Winnice odzyskują miasta

tekst ukazał się w „CW” nr 96, grudzień 2018 – styczeń 2019 | kup ten numer | prenumerata | e-wydanie

Winnica w Paryżu, Montmartre | fot. archiwum W. Gogoliński
Winnica w Paryżu, Montmartre | fot. couscouschocolat / Wikimedia Commons

Miasto prawie wszystkim kojarzy się z winem, ale z winnicami już zupełnie nie. Kiedyś taki związek był oczywisty – był wypadkową zapotrzebowania na winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...). Dziś w sposób zadziwiający winnice ponownie podbijają wielkie metropolie. Powody ich zakładania są przedziwne, ale raczej nie mają związku z gwałtownym wzrostem popytu.

Wiedeń i Paryż

Mówiąc o winnicach miejskich zazwyczaj mamy przed oczami Wiedeń, zapominamy jednak, że stolica Austrii to przypadek absolutnie wyjątkowy. Winnice podmiejskie, które potem znalazły się w obrębie miasta istniały tu nieprzerwanie od założenia miasta. Rozłożone są na wzgórzach w najpiękniejszym widokowym miejscu, cudem ich nie zabudowano. Eleganckie i najdroższe w Wiedniu wille pośród nich budowano od dawna, ale tak, by nie przeszkadzały w winiarskiej robocie. Podobnie jak dziesiątki winiarni i knajp oraz dojazdowych dróżek.

Ta koegzystencja może mieć tylko jedną przyczynę – biznes. Wielu mieszkańców Grinzingu ma tu winnice, a i reszta żyje z tego miejsca – wiedeńczycy nie wyobrażają sobie weekendu bez wizyty w tej dzielnicy, podobnie jak nie przeżyliby tego turyści, a biura podróży musiałyby reklamować tylko wizyty w katedrze św. Szczepana i słynnych kawiarniach.

Wiedeń jest też zupełnie osobnym regionem winiarskim, choć kiedyś był częścią Dolnej Austrii. Wyodrębniono go jednak nie z powodów komercyjnych – charakteryzuje się bowiem zupełnie odmiennym ukształtowaniem terenu, ma własną, odrębną tradycję, a zwłaszcza wypasione apelacje, których dorobił się przez wieki. Szczególnie zaś wiener gemischter satz – wino, które już od stuleci było uważane za jedno z najlepszych w Europie. Ba! Miasto poszło tak daleko, że teraz zaczyna wyznaczać ze swojego prawie 600-hektarowego winogradu najlepsze parcele – erste lagen.

Czytaj więcej: winnice na Wawelu oraz historia małopolskiego wina.

Ale to nie jedyny przybytek winiarski miasta. Na placu Schwarzenberga, czyli w centrum miasta znajduje się dziś najmniejsza winnica w Wiedniu, po prawicy pomnika księcia i marszałka polowego, przy wejściu do Instytutu Cervantesa. Nie zwraca się na nią uwagi, bo faktycznie wygląda jak otoczony dość wysokim kolumnowym murkiem trawnik z żywopłotem. Nie jest to miejsce o historycznym pochodzeniu (powstało w 1924 roku), ale też nie przypominam sobie, by w jakimkolwiek mieście winograd posadzono w samym środku historycznego centrum. Winnicą opiekuje się najsłynniejszy heuriger(aut.) tradycyjna winiarnia, w której podaje się młode wi... (...) w Wiedniu – Mayer am Pfarrplatz – i z tego symbolu powstaje zaledwie kilkadziesiąt symbolicznych butelek wina rocznie.

Zupełnie inaczej sytuacja przedstawia się w Paryżu, gdzie też jest winnica, ale bardziej turystyczna i karłowata. Le Clos de Montmartre przy rue des Saules zajmuje powierzchnię 1500 metrów kwadratowych. I choć faktycznie znajduje się w miejscu średniowiecznej, miejskiej winnicy, a dokładniej klasztornej, to prawdopodobnie tuż po Rewolucji Francuskiej przestała ona funkcjonować, odrodziła się dopiero w 1934 roku. Tam też robi się wino, ale w przeciwieństwie do wiedeńskiego, nie szukałbym go w renomowanych przewodnikach winiarskich.

Powrót miejskich winnic

Średniowieczna miniatura przedstawiająca winnicę w Kolonii (1360 r.) | ULB Darmstadt / Wikimedia Commons

Winnice miejskie były kiedyś czymś oczywistym. Miasta, nawet te, które są dziś metropoliami, były kiedyś małe i mieściły się w obrębie murów obronnych. Transport wina z prowincji był uciążliwy i niebezpieczny, a w dodatku nie gwarantował jakości dostarczanego niekonserwowanego wina. Rozwijał się zgodnie z rozbudową szlaków komunikacyjnych, przełomem była dopiero budowa dróg wodnych (kanał Midi we Francji), zaś rewolucją – układanie szlaków kolejowych.

Dopiero to sprawiło, że wino docierało swobodnie do innych rejonów kraju. Miejscowo doprowadzało to także do zamieszek, niekiedy krwawych – tanie wina z południa zaczęły eliminować te droższe z północy, odbierając chleb miejscowym vignerons czy bauerom. Tak czy siak, winnice miejskie całkowicie straciły rację bytu i z czasem zniknęły.

Tymczasem w jednym z czerwcowych weekendowych wydań tegorocznych niemiecki „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ) poświęcił całą kolumnę powrotowi takich winnic, tytułując materiał słowami; „Winnice ponownie podbijają miasta”. Wziąłem tę gazetę z lotniska i pokazywałem niemieckim kolegom. Brali wielką płachtę do ręki ze zdumieniem – mało kto o tym wiedział, a jeśli już, to nie przypuszczał, że te winnice wyrastają poza parkowy czy też ciekawostkowo-turystyczny poziom. Jednak tak nie jest – zdjęcia obrazujące tekst pokazywały poważne zbiory w… Berlinie, Kolonii, Norymberdze, Frankfurcie, Fuldzie i Poczdamie.

FAZ opisuje przypadek Thomasa Eicherta, który stoczył wieloletni bój z władzami Kolonii, by te pozwoliły mu obsadzić fragment zielonego, historycznego wzgórza w środku miasta, które w XVI wieku było obficie obsadzone winogradami. Choć po prawdzie na fotografii widać winograd niewiele większy od tego na Wzgórzu Wawelskim, stanowiący wąski rządek pod starymi murami.

Gazeta podaje jednak, że w średniowiecznych Niemczech było trzy razy więcej winnic niż dziś, a spora ich część znajdowała się bezpośrednio w miastach lub na ich obrzeżach. Dlatego Eichert z dumą nazywa siebie staroniemieckim tytułem „Stadtwinzer” – winiarz miejski. Ale jego działalność ma też inny ciekawy wymiar – na zlecenia obsadza pnącą winoroślą szlachetną także kolońskie domy prywatnych właścicieli, ale czyni tak, by dało się z tego robić wino.

Berlin i Kraków

Inaczej podszedł do tego Berlin, gdzie 35 osób zawiązało spółkę i obsadziło tereny w najliczniej zamieszkałej dzielnicy miasta Pankow (400 tys. mieszkańców). Winnica jest dumna ze swoich 650 krzewów rieslinga i ponad 200 innych odmian (sic!) i boryka się już z typowym dla winiarzy problemem – ptakami, których w mieście jest mnóstwo. Ma też problemy raczej nietypowe w tradycyjnym winogrodnictwie – uprawy są niegrodzone, więc wielu przechodniów lubi sobie uszczknąć jagódkę lub całą kiść. Berlińską winnicą opiekuje się słynna saksońska winiarnia Schloss Proschwitz, a ideałem winiarzy są winnice wiedeńskie. Ale jeszcze bardziej stolicę Austrii naśladują winiarze norymberscy, którzy wzorem gemischter satz stosują u siebie wysadę mieszaną i marzą o własnej apelacji. W różnych miastach coraz popularniejszy staje się system dzierżawienia krzewów lub rządków. Mieszkańcy miast wykupują prawa do takich „działek” i dostają gotowe wino z własnym nazwiskiem na etykiecie.

Do tego trendu, i to nie wiem, czy nie pionierskiego, należy dopisać oczywiście winogrady krakowskie, których może nam pozazdrościć cały świat. Srebrna Góra sprzedaje dziś wino z 12 miejskich hektarów, a niedługo liczba ta się podwoi. To typowo komercyjne przedsięwzięcie, z bogatą ofertą flaszkową, dostępną już także w sieciach (niemieckich – sic!), którego na razie przynajmniej Niemcy mogą nam pozazdrościć.

Wawelskie winnice