Teutoni nad Arno

Toskania przyciąga. Zawsze tak byto. Ostatnio najbardziej spopularyzowali ją Brytyjczycy. Tamtejsze gwiazdy muzyki osiedlają się tutaj najczęściej. Wyspiarscy premierzy tradycyjnie spędzają tu wakacje. Jednak w pewnym momencie ten obszar Włoch stał się dla Brytyjczyków za drogi.

Zaczęli wynosić się bardziej na południe. Ich miejsce powoli zaczynają zajmować Niemcy.

Jednym z pionierów niemieckiego osadnictwa był Michael Quick. Mieszka tu już od 25 lat. To bogaty staż, jak na jego wiek, gdzieś około pięćdziesiątki. – Zakochałem się od razu, od pierwszego pobytu. Spojrzałem spod budynku Enoteki Włoskiej z oddali na stare miasto i już było po zabawie. Wiedziałem, że chcę tu spędzić resztę życia – mówi.

Michael

Fot. W. GogolińskiProblem polegał na tym, że nie wiedział – jak. Nie miał pomysłu na dorosłe życie. Ale jednocześnie poczuł smak tutejszego wina… I tak mu czas zleciał. Trafił na praktyki PR do jednej z najznamienitszych wytwórni chianti classico – Castello di Cacchiano. Pracuje tam do dziś. Ciągle podkreśla, że jest fascynatem, jak na samym początku.
Spędziliśmy tu cały dzień, zjedliśmy obiad, a on jeszcze upewniał się, czy po ostatniej wizycie zjem z nim kolację, bo ma tyle do opowiedzenia. Ma powody do swoich zachwytów. Cacchiano to wytwórnia klasyczna, należy do jednej z czterech dzisiejszych odnóg rodu baronów Ricasolich – tych, którzy „wymyślili” chianti, zaś zamków mieli kiedyś nawet trzynaście. Ich wina to absolutny szczyt.
Kilka lat temu, kiedy byłem tu po raz pierwszy, nie przekonały mnie. Do dziś nie wiem dlaczego. Może to był mój gorszy dzień. Teraz nadrabiałem to z ochotą. Gdyby inni robili takie wina, mogliśmy powiedzieć o prawdziwie klasycznym stylu. Ale tak potrafi niewielu. Cacchiano nigdy nie poddało się modzie na beczki. Ekstrakty w tych winach to coś, co powstaje w winnicy, a kwasu jest zawsze tyle, ile trzeba.

Gerd

Na Michaelu wyraźnie odbiły się lata spędzone w Włoszech. Zwłoszczał. Gerd Shué ma to jeszcze przed sobą. Dystyngowany 70-latek, sąsiad i kumpel Michaela, przyjął mnie po niemiecku, acz nadzwyczaj ciepło jak na północne obyczaje. Na biurku w jego gabinecie w gigantycznym Castello di Lucignano panował wojskowy porządek. Podobnie jak w wypucowanej na błysk winiarni.
Fot. W. GogolińskiW rogu stołu – jak od linijki – leżały trzy wizytówki redakcyjnych kolegów, pozostałość po ich wizycie sprzed dwóch lat. Gerd brał po kolei każdą z nich i systematycznie odpytywał, co u nich słychać. Każdego doskonale pamiętał, nie umknęło mu, o czym z każdym rozmawiał i jakie były reakcje na jego wina. Jak również to, że np. Marta Śmietana zamówiła wówczas butelkę grappy.
Dopiero po tej procedurze mogliśmy powrócić do spraw między nami. Gerd całe życie pracował w przemyśle chemicznym, na tym się dorobił. Mieszkał w Niemczech, Szwajcarii i USA, ale ostatecznie na emeryturę wybrał Toskanię. Tu kupił stary zamek i wyremontował go. Jego wina to „ostoja” czystości zapachów i smaków. To pierwsze określenie, jakie mi się nasunęło. Są pełne, nieprzeładowane, soczyste, delikatne i owocowe – taka może być ich pełniejsza charakterystyka.
Ale Gerd lubi też poeksperymentować, stąd w jego ofercie kilka supertoskanów oraz jedno wino… okolicznościowe, które zrobił ostatnio, gdy skończył 70 lat. I jeszcze jedna uwaga – Gerd robi najlepszą grappę, jaką udało mi się kosztować w całej Toskanii.