Wrócę tu z całą duńską armią

Rozmowa z Peterem Sisseckiem, winemakerem z regionu Ribera del Duero, producentem legendarnego „Pingusa”…

WOJCIECH GOGOLIŃSKI: Często brakuje Ci benzyny w samochodzie?

PETER SISSECK: (śmiech) Nie, tylko raz! Ale to był strzał w dziesiątkę! Choć – jak pewnie wiesz – to trochę zmyślona historia.

Wziąłeś się tu niemal znikąd. Od razu zamierzałeś robić jedno z najdroższych win w regionie?

No, znikąd to może przesada. Studiowałem w Bordeaux. Potem zostałem wynajęty przez Haciendę Monasterio, która miała dość szeroko zakrojone plany rozwojowe. Kiedy jednak ich projekty natrafiły na problemy finansowe, postanowiłem pójść na swoje, choć dalej doradzam w Monasterio.

 

Ponoć nawet tam mieszkasz…

Tak, pośród winnic mam dom.

 

Praca w tamtej winiarni przyniosła Ci jednak konkretne profity, stworzyłeś własną filozofię.

To prawda. Moim celem jest wyrób win z jak najstarszych krzewów i właśnie dlatego wyszukałem takie malutkie parcele, które odkupiłem od starszych ludzi. Niektórzy wolą młode rośliny, ja przeciwnie – jak najstarsze. Takie, które w swej historii nigdy nie były opryskiwane, nawożone itp. Niektóre mają nawet po 70 lat!

Dalej współpracujesz ze starszymi rodzinami winiarzy. Razem z nimi robisz nowe winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) PSI Ψ.

Rzeczywiście, polubiłem ich. To często ludzie już bardzo wiekowi, których nie stać na produkcję wina, jest to nieopłacalne przy tak starych krzewach, a żadna kooperatywa nie chce się zajmować tak niewielką ilością owoców. Założyłem więc coś w  rodzaju spółdzielni – corocznie odkupuję od nich winogrona ze starych krzewów. Niestety, nie odpowiadają one jakością, by trafić do Pingusa czy tańszego Flor de Pingus. Dlatego pojawił się pomysł PSI Ψ i zbudowania nowej winiarni.

Zbudujesz, jeśli nie przetnie jej autostrada…

Szlag mnie trafi, jeśli te barany spróbują to zrobić. Projektów jest już sześć i każdy, z wyjątkiem jednego, zamiast iść górą – obcina komuś winnice w jednym z najbardziej znanych regionów świata. Stoję na czele komitetu protestacyjnego. Przy każdych wyborach temat powraca, wspierany przez lokalnych burmistrzów i sołtysów. Ci zaś myślą, że autostrada przez środek tak pięknego regionu wzbogaci lokalne inwestycje. Czysty idiotyzm! Jeśli się za to zabiorą, wrócę tu z duńską armią i zrobię porządek. (śmiech)

Ostatnio zabrałeś się za Amelię…

A skąd ty wiesz o Amelii, dorabiasz w KGB? (śmiech)

Trochę czytam, to tu, to tam…Tutaj nie ma w zasadzie żadnej tajemnicy. Mam kumpla w Stanach, któremu sprzedaję trochę wina co roku…

Tutaj nie ma w zasadzie żadnej tajemnicy. Mam kumpla w Stanach, któremu sprzedaję trochę wina co roku…

No przecież wiem, że nie hektolitr…

On tu wpada, trochę mi grzebie po beczkach, degustuje. Akurat z tą jedną to był bardzo śmieszny przypadek. Mieliśmy malutką parcelkę bardzo starych krzewów, może jeden ar lub coś w tym stylu, które już nie nadawały się na Pingusa. Owoce wrzuciliśmy do inoksa i… zapomnieliśmy o nich.Ale w końcu ktoś sobie o tym zbiorniku przypomniał. No to wlaliśmy wszystko do jednej beczki. No i wtedy zjawił się ten Amerykanin. Chodził, szperał, wreszcie trafił na tę beczkę:  „Peter, sprzedaj mi wszystko, to jest super!”. No i co roku zabiera mi całą robioną specjalnie dla niego partię…

A skąd owa Amelia?

To imię jego córki.

Inni, których stać na Twoje wina, też mają córki…

Tak, ale to już nie moja filozofia robienia wina.