Roman syn Romana, czyli gładka zmiana pokoleniowa

Powiedzieć, że Roman Pfaffl robi najlepsze wina w Weinviertel – największym dolnoaustriackim okręgu – nie jest ścisłe. Na tak wielkim obszarze, ciągnącym się hen od granic Wiednia aż po hen na zachodzie, zawsze trafimy jakąś flaszkę, którą ktoś oceni wyżej.

Ale też nigdy nie dostaniemy od Romana wina niezrobionego perfekcyjnie.

Słynny niemieckojęzyczny i najbardziej wpływowy magazyn winiarski „Falstaff” w ogóle nie ma z Romanem żadnego problemu. Gdybym był do bólu złośliwy, napisałbym, że redakcja w ogóle nie degustuje próbek win Pfaffla – jest ich tyle na samym topie, że punkty dziennikarze przyznają im z automatu (ale ja tego nie napisałem!). W firmowej broszurze winiarni bieżące zdjęcia z winami po 90 i więcej punktów od Falstaffa zajmują kilka stron. Szczerze mówiąc jednak – nikt, kto zna Romana nie przejmuje się tym zupełnie. Bo Roman to jest firma, proszę Pana!

Fot. R. PfafflW malutkim Stetten, leżącym w północnej części okręgu Weinviertel, najważniejszą dla mieszkańców chyba rzeczą na co dzień jest to, ilu mieszkańców akurat liczy ich miasteczko. A dokładniej, czy jest ich powyżej tysiąca, czy też mniej – bo ta liczba jest często zmienna, i nie wiadomo, czy w ogóle wspominać o tym dzieciom przy choince, bo za rok trzeba się będzie z własnych słów wycofywać rakiem.

Kiedy byłem onegdaj w Australii, cały kraj żył w oczekiwaniu, kiedy na kontynencie pojawi się dwudziestomilionowy obywatel. Na ulicach wyczuwało się gigantyczne napięcie, bookmacherzy przyjmowali zakłady, część już świętowała, inna była bardziej powściągliwa, wnętrza gazet były pomijane – sczytywano jedynie nagłówki tekstów, reszta nikogo nie obchodziła. Potężna feta i ogłuszające owacje zastały mnie podczas odprawy bagażowej, kiedy opuszczałem kraj. Szkoda – bo zapewne wróciłbym z kilkoma okazyjnymi gadżetami.

Aż tak wybuchowo w Stetten nie bywa, ale o czym można tu w końcu plotkować w spożywczaku czy knajpce. Znacznie łatwiej ma Roman Pfaffl – dostać się na listę chętnych, których przyjmie, jest nadzwyczaj trudno. A już zjeść z nim obiad – to wielkie wydarzenie.

Mam to szczęście, że przypadkowo jestem na tej liście uprzywilejowanych. A to tylko dlatego, że odwiedziłem go po raz pierwszy w roku 1996 razem z Robertem Makłowiczem, kiedy dzielnie wizytowaliśmy miejscowych winiarzy. Pfaffl był wówczas skromnym, młodym producentem, potulnie i karnie stojącym w rządku dolnoaustriackich kolegów, czekającym na to, że ktoś się zdecyduje, podejdzie i zechce zdegustować jego wina.

Nie potrafię powiedzieć, na czym polega wielkość takich ludzi, a spotykam ich na wszystkich kontynentach. Sława spływa po nich niemal niezauważalnie. Jest to chyba cecha tylko tych największych. Ale dla Romana liczy się tylko rodzina, niepodważalne zasady i uczciwość w życiu.

Dziś jego posiadłość liczy aż 80 hektarów (zaczynał od 0,75 hektara!), a to więcej niż wszystkie winnice Wiednia! W kraju, gdzie średnia powierzchnia winogradu jest poniżej błędu statystycznego Pfaffl jest gigantem, i mógłby być bardzo wpływowym graczem na austriackim rynku. Ale zaszczyty w zasadzie w ogóle go nie interesują – jedyną funkcją publiczną, którą piastuje (społecznie) jest przewodniczenie weinviertelskiemu stowarzyszeniu producentów grünerów veltlinerów klasy DAC (Districtus Austriae Controllatus) – nowej klasy apelacji, którą stworzono tu, w Weinviertel, skąd rozprzestrzeniła się na cały kraj. Uznano kiedyś, że nic tak nie oddaje okręgowego charakteru miejscowych win jak właśnie ta odmiana robiona w sposób klasyczny, czyli bez nut beczkowych. Dla świata Roman jest przez to często znany pod przydomkiem „Mister Veltliner” lub też „PFAFFL.Pfefferl”. To drugie w nawiązaniu do pieprzności jego grünerów.

Kiedy zawitaliśmy z Anią Miodońską do Romana w zeszłym roku, właściciel był już właściwie „cieniem” dawnego winiarza. Cieniem w sensie jak najbardziej przenośnym – dziś w sprawie wyrobu wina pierwsze skrzypce gra tu jego syn – Roman Josef Pfaffl (ale – nie, nie – nic tu się nie odbywa bez wiedzy seniora) oraz córka – Heidemarie Fischer, która kieruje marketingiem, sprzedażą i ruchem gości. I kto wie, czy z całej zapracowanej rodziny, właśnie ona nie ma najwięcej roboty na co dzień.