Szczęśliwszemu sadźmy światu

tekst ukazał się w „CW” 97, luty – marzec 2019 | kup ten numer | prenumerata | e-wydanie

„A więc sadźmy je dla innych, // Szczęśliwszemu sadźmy światu!” | cytat: Seweryn Goszczyński, „Przy sadzeniu róż [do M.S.]” (1831)
„A więc sadźmy je dla innych, // Szczęśliwszemu sadźmy światu!” | cytat: Seweryn Goszczyński, „Przy sadzeniu róż [do M.S.]” (1831) | fot. Dusan Petkovic / shutterstock

Związku między spożyciem wina a przyrostem zaludnienia dowiedziono na różne sposoby. Dziś jednak demograficzny argument „z winnicy” udowadnia bezpośrednią zależność upraw i płodności, nieodzowność zstępnych oraz prorodzinny charakter winogrodnictwa.

Łukasz Modelski | fot. J. Poremba
Łukasz Modelski | fot. J. Poremba
Paco Calatayud wie wszystko. Patriarcha winnicy Celler del Roure (trochę na zachód od Walencji) zna się na produkcji mebli z wikliny, na hodowli, mleczarstwie, uprawie migdałowców i wyrobach ze szkła. Oraz na podróżach, lasach tropikalnych, optymalnych warunkach dla karczochów, na tym, co lubią osły i, oczywiście, na produkcji wina. To jego syn, Pablo, zakładał tę winnicę. Całkiem niedawno, w połowie lat 90. To Pablo jest agronomem i specem od wina. Ale bez ojca by się nie udało. Paco miał sześćdziesiąt trzy lata i czuł się wystarczająco młody, by współtworzyć jedno z ciekawszych hiszpańskich przedsięwzięć winiarskich ostatnich dekad. Czy wówczas, kiedy budował najmłodszy z ducha i najbardziej przyszłościowy projekt winiarski w regionie Walencji, spodziewał się, że dożyje triumfu nowej winnicy? Że będzie pokazywał gościom gliniane amfory wpuszczone w ziemię jak gruzińskie kwewri? Chwalił się medalami? Nie pytam, oczywiście. Szacunek, z jakim jest tu traktowany, i to, jak naturalnie tu pasuje, dzieląc pełne zapału opowieści syna o projektach na kolejne dekady, utwierdza mnie w przekonaniu, że dobiegający dziewięćdziesiątki Paco Calatayud dobrze wybrał. Takie wybory wzruszają mnie najbardziej – te winnice zakładane w późnym wieku, dla dzieci raczej, bo czas potrzebny winu nie sprzyja przecież winiarzowi. Winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) – ze swojej natury – nie „skapitalizuje się” w ciągu jednego pokolenia. Ci, którzy dziś sadzą winnice (zwłaszcza pierwsze), wiedzą, że – jak pisał Seweryn Goszczyński – „sadzą je dla innych, szczęśliwszemu sadzą światu”.

Całkiem niedaleko Celler del Roure, w apelacji Alicante, leży winnica Enrique Mendoza. Nosi imię założyciela, lecz powstała zaledwie trzydzieści lat temu, w gruncie rzeczy od razu jako „projekt dla syna”. Mendozowie robią wino w tym regionie od lat 70., choć właściwie dłużej – niekomercyjna produkcja zaspokajająca potrzeby rodziny też się liczy. W każdym razie, kiedy Enrique zakładał winnicę w 1989 roku, jego syn Pepe, wkrótce po szkole średniej, odkrywał w sobie enologiczne talenty. Wykształcił się w tej sprawie, popodróżował i wkrótce winnicę (z sukcesem) przejął. Podobnych historii znamy dziesiątki. Rzecz jest naturalna w wypadku rodzin, które od pokoleń gromadzą i pomnażają latyfundia, obsadzając je winem (fetowany niedawno w Sierakowie markiz Antinori reprezentuje dwudzieste szóste pokolenie winiarzy). Pokoleniowa sukcesja jest w nich przede wszystkim przejmowaniem w zarząd rodzinnych aktywów, marki, przedsiębiorstwa. Inaczej już się nie da – wybór przed potomkami jest jednak dość ograniczony. Kto z nich chciałby być tym, który zamyka lub sprzedaje rodzinne przedsiębiorstwo po kilkuset latach funkcjonowania? Tutaj jednak także zdarzają się zaskoczenia, los bywa bardzo pomysłowy. Słynna rodzina Allegrinich z Valpolicelli zajmowała się winem od kilku pokoleń – dzieci przejęły przedsiębiorstwo po śmierci ojca. Ten zdążył, oczywiście, przekazać im stosowną wiedzę i nieco ograniczyć im ewentualne inne plany zawodowe. Ojciec obsadził winem nową parcelę i umarł, nie doczekawszy owoców („Może już nie ujrzym kwiatów” – przygotowuje nas na tę sytuację Goszczyński). Córka i synowie musieli poczekać do pierwszego zbioru. W końcu zrobili wino z owoców pochodzących wyłącznie z tej parceli. La Grola okazała się pogrobowym sukcesem Allegriniego seniora, ale i udanym, wspólnym przedsięwzięciem całej rodziny, choć – to prawda – przeprowadzonym w sposób dość niestandardowy.

Wino to sport długodystansowy. Przeszłość jest w nim ważniejsza od teraźniejszości. Doświadczenie Śródziemnomorza, w którym przygotowując ziemię pod nowe nasadzenia, zazwyczaj wykopuje się kawałek amfory sprzed tysięcy lat, każe myśleć o winie właśnie w ten sposób – jako o procesie, w którym bierzemy udział, o ciągłości. Odwieczność winnic, które w tym samym miejscu uprawiali Grecy, Rzymianie, cystersi itd., zawsze robi na mnie wrażenie; pokazuje, że w pewnej perspektywie jesteśmy jedną z warstw archeologicznych, ogniwem w łańcuchu pokoleń. Krzepiące to jakoś i uspokajające. Aspekt prawdziwie heroiczny pojawia się jednak wtedy, kiedy nie stoimy na końcu tego łańcucha, ale na jego początku, kiedy zakładamy winnicę w nadziei, że ktoś ją przejmie, zobaczy, co wyrosło, zmieni, otoczy opieką. Kiedy liczymy na przyszłych, a nie staramy się dorównać przeszłym. Myślę o tym za każdym razem, odwiedzając polskie winnice, zwłaszcza tych winiarzy, którzy wciąż nie chcą sprzedawać swoich win – bo niedoskonałe, bo potrzeba jeszcze poprawić to, zmienić tamto, bo czas jeszcze nie nadszedł. Być może nie doczekają wina doskonałego, takiego, które sprosta ich wyobrażeniom, i naprawdę „sadzą je przyszłemu latu”? No i jak tu teraz nie liczyć na rodzinę, sami powiedzcie. Demograficzny argument „z winnicy” wydaje mi się nie gorszy od np. tego „ze spadku PKB”. Nawet lepszy – ma w sobie siłę imperatywu moralnego albo choć odrobinę emocjonalnego szantażu.

Dynastia