W stronę Ziemi Ognistej

artykuł ukazał się w wersji drukowanej w „CW” nr 93, czerwiec – lipiec 2018

stolica Ziemi Ognistej, miasto Ushuaia, widziana z Kanału Beagle | fot. Jess Kraft / shutterstock

Argentyna oszałamia chyba w równym stopniu rozmiarem swego terytorium, co mnogością występujących w jego obrębie krajobrazów. Przemierzając jej rozległe przestrzenie, mamy do czynienia z najpiękniejszymi miejscami na świecie, na które składają się nieprawdopodobne, wielobarwne formacje skalne na północy, majestatyczne Andy, jeziora poukrywane w lasach na południu kraju, a także ciągnące się kilometrami lodowce.

Dalej już tylko Antarktyda: wina z Patagonii.

Szczególnie południowe obszary wydają się rajem dla turystów zmęczonych wielkomiejskim zgiełkiem, szukających dziewiczych krajobrazów, ciszy i spokoju. Ci najbardziej zdeterminowani na pewno znajdą je gdzieś na olbrzymim – w wypadku Argentyny rozciągającym się na powierzchni 670 tysięcy km² – terenie zwanym Patagonią. Tak jak innych części Argentyny i tej krainy nie sposób zaszufladkować. Mnogość krajobrazów jest tu wielka, począwszy od nieprzebranych połaci ogromnego, surowego pustynnego stepu na dalekim południu, po iście alpejski pejzaż najsłynniejszej chyba argentyńskiej górskiej miejscowości wypoczynkowej Bariloche.

Tyle tylko, że jeśli ktoś będzie chciał zobaczyć największe atrakcje Patagonii, podążając na przykład trasą siedmiu jezior, czy z bliska kontemplować niezaprzeczalne piękno lodowca Perito Moreno w pełnej błękitnolodowej krasie, raczej nie ma co liczyć na spokój i odosobnienie. Zbyt wielu turystów, masowo odwiedzających ten fragment kraju, pragnie zobaczyć to samo. Ale już kierując się dalej na południe kultową Ruta Nacional 40, przecinającą Argentynę od południowego krańca przy Ziemi Ognistej aż do granicy z Boliwią na północy, wkraczamy na tereny emanujące ciszą i spokojem, a także swoistym ascetycznym pięknem. Ten z pozoru jednolity stepowy krajobraz i jego minimalistyczny urok są dla tych, którzy potrafią dostrzegać rzeczy niebanalne. W Patagonii bowiem można zaznać i gwarnej atmosfery centrów turystycznych takich jak Bariloche, San Martin de los Andes, Villa La Angostura czy El Calafate, ale po oddaleniu się od nich i wybraniu nieco bardziej wymagających szlaków magicznym sposobem zostaje się pozbawionym nadmiernego, nierzadko hałaśliwego towarzystwa, jedynie w otoczeniu dziewiczej przyrody.

Dwa oblicza

To, jak wielki obszar zajmuje kraina nazwana przez swego odkrywcę Ferdynanda Magellana Patagonią, najlepiej uzmysławia fakt, że prowincję Río Negro, stanowiącą jej północne rubieże, i najdalej położone na południu miasto w Ziemi Ognistej Ushuaia, dzieli ponad 2400 kilometrów. W świetle tego zrozumiałe staje się jej zróżnicowanie zarówno pod względem krajobrazowym, jak i klimatycznym. Pejzaże północnych prowincji – Río Negro i Neuquén – do Bariloche czy El Calafate mają się z grubsza tak, jak krajobraz Mazowsza do okolic Zakopanego.

Jednak mało atrakcyjne, płaskie jak stół tereny północne są o tyle istotne, że to tam powstaje cieszące się coraz większą renomą patagońskie winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...). Tyle że decydując się odwiedzenie tych miejsc, nie ma co liczyć na zapierające dech w piersiach górskie pejzaże; obraz obydwu prowincji z obfitością ciągnących się kilometrami sadów przywodzi na myśl swojski Grójec z tą różnicą, że ten ostatni pozbawiony jest winnic, których w Río Negro i Neuquén przybywa z roku na rok. Wybierając się na eksplorację tej części Patagonii, możemy jednak być pewni, że brak górskich pejzaży z nawiązką wynagrodzą nam tutejsze wina. Wszak na tych obszarach powstaje najlepszy według wielu koneserów argentyński malbec… Na pewno warto przyjrzeć się jego twórcom, a przy okazji odwiedzić jedną z najciekawszych argentyńskich posiadłości winiarskich.

Powrót do korzeni

Hrabina Noemi Marone Cinzano | fot. Bodega Noemía
Hrabina Noemi Marone Cinzano | fot. Bodega(hiszp.) piwnica, winiarnia, firma winiarska.. Noemía
Pod koniec lat 90. XX wieku konsultant winiarski Hans Vinding-Diers pracował dla Humberto Canale – jednej z wiodących patagońskich winiarni. W owym czasie przypadkowo natknął się na archiwum win z lat 30., 40., i 60. Zaintrygowany odkorkował kilka butelek i… organoleptycznie przekonał się o nieprawdopodobnym potencjale lokalnych win. Wraz ze swą mocno osadzoną w winiarskim biznesie partnerką hrabiną Noemi Marone Cinzano postanowił odszukać stare patagońskie winogrady, gdzie mogliby rozpocząć planowany od jakiegoś czasu biodynamiczny projekt. Dwa lata poszukiwań zajęło im dotarcie do pochodzącego jeszcze z lat 30. ubiegłego stulecia winogradu obsadzonego prefilokserycznym malbekiem. A znajdował się on na przysłowiowym końcu świata – 997 km na południe od Buenos Aires, 450 km na wschód od Andów, 498 km na zachód od Atlantyku i 1995 km od Ziemi Ognistej. Pokochali to miejsce od pierwszego wejrzenia i z wielką determinacją postanowili przywrócić mu minioną świetność. W 2001 roku, po zakupie winogron z tej na wpół opuszczonej winnicy, w starej szopie należącej do firmy pakującej owoce powstał pierwszy rocznik tego wyjątkowego malbeka. W nocy ręcznie odszypułkowywano winogrona, by potem umieścić je w otwartych tankach z włókna szklanego i deptać. Dokładnie tak, jak czyniono to w przeszłości. W 2004 roku Noemi i Hans zakupili winnicę, decydując się tym samym na kontynuację produkcji wina. Najważniejsze, że po dziś w jego tworzenie wkładają tyle samo serca i pasji, ile przy pierwszym roczniku. Obecnie na rynek trafia około sześciu tysięcy butelek Noemía Malbecfrancuska odmiana czerwonych winogron uprawianych głównie ... (...) rocznie, który oczywiście został uwzględniony w książce 1001 win, których musisz spróbować przed śmiercią.

W pogoni za wyzwaniem

Malbec wydaje się jak najbardziej na miejscu w jakiejkolwiek części Argentyny, także w Patagonii, ale pinot noirjedna z najbardziej rozpowszechnionych i najstarszych czerwo... (...)? Cóż, Piero Incisa della Rocchetta dowiódł, że na patagońskiej pustyni udaje się znakomicie. Trzeba było tylko przekonać do tego resztę świata. Okazało się to możliwe, ale jak sam twierdzi, wykazać się trzeba było sporą ilością masochizmu, by próbować. Kiedy po raz pierwszy udał się do Anglii i poinformował swego dystrybutora, że ma pinota, ten odrzekł: „Nie miałem pojęcia, że kupiłeś posiadłość w Burgundii”. Po sprostowaniu Piera, że znajduje się ona w Argentynie, dystrybutor wybuchnął śmiechem. Przyszłość szybko dowiodła, że jednak da się sprzedawać pinota z dalekiej argentyńskiej Patagonii, i to z dużym sukcesem. Zapewne trzeba mieć jednak do tego odpowiednie geny; Piero jest wnukiem markiza Mario Incisa della Rocchetta, legendarnego twórcy Sassicai, który zaczął ją robić dla siebie, by pić wino, które mu smakowało. Uważał, że ówczesne włoskie wina były zbyt rustykalne, a ponieważ w powojennych czasach francuskie nie docierały do Włoch, w wyniku eksperymentów przekonał siebie, a przy okazji i świat, że siedlisko w Bolgherimiasteczko oraz niewielki nadmorski obszar i gmina w środko... (...) jest idealne dla odmian bordoskich.

na rancho w Patagonii | fot. Galina Barskaya / shutterstock
na rancho w Patagonii | fot. Galina Barskaya / shutterstock

Jego wnuka z kolei zafascynował pinot, a stało się to po pewnej degustacji w ciemno mającej miejsce w 2001 roku. Wtedy po raz pierwszy Piero spróbował pinota z Río Negro. Zachęcony sukcesami swej kuzynki Noemi Marone Cinzano zdecydował się na poważnie zająć winiarskim biznesem właśnie tutaj, gdzie natrafił na nasadzenia pinota jeszcze sprzed filoksery. Zachwyciły go oferowane przez Patagonię spektakularne warunki klimatyczne; zimne noce, ciepłe, słoneczne dni, ciągły wiatr, czyste powietrze i takaż woda. Stosując organiczne i biodynamiczne praktyki, przywrócił do życia opuszczony winograd obsadzony pinotem najpierw w roku 1932, a potem jeszcze w latach 40., 50., i 60. W zamian w swych winach odnajduje esencję Patagonii, jak twierdzi. Wielu krytyków dostrzega w nich cechy przynależne winom ze Starego Świata, ale według Piera są zdecydowanie bardziej owocowe. A taka owocowość możliwa jest do osiągnięcia tylko w Nowym Świeciepopularne, zbiorcze określenie pozaeuropejskich państw win.... To właśnie ona czyni je znakomitymi i przystępnymi już w młodym wieku. I jak tu, będąc w Patagonii, nie przekonać się organoleptycznie, czy Piero aby na pewno ma rację? Po stosownej weryfikacji nie pozostanie nic innego, jak udać się dalej na południe, gdzie oprócz nieprawdopodobnych widoków czeka na przybyszów także mnóstwo słodyczy.

Oblane czekoladą

Bariloche, położone na brzegu jeziora Nahuel Huapi, to centrum nie tylko narciarskich szaleństw w porze zimowej, ale także znakomita baza pieszych wycieczek oraz sportów wodnych latem. Cały rok natomiast stanowi doskonałą destynację dla wszystkich smakoszy czekolady, gdyż cieszy się mianem argentyńskiej stolicy tego przysmaku. Samo miasto lansuje się jako „Mała Szwajcaria” z powodu pogody, architektury, czekolady właśnie, a także psów bernardynów, chociaż tych ostatnich nie ma tam zbyt wiele. Tym, co naprawdę zaskakuje przybyszów, jest liczba wytwórców czekolady zgromadzonych przy Alei Mitre, zwanej też Aleją Czekoladowych Marzeń. Dokądkolwiek by skierować wzrok, trafi się na czekoladową pokusę, której tym bardziej trudno się oprzeć, że większość sklepów oferuje degustacje za darmo. Trzeba się naprawdę mieć na baczności, by nie przedawkować. Ciężko jest odwiedzić wszystkie sklepy, ale na pewno warto pokusić się o zajrzenie do Mamuschki, Abuela Goye, Rapa Nui, Torres, Chocolate Patagonico czy Chocolates del Turista, gdzie można zobaczyć cały proces produkcji słodkiego przysmaku.

Historia czekolady w Bariloche zaczęła się po II wojnie światowej wraz z pojawieniem się europejskich emigrantów. Jako że w zimie jest tu naprawdę chłodno, przybysze zaczęli sporządzać w domach czekoladę na gorąco, a zwyczaj ten wkrótce rozprzestrzenił się na całym obszarze. Najbardziej zagorzali entuzjaści czekolady obowiązkowo odwiedzają Bariloche w Wielkanoc, kiedy odbywa się tu coroczny Festiwal Czekolady, podczas którego następuje dzielenie się gigantycznym (mierzącym ponad osiem metrów wysokości) jajkiem. Nasyceni słodyczą i pragnący spalić trochę kalorii spokojnie mogą kierować się do El Calafate stanowiącego bazę wypadową do zwiedzania Parku Narodowego Los Glaciares wraz z jego największą atrakcją lodowcem Perito Moreno, a potem jeszcze dalej na południe, do Ushuaia, skąd już tylko rzut beretem na Antarktydę.