W poszukiwaniu idealnego shiraza

 

Niewysokie pagórki, porośnięte rzędami winorośli, od czasu do czasu jakieś drzewo, a co kilka wzniesień tanki sterczące wśród prerii. Pierwszego dnia wybrałem się na spacer. Szutrową drogą wśród winnic, w dół płaskiej dolinki. Przeszedłem przez kładkę przerzuconą nad niewielkim, wolno sączącym się strumykiem.

 

Odwróciłem głowę, by przeczytać jak nazywa się owa namiastka rzeki. Na tabliczce napisane było Jacob’s Creek. Ten Jacob’s Creek! Wtedy w końcu dotarło do mnie, że jestem w Dolinie Barossy. Tej Dolinie Barossy!

Fot. Penfolds Wines LimitedEnoturysta podróżujący wcześniej po winnicach Europy, Afryki czy też obu Ameryk może z początku czuć się nieco zawiedziony. Niewiele tu urokliwych miasteczek, pełnych doskonale zaopatrzonych sklepów z winami i świetnych restauracji. Zupełnie inne jest też podejście Australijczyków do tworzenia wina. Jak na lekarstwo tu winiarni ze sklepionymi piwnicami, w których leżakuje winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...), oraz eleganckimi salami degustacyjnymi. Typowa australijska winiarnia to często kilka wielkich tanków fermentacyjnych pod gołym niebem, a obok klimatyzowany magazyn do przechowywania i dojrzewania wina. Brak piwnic i eleganckich salonów absolutnie nie przeszkadza tutejszym winiarzom w tworzeniu doskonałego wina, które z roku na rok coraz wyraźniej podbija światowe rynki. Typowy enoturysta musi jednak wykazać się dużą wyobraźnią lub z góry wiedzieć gdzie szukać, by znaleźć miejsca winiarskie w europejskim tego słowa znaczeniu. Ale jak się postara, to i miasteczko, i piwnice, a nawet prawdziwe château, bez trudu znajdzie.

Jak na piwo, to tylko w Dolinie Barossy

W drodze z lotniska w Adelajdzie warto zatrzymać choć na chwilę w niewielkiej miejscowości Hahndorf. To miasteczko żywcem przeniesione z Saksonii lub Śląska. Zostało założone w połowie XIX wieku przez przybyłych właśnie ze wschodnich regionów Niemiec osadników. Przybyli tu za chlebem, wygnani ze starego kontynentu z powodu nietolerancji religijnej. W Południowej Australii znaleźli nowy dom, w którym chcieli zaszczepić chociaż cząstkę dawnej ojczyzny. Znajdziemy tu stare kamienne domy, ratusz, neogotycki murowany kościół i zbór luterański. Jest też stara piekarnia, która nadal przyciąga gości smakowitymi zapachami świeżo pieczonych brötchen. Choć wokół niemal wyłącznie winnice, to w samym środku miasteczka stoi niewielki browar, a o dobre piwo jest tu tak samo łatwo, jak o wyjątkowego shiraza. Po najlepsze wina należy jechać jeszcze dalej.
Każdy, kto choć trochę przeczytał o australijskich winnicach, będzie chciał pierwsze swoje kroki skierować do winnic Penfolds – miejsca gdzie powstaje słynne wino Grange, czyli pierwszy wielki shirazfrancuska odmiana czerwonych winogron uprawianych głównie ... z Doliny Barossy. Przy winiarni działa duże centrum degustacyjne ze sklepem, restauracją i niewielkim muzeum. Warto przyjechać tu na lunch w środku dnia. Miejmy jednak świadomość, że na ten sam pomysł codziennie wpada przynajmniej kilkadziesiąt innych enoturystów. Może więc warto wybrać się nieco dalej, w głąb regionu, szukając bardziej ustronnych i spokojniejszych miejsc.
Fot. ArchiwumWiększość winnic, które warto odwiedzić, skupione jest wokół miasteczka Tanunda. Blisko stąd do niewielkich butikowych winiarni Stanleya Lamberta lub rodziny Clarków, w których możemy liczyć na gościnne przyjęcie i degustację w zaciszu kolonialnej werandy. A jeśli nam się poszczęści, to o swoich winach opowiedzą nam osobiście właściciele posiadłości. Można odwiedzić także słynną Yalumbę, której kamienna siedziba najbardziej odpowiada europejskiemu wyobrażeniu o zabudowaniach winiarskiej posiadłości. To jedna z niewielu dużych firm, która pozostaje w rękach jednej rodzimy od kilku już pokoleń. O wyraźnej estymie dla europejskiej tradycji świadczy to, że w Yalumbie, wzorem największych francuskich châteaux, działa zakład bednarski wytwarzający beczki na użytek tej i innych okolicznych winiarni.
Australia to także jedyne na świecie miejsce gdzie – przy odrobinie szczęścia – możemy spotkać wśród winnic kangura. Ale o tym pisaliśmy już w poprzednich numerach „Czasu Wina”.

Spokojne wielkie miasto

Adelajda to miasto liczące niemal milion mieszkańców. Nie przypomina ona jednak takich metropolii jak Sydney czy Melbourne. Wręcz przeciwnie – położona wśród łagodnych zielonych wzgórz składa się głównie z niezwykle rozległych przedmieść. Kilometry ocienionych eukaliptusami uliczek, przy których rzędem ustawione są urocze domki australijskich rodzin wiodących tu szczęśliwe i spokojne życie. Miasto urzeka swoją prowincjonalnością. Położone jest nad rzeką Torrens, która kiedyś stanowiła ważny szlak handlowy. Dziś miasto nadal silnie zintegrowane jest z rzeką, której wody wciąż nawadniają liczne parki położone w centrum miasta. Tym co wyróżnia Adelajdę na tle innych Australijskich miast jest największa liczba dobrych restauracji i winiarni przypadających na jednego mieszkańca. Nigdzie indziej w centrum, w zasięgu pieszym, nie znajdziemy tylu dobrych, godnych polecenia lokali.
Fot. shutterstock.com / Neale CouslandCi najbardziej wymagający powinni skierować swoje kroki do restauracji Grange, która swoją nazwę zaczerpnęła od jednego z najsłynniejszych win pobliskiej Barossy. Mieści się ona w hotelu Hilton, a uważana jest za jedną z najlepszych w kraju. Jest to głównie zasługa wizjonerskiego szefa kuchni Cheonga Liew, który jako jeden z pierwszych zaczął na wysokim poziomie łączyć styl wykwintnej francuskiej kuchni z azjatycką tradycją kulinarną. Uważany jest on za jednego z prekursorów tak bardzo dziś popularnego stylu fusion.
Jeżeli ktoś ma ochotę na równie świetną kolację w mniej wyszukanej atmosferze, warto wybrać się do położonej nad sama rzeką restauracji Red Ochre. Siedząc na tarasie i podziwiając stąd nowoczesne centrum miasta, można rozkoszować się ciszą zamawiając wyśmienite carpaccio ze strusia czy też steki z krokodyla. Gdybyśmy jednak chcieli zjeść coś bardziej klasycznego, to także nie będzie z tym problemów. Dzięki bardzo dużym grupom emigrantów ze wszystkich krajów świata znajdziemy w Adelajdzie wiele etnicznych restauracji podających dania z całego świata. Wśród włoskich, francuskich, japońskich czy chińskich lokali można spotkać także miejsca, gdzie podaje się polską kuchnię. Ponoć w barze przy centralnej hali targowej można zjeść najlepsze pierogi na południowej półkuli.

Wszystkie wina w jednym miejscu

Kto trafił do Adelajdy, ten nie można ominąć Narodowego Centrum Wina. Warto zwrócić uwagę już na samą architekturę jego nowoczesnej siedziby. Budynek urzeka lekkością i niekonwencjonalnością projektu. Niemal na każdym kroku spotkamy tu nawiązania do wina i winorośli. Dziś muzeum jest częścią Uniwersytetu w Adelajdzie, którego wydział enologiczny uważany jest obok tych w Stellenboschmiasto w południowo-zachodniej części Kraju Przylądkoweg... (...) i Davis za kuźnię nowoczesnych winemakerów. Niemal każdy początkujący winiarz chce choć przez semestr właśnie tutaj studiować.
Enoturysta w Narodowym Centrum Wina znajdzie i spróbuje te wina, które ominął lub na które zabrakło czasu w Barossie. Są tu niemal wszystkie ważne wina południowej (i nie tylko) Australii. Wśród licznych atrakcji dużym zainteresowaniem cieszy się też sala aromatów, gdzie można zweryfikować swoje zdolności organoleptyczne oraz hologramowy Oz Clarke opowiadający o tutejszych winach.
Jest jeszcze jeden ważny powód by odwiedzić Adelajdę. Zaledwie trzy godziny lotu dzielą to miasto od Sydney i jednego z najsłynniejszych budynków operowych świata. Monumentalne białe żagle rozpostarte ponad 40 lat temu nad wodami zatoki powinien oglądnąć każdy, kto ma szansę choć na chwilę znaleźć się na Antypodach. Ale o tym opowiem już innym razem.