Z uczuciem czy bez

 

Wiele lat temu stałam na balkonie o nieludzkiej godzinie, dzień właśnie się budził, a ja wraz z koleżanką smętnie nuciłam piosenkę „Jak dobrze wstać skoro świt”.

 

Dzisiaj również wstałam niepóźno. I skłoniło mnie to do pewnej refleksji: na ile życie pasjonata, który z miłości dla sprawy nie je, niedosypia, męczy się nieludzko jest łatwiejsze od życia tego, który z mozołem wypełnia swe obowiązki?

Czy zawsze zapał pobudza ducha? Czy taki winiarz, dajmy na to, rozkochany w swej winnicy, zawsze jak na skrzydłach rusza, by zaradzić dziejącemu się w niej nieszczęściu? A może – proporcjonalnie – ilość bluzgów które generuje poświęcanie się ukochanej aktywności ma się do satysfakcji z nią związanej jak góra do myszy?

I tak naprawdę nie prawdziwa namiętność  a ośli upór powodują, że ktoś odnosi sukces w dziedzinie, której poświęca cały swój czas i uwagę? I bardziej może niż o miłość chodzi tu o wstyd – lecz nie w stylu co ludzie powiedzą, ale raczej: jak sam sobie spojrzę później w oczy.

Trochę to inaczej romantyczne, niż zazwyczaj jesteśmy sobie łaskawi wyobrażać, prawda? Ale, z drugiej strony, liczy się efekt. I jeśli ktoś skutkiem wysiłków ostatecznie znienawidzi swe zajęcie – ale stworzy w tej niechęci Petrusa, Sassicaię, crème brûlée, „Skrzypka na dachu”, packę na muchy, IX Symfonię, konto bankowe i pierogi – to czy użytkownik tych dóbr zechce dociekać przyczyn?

A wręcz może dla niego czasem ciekawiej będzie zderzyć się z niby skrywanym etosem nienawiści?

Tak czy i inaczej – we wstawaniu nie pomaga to wcale, tak sobie myślę. A przyłożenie ciepłych uczuć też, tak do końca, nie kształtuje wyjściowego produktu.  Ale wstawać i tak trzeba.

Miłego więc dnia wszystkim życzę. Bez względu na aktywność, której się poświęcacie.