Wystawy winiarskie, czyli o zasadach targowania winem

tekst ukazał się w „CW” 97, luty – marzec 2019 | kup ten numer | prenumerata | e-wydanie

targi branżowe - ilustracja
fot. r.classen / shutterstock

Handlowanie winem zawsze było dziwne. Zapewne każdy przedmiot wymiany towarowej ma swoje tajemnice, sztuczki, szachrajskie zasady itp., jednak chyba tylko winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) doczekało się tylu historycznych wzmianek o – powiedzmy – nadużyciach. Równać mu się może tylko fałszowanie monet, a właściwie kruszcu, z którego zostały zrobione. Mimo to oszukiwanie w „numizmatyce” dorobiło się szczegółowych opracowań ekonomicznych, ze słynnym prawem, iż gorszy pieniądz wypiera lepszy. Wina to nie dotyczy…

Wynika to z prostej przyczyny – wino podlega ciągłym przemianom po zbiorach, dojrzewa, a największy wpływ nań ma sposób jego przechowywania. Wino co roku może – a w zasadzie powinno – być inne, ale nie każdy wytwórca, a tym bardziej pośrednik-handlarz chętnie zadeklaruje: „Drodzy Państwo, zeszłej jesieni obrodziło gorzej, więc w tym sezonie będziemy sprzedawać taniej, bo wino jest wyraźnie słabsze”.

Wszyscy być może znamy firmy, które powstrzymują się od wypuszczenia jakiegoś rocznika swojego flagowego wina, bo istotnie sezon był słabszy. I chwała im za to, ale czy zauważyli Państwo, że nigdy nie są to ani wytwórnie na dorobku, ani też takie, które całość swoich zasobów wylewają do kanałów. Z reguły są to okrzyczani producenci, którzy przez takie działanie stają się jeszcze bardziej okrzyczani, bo cała prasa branżowa pisze o ich znakomitej decyzji. Samego wina się oczywiście nie wylewa, trafia na rynek jako drugie lub trzecie z wytwórni, ewentualnie jest kupażowane i sprzedawane jako inny gatunek. Straty – rzecz jasna – są, ale katastrofy nie ma.

Od zarania dziejów ludzie chcieli się chronić przed fałszerzami wina, bo ono – jako żywo – wybornie się do fałszowania nadaje. Wręcz samo się o nie prosiło – „ulepszanie” sokami, ziołami, żywicami czy miodem było w starożytności nawet wymagane. Zresztą ludzie w różnych okresach w ogóle nie widzieli nic zdrożnego w tym, by wypić coś przyjemnego miast czegoś, co wykręcało usta. Wina sprowadzane z Francji do Gdańska w xvii czy xviii wieku docierały tam tradycyjnie pod postacią octu, ale te same „wina” w Krakowie były już z powrotem przednimi, wybornymi, dojrzałymi winami zagranicznymi. Pewnym wyjątkiem był węgrzyn, choć zdarzało się, że i o niego w Tarnowie i Krakowie dobrze „dbano” i „krzywdy” w tamtejszych składach nie zaznawał. W wielu polskich miastach adepci na mistrzów piwnicznych kończyli naukę, składając przysięgi, że nigdy takich bezeceństw czynić w swoim życiu nie będą – najdłuższa taka znana przemowa związana jest bodaj z miastem Poznań.

I dziś takie metody są szeroko znane, choć znacznie mniej inwazyjne. Jednak to, co pozostało od zawsze najważniejsze w tej branży, to zaufanie. Zaufanie do dostawcy, który – inaczej niż kiedyś – jest dostępny pod telefonem. Jeśli kupujemy duże ilości taniego wina, wiemy, czego się spodziewać, a w dodatku mamy słodką pewność, że co roku wino będzie takie samo, a w razie czego zawsze możemy zażądać próbek (w zasadzie to powinniśmy).

Jeżeli zaś bierzemy od rodzinnego wytwórcy, warto go poznać, być z nim w kontakcie, a nawet go odwiedzić – to zawsze wspaniałe przeżycie. Jeśli się nie uda, możemy wpaść na jakiekolwiek targi, gdzie się wystawia, czyli do Düsseldorfu.

Właśnie, targi – miałem o nich napisać, a już tekst mi się kończy. Targi typowo winiarskie, takie fachowe, to wytwór bardzo współczesny. W dodatku to rodzaj imprezy, który ledwie się rozwinął, a już w zasadzie się kończy. Kiedyś każde centrum winiarskie miało swoją „wielką” imprezę targową, dziś to już popłuczyny dawnej świetności jak choćby brukselski Mondial du Vin, który jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku z radością odwiedzałem. Mało kto się wybiera na Vinexpo do Bordeaux, by szukać wina, chyba mniej też zjeżdża do Werony na Vinitaly, przynajmniej cudzoziemców. Targi w tej formie miały taką oto zasadę: zjeżdżają tysiące winiarzy, a kupcy krążą i szukają nowego, fajnego wina. Dziś już nikt nie ma na to czasu i Niemcy zrozumieli to najszybciej. Owszem, na Prowein do Düsseldorfu przyjeżdża wielu winiarzy i wielu krąży między ich stoiskami, szukając nowości. To fajne zajęcie, ale w wolnym czasie. Do stolicy Nadrenii-Północnej Westfalii przyjeżdża się przede wszystkim, by robić interesy. Wielkie interesy. By pogadać ze swymi stałymi dostawcami/odbiorcami, by zainteresować ich czymś nowym w swoim portfolio. By uścisnąć grabę wytwórcy, którego wina się już zna i wprowadza do swojej oferty. A wina się zna, bo było się na degustacji, którą wytwórca zorganizował wcześniej w naszym mieście lub w naszym kraju dla miejscowych importerów. Znamy już świetnie oceny tych win, ich notki degustacyjne – przepatrzyliśmy to już w necie. W Düsseldorfie tylko się poznajemy lub podpisujemy kontrakty.

Trochę podobnie jest z konkursami winiarskimi, a wspominam o nich tylko dlatego, że jest to wbrew pozorom dyscyplina całkiem pokrewna. Pokrewna w tym sensie, że obok odbywających się jeszcze lokalnych targów winiarskich organizowane są konkursy winiarskie. O wielu targach już zapomniano, a niektóre konkursy urosły do rangi światowej. Tak stało się ze wspomnianym brukselskim Mondialem, który wypączkował do słynnego Concours Mondial du Vin. Także do Londynu mało kto już jeździ się targować, zaś konkursów ci tam aż nadto.

VieVinum 2018. Czas wielkich zmian