Z Biedronki czy iPada

Prawie dokładnie rok temu odwiedził nas Hugh Johnson.

Ten winiarski guru, autor najbardziej poczytnej winiarskiej książki świata, czyli Atlasu Win (w kolejnych wydaniach wraz z Jancis Robinson), przyjął przyznany przez naszą redakcję tytuł Człowieka Roku. Poza licznymi oficjalnymi uroczystościami znaleźliśmy trochę czasu by w miłej, spokojnej atmosferze pogawędzić o tym i owym. Oczywiście tematem dominującym było winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...).

Hugh ma już trochę krzyżyków na karku, wiele w swoim życiu widział, również to, jak Wielka Brytania, z kraju piwno-spirytusowego przeistoczyła się w jeden z największych winiarskich rynków świata. I nie chodzi tu o to, że sami Anglicy zaczęli z dość dobrym skutkiem produkować wino (głównie musujące), ale o to, że wino stało się głównym spożywanym na Wyspach alkoholem. Dzisiaj nikt nie wyobraża sobie angielskiego pubu bez dużej kolekcji win w karcie, w tym przede wszystkim tych sprzedawanych na kieliszki. Zapytałem Hugh jak do tego doszło, co przekonało Anglików do wina? Odpowiedź była dość zaskakująca: supermarkety – stwierdził. Jak to? – zacząłem dopytywać – Nie liczne kluby wina, z których słynie Brytania? Nie światli, najlepsi na świecie dziennikarze winiarscy? Nie „Decanter” – najlepszy winiarski magazyn świata (obok „Czasu Wina” oczywiście)?

Nie – upierał się Hugh. To wszystko istniało i istnieje w Anglii, ale obejmuje swoim zasięgiem niewielki procent konsumentów, tych najlepiej wykształconych i najbardziej poszukujących. Ale nie dociera do mas, a rynek tworzą masy, a nie elity. Supermarkety wypełnione po brzegi przyzwoitym winem po przyzwoitej cenie sprawiły, że Anglicy gremialnie wzięli się za jego konsumpcję.  Cóż, w swojej treści przypominało mi to trochę wykłady z Ekonomii Politycznej w czasie studiów, ale należało się zgodzić z mistrzem, wszak z Guru się nie dyskutuje.

Czy coś to Wam drodzy Czytelnicy przypomina? Czy Polska epoki winiarskiej wojny pomiędzy Biedronką a Lidlem, to nie Wielka Brytania sprzed 25 lat?

Efektem tej „winiarskiej wojny” są półki pełne różnych win, dostępnych za bardzo niewielkie pieniądze. Wśród tych win są lepsze i gorsze. Są perełki i są wina prosto do zlewu. Ale łączy je niska cena i wielki terytorialny zasięg dystrybucji. Można powiedzieć, że dzięki Biedronce wino trafia „pod strzechy”. Moi koledzy z Winicjatywy zadają sobie z resztą niemały trud, by wina te oceniać i pomagać konsumentom we właściwym wyborze. W Polsce konsumpcja wina jest ciągle jedną z najniższych w Europie. Jest szansa, że i u nas dzięki supermarketom nastąpi „brytyjski efekt”, i że z winiarskiego parweniusza przeistoczymy się za kilkanaście lat w duży winiarski rynek.

Wracając do naszego Mistrza. Przez wiele lat stał na czele komisji winiarskiej w British Airways Wine Club, współtworzył też wiele innych winiarskich klubów. Kluby na wyspach kwitną.  Powszechna konsumpcja wina przysparza im tylko więcej członków. Supermarketowi klienci, zasilają szeregi klubów, gdy na pewnym etapie swojej winiarskiej przygody chcą popróbować czegoś nowego.

No ale co z tytułowym Ipadem? Podróżując ostatnio po różnych krajach, odkryłem jeden wspólny gastronomiczny trend. Karty win coraz częściej zmieniają formę z eleganckich oprawionych w skórę ksiąg na iPada, na którym zapisane są wszystkie informacje o winach. Gość może sobie dowolnie sortować według różnych kryteriów: ceny, koloru, rodzaju, kraju itp., itd. Nie brakuje sugestii połączeń z daniami, zdjęć producentów czy winiarni. Elektroniczny sommelier po prostu.

Jest jeszcze jedna wspólna rzecz. Wina w restauracyjnych kartach prawie nigdy nie pokrywają się z tymi w supermarketach. To dwa odmienne światy, tak jak odmienne są światy klubów wina i Biedronki wojującej z Lidlem.

Tu wino i tu wino, ale jak mówił wieszcz: „To dwa na słońcach swych przeciwnych Bogi”.