Sięgając po niemożliwe

Wydawać by się mogło, że ekspansja powinna mieć swoje granice. Ale nie ma. Miast skupić się na najlepszych – a zatem i najtańszych – terenach uprawnych, chilijscy winiarze szukają nowych wyzwań. Docierają do obszarów dotąd przed winiarstwem zamkniętych, niemal ekstremalnych.

Zaś miejsca już im znane dzielą na coraz mniejsze spłachetki, tworząc nowe apelacje.

Dużo złego pisało się ostatnio o winach chilijskich. Podobnie zresztą jak w ostatnich dekadach, ciągle powielając stare opinie, głównie negocjantów i dziennikarzy europejskich z połowy lat 90. ub. wieku, że wszystkie wina z Chile są takie same lub podobne, i że tam, na „dole”, można zrobić wszystko i wszędzie. Bzdura.

Fot. Emiliana Organic VineyardsIstotnie kiedyś tak było i wielkie wytwórnie robiące wina no name ciągle tak postępują. Ale takie wina powstają wszędzie i przeważnie prasa nie poświęca im żadnej uwagi, najwyżej umieszczając je w statystykach produkcyjno-eksportowych. Z tej magmy już dawno wyłoniły się mocne zręby rzetelnego oraz przyjemno-pijalnego winiarstwa. I wcale nie mam tu na myśli wielkich inwestycji słynnych europejskich domów czy ich spółek z miejscowymi winiarzami. Ich wina są bardziej niż przyjemne, choć ceny znacznie mniej.
Ale tuż za tymi ostatnimi pojawiła się w ostatniej dekadzie niezwykle liczna grupa bardzo porządnych win, które przy swoich cenach pokazują niedościgłą jakość w porównaniu z wieloma winami europejskimi. Niestety, początki tamtejszego winiarstwa przyzwyczaiły nas do sięgania po chilijskie wina w ciemno, być może zwracając uwagę jedynie na nazwę odmiany. Dziś to już w znacznej mierze przeszłość. Dwa lata temu zastanawiałem się na łamach „Czasu Wina”, czy Chile podzieli się na winiarskie apelacje. „Miejmy nadzieję, że nie – pisałem wówczas – co nie zmienia faktu, że pewna specjalizacja następuje”.

I właśnie przed dwoma laty w Chile wprowadzono nowy system apelacyjny. Bazuje on niemal całkowicie na poprzednim, z 1995 roku. Dopisano do niego tylko nowe lokalizacje, czyli właśnie nowe apelacje. Należy zatem przypuszczać, że następne korekcje będą takie same, czyli jeszcze większe rozdrobnienie „dzielnicowe”. Rzecz jasna, w wyłanianiu kolejnych crus(fr.) zbiór, obszar uprawy, parcela, działka.Przeważnie n... nie ma nic złego – to się dzieje samo przez się, jeśli poszczególne fragmenty większych całości wyraźnie się różnią. Stąd oczywista obecność na nowej mapie winiarskiej takich miejsc jak San Antonio (kiedyś w Casablance) czy Peumo (w Cachapoal). Przykładów jest wiele.

Fot. Emiliana Organic VineyardsPatrząc już z innej strony, z powodu klimatu chilijskie winiarstwo należy do najmniej „chemicznych” na świecie. To dziś wielka zaleta promocyjna, ale i faktycznie „zdrowsze” wina. Klimat ułatwia również zakładanie winnic organicznych i biodynamicznych (Emiliana posiada największą certyfikowaną winnicę biodynamiczną na świecie). Wielu winiarzy niemal w sposób naturalny prowadzi zdroworozsądkową gospodarkę zrównoważoną. Choć nawadnianie spływowe (z Andów) nie jest do końca przewidywalne, wielu ciągle decyduje się na takie rozwiązanie – uważa je za bardziej naturalne od prostszego, skomputeryzowanego nawadniania kropelkowego.
Choć ma Chile i w dziedzinie „naturalności” swoje problemy, które muszą być rozwiązywane sztucznie. Próbuje się je także obejść fortelem. Jak choćby dokwaszanie win. Dla tutejszych winiarzy jest to tym bardziej przykre, że w głównej mierze dotyczy to odmiany carménère(hiszp. czarne liście) francuska odmiana czerwonych winogro..., która w pełni dojrzała rzadko może wytworzyć (lub raczej – zachować) w owocach odpowiednią ilość kwasów. Ale wiadomo – nawet w stalowych okowach apelacji wina nieczęsto bywają stuprocentowo odmianowe, poza tym zaś pod Andami coraz większą wyrwę w międzynarodowym szczepowym bloku tworzą kupaże oraz moda na nowe odmiany. Wydaje się, że carménère jeszcze długo nie podzieli losu pinotage’a jako nierozwojowej, pioniersko-sentymentalnej odmiany „lokalnej”, ale wina mieszane z jej dominantą są coraz częściej świetne lub wprost rewelacyjne. I tutaj należy upatrywać jej wielką przyszłość.

Złego obrazu chilijskiego winiarstwa dopełniają gigantyczne, jak na warunki europejskie, miejscowe winiarnie. Taki argument pada często, choć tak do końca nie wiadomo, dlaczego „złego”. Dziś wielkość przedsięwzięcia nie jest już w żadnej mierze wyznacznikiem jakości produktu końcowego, ale dla wielu Europejczyków to wciąż ważne kryterium oceny, zanim otworzą butelkę.

Także i tutaj Chile zaskakuje – małe, mniej lub bardziej garażowe winiarnie mnożą się jak grzyby po deszczu. Z reguły nie są zakładane przez początkujących winemakerów, ale tworzone przez ludzi (często bardzo znanych), którzy sławę zyskali, kreując projekty dla wielkich inwestorów. Nie mając wielkich kapitałów, ale znając najlepsze miejsca w kraju, często podejmują ryzyko i wchodzą na rynek z projektami autorskimi. Niektórzy z nich zostali wręcz zmuszeni do odejścia, kiedy okazało się, że ich wina z małych, prywatnych wytwórni zyskały większą estymę niż z ich macierzystych, wielkich wytwórni. Wreszcie pod Andami coraz liczniej pojawiają się „wolni strzelcy” z Europy, którzy na Starym Kontynencie nie mogą sobie znaleźć miejsca.

Wnioski na dziś: warto coraz dokładniej przyglądać się etykietom chilijskich win, sprawdzać nazwy i miejsca produkcji, nie szufladkować z góry nowych win, porównywać je z tymi, które próbowaliśmy wcześniej. Opłaci się!


Dziesięć „bo”, czyli tyleż powodów, by kupować wina chilijskie w Polsce. I gdzie indziej zresztą też.

1. Bo do Chile jest za daleko, by tam wyskoczyć na weekendowe zakupy.

2. Bo podobnież jak nasi pradziadowie mamy szansę spróbować win robionych z nieszczepionych odmian. I choć  nie zawsze jest to zgodne z prawdą (podobnie jak to, że nasi pradziadowie pili chilijskie wina), znajomym możemy opowiadać, że tak właśnie jest. I czym oba rodzaje win się różnią.

3. Bo w Chile jest pięknie. I tak czy siak, kiedyś musimy tam pojechać. Więc warto się już teraz przygotowywać od strony winiarskiej.

4. Bo już prawie połowa winemakerów w Chile to… kobiety (najwyższy po Kalifornii wskaźnik na świecie). Tym samym z każdym kieliszkiem wina nadrabiamy nasze zapóźnienie w popieraniu parytetów.

5. Bo oprócz wyśmienitych win czerwonych czasami mamy ochotę na coś białego z Ameryki Południowej. Tutaj Chile jest o lata świetlne poza zasięgiem wszystkich innych państw kontynentu razem wziętych.

6. Bo do chilijskiego wina nie musimy zamawiać steka. A jeśli kelner twierdzi coś innego, to znaczy, że pomyliliśmy knajpy. Kiedy zaś zdarzy się nam to podczas wyjazdu do Ameryki Południowej, to najpewniej nie jesteśmy właśnie w Chile tylko w Argentynie i nie pijemy akurat wina z Doliny Centralnej, ale prawdopodobnie z Mendozy. Kiedy zaś po posiłku obsługa zaproponuje nam ferneta, a nie odleżakowane pisco, zapytajmy o najbliższą drogę na lotnisko i spadajmy czym prędzej.

7. Bo niemal wszyscy podają, że dobre winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) jest jednym z powodów ich eskapad do Chile. „Niemal wszyscy”, zwłaszcza w Polsce, nie mogą się przecież mylić.

8. Bo w słynnej książce 1001 win, które trzeba spróbować przed śmiercią jest tylko 13 win chilijskich (w tym Coyam 2003 z Emiliany). Proporcje co najmniej zagadkowe. Błąd autora powinniśmy szybko zweryfikować sami!

9. Bo największym autorytetem wśród chilijskich enologów (i nie tylko) jest nasz prof. Philippo Pszczółkowski. To między innymi on uświadomił miejscowym winiarzom, że ich narodową odmianą nie jest merlotjedna z bardziej rozpowszechnionych i popularnych czerwonych... (...), ale carménère.

10. Bo ludzie, którzy piją wino w umiarkowanych ilościach, są szczuplejsi od osób, które czynią to okazjonalnie lub preferują mocne trunki. Wino powoduje wzrost spalania kalorii nawet do 90 minut po posiłku! Zwłaszcza chilijskie. Dlaczego akurat chilijskie? Bo akurat takie mam w kieliszku!