Udo baletnicy

Podczas pierwszej podróży po Sycylii, kilkanaście lat temu, wynajęliśmy taksówkę, żeby się już nie kłopotać szukaniem połączeń do miasteczek położonych w głębi wyspy. Skorzystaliśmy z oferty czerstwego staruszka ze złotym łańcuchem na szyi i popłynęliśmy białym mercem między wzgórza.

Pora była wczesnoletnia, wyspa nie była jeszcze wypalona słońcem, zbocza kipiały życiem. Wyliśmy z zachwytu po każdej serpentynie, przy każdej odsłonie pejzażu. Rozgadany kierowca czekał, aż wrócimy do wozu po kolejnej sesji fotografi cznej. Zachowywał się, jakby był właścicielem tego wszystkiego, i po którymś przystanku poczuł się wyraźnie w obowiązku, żeby nam wytłumaczyć, co dokładnie tak naprawdę podziwiamy. Jego definicja sycylijskiego krajobrazu była dobitna i konkretna. „Pane e olio” – stwierdził. Chleb i oliwa? No tak, niby się zgadzało, ale przecież wśród tych łanów i gajów gęsto szły ściegi winnic! Potwierdzało się zatem nasze poczucie, że winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) ma tu – obojętne w Palermo, Ennie czy na okolicznych archipelagach – jakiś podrzędny status. Jeśli Włosi z półwyspu mało celebrują ten trunek, to tutaj miał on status jak – w najlepszym razie – powietrze: wiadomo, że jest, ale nie widać powodu, żeby zapalać dla niego kandelabry (zastrzegam: nie byłem tam nigdy w porze winobrania). I częściej się widywało colę na stole u sąsiadów podczas kolacji w knajpie niż karafkę wina. Nieco się w ciągu tych kilkunastu lat zmieniło, ale wciąż niewiele tu – jak na Włochy – enotek. Chyba że pójdziecie do miejsc i dzielnic, które są mało interesujące. Jeślichcecie zobaczyć prawdziwe sycylijskie życie, to zajrzyjcie do któregoś z licznych Circolo Sportivo. Te „kółka sportowe” zasiedlają od południa najbardziej malownicze typy Sycylijczyków. I żadnych miejscowych kobiet, plus pełna życzliwość do kobiet przyjezdnych. Między piwem a grappą zieje przeważnie w ofercie znacząca dziura. Towarzystwo się wymienia, ale i tak każdy z osobna wygląda, jakby spędzał tam cały dzień z drobnym wypadem na miasto w jakichś niewartych wspomnienia interesach. Na ścianach zblakłe plakaty i zdjęcia z triumfów lokalnego klubu – kiepski pretekst do rozmowy dla przygodnego gościa. Ale zawsze – nawet jeśli nie ma na ścianie koszulki w czarno-białe pasy – można coś bąknąć o Juventusie (chyba że coś wiecie o piłkarzach Katanii albo Palermo). Przy sycylijskich klubach mogłoby jednak dojść do niepotrzebnego sporu, za to Juve z Turynu ma tu wszędzie wzięcie jeszcze od czasów, gdy fabryka koncernu Fiata była głównym obiektem pożądania dla imigrantów przybywających z południa Włoch. Więc w „kółkach” jest naprawdę przyjemnie. Jeśli nie macie ochoty na alkohole w porze sjesty, to dają tam zawsze koneserskie espresso i byle jaki rogalik. Najbardziej fascynujące lokale tego typu leżą na przykład przy końcu targu Ballaro (tym bliższym uniwersytetu) w Palermo. Nie są to „Circolo”, ale klimat mają podobny. Nieoznakowane, dawne (chyba) garaże, gdzie wśród zardzewiałych felg, imadeł, opon i butli na ceratowych krzesełkach siedzą niejawni patroni okolicznych interesów. Ćmią i niespiesznie spożywają. Tajemnica sycylijskiego wina wiąże się ściśle – mam takie poczucie – z szaleństwem tamtejszej natury. Już to tłumaczę… Zjedzcie cokolwiek na Sycylii – wszystko jest fantastyczne. Proste dania, pasty, owoce morza… Nawet przeważnie niejadalny kalmar – przyznajcie to szczerze! – ma tu po zgrillowaniu smak słodko-gorzkiej czekolady. Nie ma na świecie takich pomidorów, takiej oliwy, takich karczochów, bakłażanów etc… Mam na myśli oczywiście dania codzienne, przygodne, bez rekomendacji i wtajemniczeń. Wszystko niby znajome, ale o smaku podkręconym w jakiś tajemniczy sposób. No, może nie zawsze znajome… Pierwszym daniem, jakie zjadłem w Palermo, była pasta z gorgonzolą i ziarnami kawy – aromatyczny, słodkawy ser i chrupkie, nieprzesadnie gorzkie ziarna – fantastycznie i bez zadęcia. Tyle, by nie dziwić się później, kiedy Sycylijczycy pytają przekornie: „I jak się wam podoba w północnej Afryce?”. Wiele mówiący o nich żart, ale jednak nie – to nie Afryka.

Róże Saliny

Tutejsza ziemia jest żyzna do obłędu. Kiedy jem u Sycylijczyka, zawsze przypomina mi się fragment z początku powieści Gepard Giuseppe Tommasiego di Lampedusy. Jej główny bohater, książę Salina, kazał posadzić w ogrodzie róże Paul Neyron, wykwintnego, lecz niemal bezwonnego gatunku, które sam przywiózł z Paryża. Zdegenerowały się one w mig pod wpływem „żywiołowych i niszczycielskich soków sycylijskiej ziemi”. Dostały tak potężną dawkę mineralnych dopalaczy, że zapomniały o swojej wykwintnej rasie i nie dość, że przypominały teraz kapuściane głowy, to zaczęły wydzielać bezwstydną woń, o jakiej żaden francuski hodowca nie śmiałby marzyć. Kiedy Salina przykładał je do nosa, wydawało mu się, że „wącha udo baletnicy z Opery”. Palermiańskiej Opery – łatwo się domyślić. Dlatego gdziekolwiek się na Sycylii je, czyli wszędzie tam, gdzie słychać tamtejszy dialekt i widać plastikowe krzesła, dostaje się porcję wrażeń przywodzącą na myśl róże Saliny. Co ma wino do tego? Chyba to, że – jak wiemy – nie wystarcza mu, by bujnie rosło. I dopiero po winobraniu zaczyna się prawdziwa robota. Tak to sobie dawniej tłumaczyłem – wyobrażałem sobie sycylijskich winiarzy, którzy co roku mają fantastyczne plony, a potem już tylko myślą, jak je zabutelkować. Przy ostatnich pobytach wreszcie zobaczyłem ślady sycylijskiej potęgi winnej. Nawet wina z Donnafugaty albo – szczególnie – te spod Agrygentu do złudzenia przypominające brunello to już była zupełnie inna bajka.

Butelkatyp butelek o różnym kształcie, pojemności i kolorze, pr... brunello

Nocowaliśmy przeważnie w agriturismach: dostępnych na telefon z drogi, bez ceregieli i „czym chata bogata”. Często przy winnicach. Dawali do spróbowania wszystko, co mieli. I wszystkie piatti – jak Bóg przykazał – w kanonicznej kolejności na kolację. Nigdy tak nie przytyłem na urlopie. I nigdy tyle nie degustowałem. Tylko czy oni naprawdę doceniają to, co mają? Ostatnio poszliśmy w Piazza Armerina do świetnej trattorii. Wszędzie stały butelkityp butelek o różnym kształcie, pojemności i kolorze, pr... sycylijskich win – mniej lub bardziej wybitnych. Właściciel zadowolony z naszej pasji poznawczej to nas chwalił za wybór, to polecał coś arcyciekawego, wyraźnie zadowolony, że ma z kim o winie pogadać. Było arcysycylijsko – czyli rozkosznie. Na koniec, tuż po rachunku, uściskach, pożegnaniach dał nam prezent. Była to butelka toskańskiego brunello. No właśnie…

 

O Sycylii przeczytaj jeszcze:

Wielka metamorfoza

Nie zawsze w słońcu

Dar słonecznej wyspy

Turystyczna Ziemia Obiecana