młode pokolenie nie rozumie skrótu „bros.”.

Do zobaczenia na koncercie!
See ya!

O enturystyce w Kalifoni czytaj na: Kalifornia! Kalifornia!

O ludziach wina Złocistego Stanu czytaj na: Wszystko przez dziewczyny…

Więcej o rodzinie Wente na: Bracia mniejsi