Wszystkie kroniki wina, Marek Bieńczyk

pod tytułem O pokładach erotyzmu w Bieńczykowych „Kronikach” tekst ukazał się w „CW” 97, luty – marzec 2019 | kup ten numer | prenumerata | e-wydanie

M. Bieńczyk, Wszystkie kroniki wina, 2018
M. Bieńczyk, Wszystkie kroniki wina, 2018

Markowi zazdroszczę niemal wszystkiego: tysięcy win, które przeżył, ludzi, których wysłuchał, książek, które zrozumiał, a i tych, co napisał. Ale najbardziej jednego: najbardziej zazdroszczę Markowi jego… snów.

Kroniki wina (te pierwsze, te Nowe, te Trzecie wreszcie, bo z nich wszystkich powstał zbiór zatytułowany Wszystkie kroniki wina) mają dla mnie tę cudowną zupełnie własność, że dojrzewają wraz ze mną, a więc z ich czytelnikiem. I, szczerze mówiąc, niewiele dbam o to, czy dojrzewają także z innymi czytelnikami. Od samego początku przekonany byłem bowiem, że jeśli Marek pisał je dla kogoś, to pisał je dla mnie, po to, bym mógł dowiedzieć się czegoś o winie, a następnie także czegoś o pisaniu o winie.

Kilkanaście lat temu chłonąłem więc Kroniki wina, wyszukując w nich fragmentów poświęconych regionom, markom, butelkom, producentom i apelacjom, i, przechodząc bez wielkiej atencji nad tymi wszystkimi Proustami, Baudelaire’ami i Montaigne’ami – Rousseau przegrywał w przedbiegach z roussanne, a Balzac z barsakiem. Przy tomie kolejnym (Nowe kroniki wina) spostrzegłem z zaskoczeniem, że tym razem winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) i jego sprawy pochłaniają mnie nie mniej niż ów wielopoziomowy, filozoficzno-literacki anturaż, zaś w esejach i felietonach, które właśnie złożyły się na Trzecie kroniki wina, żwawo już przeskakiwałem wzrokiem nad fragmentami winiarskimi, by cieszyć się właśnie owym niezwykłym erudycyjnym podglebiem, co zamierzam zresztą czynić także w przyszłości. Na szczęście wraz z kolejnymi tomami Kronik dojrzewał także sam Autor, dojrzewała nasza skromna rodzima kultura winiarska, więc im dalej, tym mniej w książkach Marka było sprytnie ukrytej dydaktyki, a tym więcej szerokiego kontekstu, w którym nie ma sobie równych. Co twierdzę zresztą z całą bezczelnością, parafrazując przy okazji cytat z samych Kronik („Nawet słaby burgund jest lepszy od świetnego caberneta, tak jak najsłabsze zdanie Manna jest lepsze od najlepszego zdania Coelho”): nawet najpłytsze zdanie Bieńczyka jest głębsze od najgłębszego zdania jakiegokolwiek innego ze skądinąd wielkich i utalentowanych polskich wine writerów.

Polecamy! „Wszystkie kroniki wina” Marka Bieńczyka do kupienia tutaj.

Ale, jako się rzekło, nie tego zazdroszczę Markowi, zazdroszczę mu jego snów. Nigdy, przenigdy, nie śnił mi się bowiem czysty, wyabstrahowany z kontekstu miejsca, czasu i towarzystwa… smak wina. Różne rzeczy śniłem, ale nigdy czegoś takiego, jak smak stanowiący kwintesencję wszystkich doświadczonych na jawie zmysłowych uniesień, pełnię, która – jak pisze Autor – włożona między zęby „kręciła się tam i trwała, rozlewała się po bokach i wracała na język, słodko hipnotyzowała, wzywała, niepokoiła i była faktycznie tym, co wino może dać pięknego, żadną halucynacją, żadnym onirycznym dziwadłem, jak w snach poprzednich moja własna noga, którą właśnie chciałem zjeść, czy jajko w mej dłoni, które cykało i kukało, a jakże, co godzinę” (Château Nadzieja).

A to tylko jedno z niedoścignionych marzeń sennych Autora Kronik. Ośmielę się zauważyć, że są to marzenia o tak potężnej dawce erotyzmu, by ich szczęśliwy podmiot zaliczyć z marszu do najprawdziwszych, niekłamanych i najszczerszych wina miłośników (εραστής). Erotyzm, o którym mówię, jest tu najwyższej próby, starożytny, pierwotny i mityczny: nie żadne figo-fago, seksualne rozpasanie, ale twórcze napięcie, élan vital, wyścig rydwanów ku hiperuranium, które niedostępne jest większości tzw. znawców wina, a które niektórzy z nich jedynie w miarę udatnie symulują. Najwyraźniej wino wypełnia Bieńczyka całkowicie, wdziera się w najmniejszy kanalik najgłębszych pokładów Bieńczykowej świadomości i nieświadomości. No bo wyobraźcie sobie: śnić czysty smak wina! Śnić 100 punktów Parkera! Mój Boże! Robię w winie od lat, a wciąż śnią mi się, co najwyżej, gołe baby…

Mam swoje ulubione eseje z Kronik pierwszych i drugich, ale najważniejszy znajduję dopiero w Trzecich. Zwie się Dzień Świra i opowiada o udbóstwieniu, o tym, jak winne marzenia i fantazje z czasem tracą swój sakralny wymiar, co zresztą samego sacrum nie zubaża, albowiem w sferze tej rodzą się natychmiast kolejne namiętności. „Głaskałem je niczym udo kochanki wyślizgane cienką pończoszką” – pisze Bieńczyk o Ducru-Beaucaillou 1995. „Myślicie, że to metafora? Głupi jesteście. Kto nie dotykał pieszczotliwie zakupionych butelek, kto nie wyciągał ich z szafek, by pogładzić je stęsknionymi opuszkami, kto nie macał szkła, nie powtarzał sobie «mam, ależ mam», ten nie wie, co to pasja”.

Felietony Michała Bardela o winie i innych ludzkich sprawkach do przeczytania tutaj.

Nie znam, prócz Marka oczywiście, wielu znawców wina, którzy w tej mierze oddać się potrafili winiarskiej namiętności, a już zupełnie żadnego, któryby się do niej skłonny był tak otwarcie przyznawać. Czekam na Czwarte kroniki, po cichu licząc, że w międzyczasie spłynie na mnie co nieco z Bieńczykowego wyuzdania, tak bym, czytając o kolejnym mistycznym śnie, mógł spokojnie pokiwać głową i powiedzieć wnukom, że też tak kiedyś miałem.

 

Spotkanie z autorem – czytaj więcej

 

Wszystkie kroniki wina
Marek Bieńczyk
Wielka Litera 2018
Cena: 59,90 zł