Urok małych miasteczek

Uwielbiam tę atmosferę, gdy w hałasie przekrzykujących się Hiszpanów, przy suto zastawionym stole w podrzędnej knajpce, gdzieś na południowym skrawku Mesety Iberyjskiej, usłyszeć można plotki i ploteczki dotyczące codziennych spraw lokalnej społeczności.

Szczerze o problemach

Niby temat nijaki, dla Polaka zupełnie obcy, ale rozbrajająca szczerość i ranga problemu dla prowadzących dysputy tak ogromna, że aż przejmująca. Kooperatywa przeżywa problemy i Antonio z tego powodu musi wymyślić coś, co podobnie jak przed laty uratuje atrakcyjność i sprzedaż towarów. I miejsca pracy setek winogrodników z okolicy. Ze skrywanym uśmiechem podsłuchiwałem, gdy opowiadał, że zjadł zęby na produkcji czerwonych win w tym regionie (co było widać), a to oznacza, że jest pierwszym człowiekiem, który wpadł na pomysł produkcji czerwonych słodkich naturalnych win w kooperatywie.

Czerwone, mocne i słodkiewino o dużej zawartości cukru naturalnego lub dodanego..

Przed wielu laty postanowił poeksperymentować z mocnym alkoholem i winogronami szczepu monastrell. Wykorzystał siedemdziesięcioprocentową czystą aguardiente i dodał do niej winogron tego samego szczepu, z której powstała, pozostawiając mieszaninę na 7 dni. Rozpoczął się powolny proces maceracji winogron, owoce zaczęły oddawać sok, a zawarte w nim i skórkach garbniki przepływały w ten sposób do powstającego trunku. Gdy poziom alkoholu osiągnął 15 proc. winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) rozlano do butelek, otrzymując purpurowoczerwone, mocno owocowe, wzmocnione wino słodkie naturalnego pochodzenia. Żałuję, że w słowach trudno oddać atmosferę, w jakiej uzyskałem te informacje. Niech jednak będzie mi dane opisać miejsce spotkania.

Odwiedzajcie takie miejsca

Miasteczko Fuente-Álamo. Gdzieś między Jumillą a Almansą. Mała restauracyjka w środku jednotysięcznej wioski. W środku pełno ludzi. Żadnego turysty – wszyscy miejscowi. Na stole różnorodne lokalne tapas; małże, gambas, czyli krewetki, tostowany chleb ze świeżą oliwą, skrzela morszczuka w sosie beszamelowym, krokieciki z mięsem, zapiekany młody ser manchuego i wina z kooperatywy. Później pojawią się jeszcze żeberka młodego jagnięcia z ziemniakami. Papryka zasmażana i sałatka ze świeżych warzyw z oliwkami, których uprawą chwali się wielu tutejszych rolników. Ale zanim to wszystko zjemy, wysłucham jeszcze wielu ważnych opowieści dotyczących życia kooperatywy i ludzi z nią związanych. To tutaj poznaje się wina i tutaj dokonuje się najlepszych wyborów. Cudownie jest znaleźć się w takim miejscu, z dala od cukierkowych, powtarzalnych i nudnych miejsc winiarsko-turystycznych rodem z taniego przewodnika.

Camara de Albacete

W tym samym czasie co opisywana historia, w małym miasteczku Villarrobledo odbywa się prezentacja win z regionu La Manchy przeznaczona dla dziennikarzy i potencjalnych kooperantów z wielu stron świata. Brzmi dumnie, ale w rzeczywistości to malutka, niskobudżetowa impreza targowa. Kilkunastu wytwórców złożyło się na przyjazd cudzoziemców, chcąc w ten sposób zaprezentować swoje produkty.

Ale w trakcie ciekawych degustacji zwiedzający odrywani są od stolików, aby koniecznie stawić się w sali audytoryjnej i wysłuchać 15-minutowego przemówienia prezydenta lokalnej izby gospodarczej, który popijając wodę (mam taką nadzieję), zza wysokiej mównicy dziękował aktywistom za wkład w budowanie wspólnego ładu w lokalnej społeczności, a sprowadzonym gościom dziękował za przybycie, wybrańców wyczytywał po nazwiskach, przywoływał do siebie i wręczał nagrody za promocję regionu, co być może nastąpi w przyszłości, a być może nie. Cyrk na kółkach. Rodem z Misia.

Jednak spotkanie z lokalną kulturą, winiarzami i ich winem to na szczęście nie przemówienie w Camara de Albacete – to gwar, hałas, tapasy na kolację w podrzędnej knajpce, gdzieś na południowym skrawku Mesety…