Wino dla chorych i cierpiących

 

To oczywiście truizm, że z upływem lat tematy dyskusji, jakie prowadzimy z przyjaciółmi, stają się coraz to bardziej przewidywalne.

 

W moim przypadku ewoluowały z czasem od miłostek, dzieci i pracy do problemów ze zdrowiem lub częściej z jego brakiem (z okazjonalną wymianą uwag na temat cen nieruchomości właściwą mieszkańcom Londynu).

Osiągnęłam zatem wiek, w którym rozmawia się głównie o chorobach i już wiem, że jest to niestety temat równie nudny, co poprzednie. Jednak moja niedawna przeszło miesięczna walka z zapaleniem płuc (pierwszy raz w życiu!) skłoniła mnie do przemyśleń na temat „wina dla cierpiących”. Zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że istnieją pewne kręgi współczesnej medycyny, gdzie alkohol w jakiejkolwiek postaci jest śmiertelnym wrogiem nawet zdrowego jak koń człowieka, a co dopiero człowieka walczącego z chorobą. Pozostaje mi ufać, że przedstawiciele tych kręgów nie znajdą się wśród PT Czytelników tego artykułu.

Wcale nie tak dawno, a w pewnych przypadkach nawet mniej niż sto lat temu, winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) bywało rutynowo przepisywane cierpiącym na rozmaite dolegliwości. Tokaje czy słodkiewino o dużej zawartości cukru naturalnego lub dodanego.. wina z Constantii zbudowały swoje potężne reputacje na domniemanej zdolności czynienia medycznych cudów. Jeszcze z początkiem XX wieku położnicy i akuszerki solidarnie zachęcali przyszłe matki do popijania stouta celem wzbogacenia organizmu w żelazo, rekonwalescentom zaś polecano pijanie portwajnu. Był taki czas, kiedy sporą część eksportu win australijskich zajmowały już wówczas nieco podejrzane „tonic wines” (określano tym mianem cokolwiek, co miało w sobie dostatecznie dużo alkoholu i cukru).

Nawet dziś pacjenci The London Clinic, jednego z najbardziej szacownych prywatnych szpitali w mieście, do posiłku otrzymują kartę win (może nie akurat ci leczący się z choroby alkoholowej, ale wszyscy pozostali, szczerze pragnący nawilżyć śluzówkę tą najpyszniejszą z możliwych cieczy).

Przechodząc przez kolejne stadia choroby – od przeziębienia przez grypę po zapalenie płuc – przyglądałam się uważnie, jak zmienia się moje nastawienie do wina. Niezależnie od zawodowej konieczności codziennego właściwie degustowania wina zwykle wieczorem wypijam kieliszek czy dwa dla przyjemności – zdumiało mnie zatem niezmiernie, kiedy okazało się, że przez całe cztery dni nie czułam najmniejszej chęci sięgnięcia po wino! To było bardzo dziwne i niepokojące uczucie, spowodowane głównie – jak sądzę – tak skutecznym zapchaniem nosa, że właściwie nie czułam żadnego zapachu. Potem jednak – Bogu dzięki! – zmysł węchu powrócił, nagle i z niezwykłą intensywnością. Musiałam na przykład usunąć z pokoju croissanta, bo przeszkadzał mi jego zapach. Wybrzydzałam też na stojące opodal kwiaty, które uprzejmie mi przysłano.
Aż do czasu, kiedy całkowicie odzyskałam naturalne pragnienie (a wciąż spędzałam 24 godziny na dobę w łóżku), jedno tylko wino – co przyznaję z pewnym zażenowaniem – budziło moje pożądanie: dobrej jakości szampan. Pamiętałam bowiem z poprzednich chorobowych doświadczeń, że dla bolącego gardła szampan właśnie sprawia wrażenie niezwykle ożywczego i nader łatwo przyswajalnego. Być może też jakoś podświadomie tłumaczymy sobie, że pochlapanie szpitalnej pościeli czerwonym winem stanowi wykroczenie daleko poważniejsze niż kilka niewidocznych kropel białego…

Nawet jeśli nadworny lekarz Ludwika XIV zabraniał mu pijać szampana, lobbując za burgundami, to jednak właśnie wino musującewino zawierające dwutlenek węgla.CO2 może znaleźć się ... (...), dzięki bąbelkom, zdaje się lepiej „stawiać na nogi” (czy to nie dalekie echo alka-seltzera…?). Tak czy inaczej, akurat kiedy powrócił mi smak na wino, czekała na mnie seria znakomitych franciacort – to im zawdzięczam mój tryumfalny powrót do wina.

Kiedy już, wciąż zanosząc się kaszlem i charkotem, poczułam się na tyle silna, by łaskawie zejść po schodach do kuchni i usiąść przy wspólnym stole, winem, w którym natychmiast zakochałam się na nowo i z namiętnością większą niż kiedykolwiek wcześniej było porto (wiem, wiem, od szampana do porto to jest nie byle przeskok…). Aksamitna suknia tego wina zadziałała jak balsam na moje biedne stare gardło, a mocny bukiet jak najbardziej luksusowy aerozol. Przez tydzień czy dwa nurzałam się w portwajnach każdego rodzaju – wyrazistych, bladych i drewnianych tawny i gęstych purpurowych porto rocznikowych. Wysoki alkohol, który w czasach, kiedy zażywałam zdrowia, działał na mnie raczej odstręczająco, tu był na właściwym miejscu.

Są oczywiście i takie wina, które wytwarza się specjalnie na potrzeby lecznicze. Pierwsze wśród nich to baroloczerwone wino włoskie DOCG z regionu Piemont, produkowane z... chinato, wyjątkowa wersja wzmacnianego barolo,  aromatyzowanego korą drzewną i ziołami, która pomaga ponoć w walce z gorączką i innymi dolegliwościami. W szwajcarskim kantonie Valais z kolei tradycyjnie wzmacniano rodzące kobiety winem z lokalnej odmiany humagne blanc aromatyzowane lokalnymi ziołami, cynamonem, szafranem i hyzopem.

Ogólnie rzecz ujmując, im wino mocniejsze, słodsze i bardziej ziołowe, tym silniejsze działanie terapeutyczne mu się przypisuje. Złośliwie dodałabym do tego, że im większa indywidualna skłonność pacjenta do wina, tym efekt wydaje się silniejszy. Ale nie dodam, bo nie chcę odbierać jednej z największych przyjemności, jakich człowiek może doświadczyć, chorym i cierpiącym bliźnim.

Tłum. Michał Bardel
Więcej na JancisRobinson.com