Zatrudniłem się na śmieciówce u żony

tekst ukazał się w „CW” nr 94, sierpień – wrzesień 2018 | kup ten numer | prenumerata | e-wydanie

Elisabeth Pichler-Krutzler oraz Erich Krutzler | fot. archiwum Pichler-Krutzler
Elisabeth Pichler-Krutzler oraz Erich Krutzler | fot. archiwum Pichler-Krutzler

Z Erichem Krutzlerem zarządzającym winiarską stroną wytwórni Pichler-Krutzler rozmawia Wojciech Gogoliński.

Elisabeth Pichler-Krutzler – córka Franza Xaviera Pichlera, jednego z najznakomitszych winiarzy w najlepszym okręgu winiarskim Austrii – Wachauokręg winiarski w Dolnej Austrii (Niederösterreich), leż... (...), twórcy jego współczesnego oblicza i wzorca zwłaszcza dla austriackiego rieslinga.

Erich Krutzler – razem z ojcem i braćmi stworzył pierwsze potężne winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) czerwone w Południowym Burgenlandzie – Perwolff (to dawna nazwa osady Deutsch-Schützen sięgająca jeszcze czasów karolińskich, w której mieści się rodzinna winiarnia). Wino podbiło światowe rynki, a przede wszystkim pokazało, że ten fragment Burgenlandu liczy się na równi z pozostałymi trzema.

Szukam Was po wszystkich książkach i przewodnikach win austriackich. Wynika z nich jasno, że winiarnia Pichler-Krutzler nie istnieje. Czym się więc zajmujecie?

A czym popadnie, zawsze jakąś dorywczą robotę znajdę, czasem najmę się u gospodarza, to parę groszy wpadnie… (śmiech)

Żebyś Ty choć raz był poważny, to bardzo bym się zdziwił. Nikt Was nie odwiedza, nie wysyłacie nigdzie próbek, nie bierzecie udziału w konkursach?

Nie, absolutnie nie wysyłamy, może tylko Davidowi Schildknechtowi [wybitna postać współczesnego świata wina; jeden z najwybitniejszych i najskromniejszych degustatorów na świecie – przyp. aut.], zawsze bardzo jestem ciekaw jego opinii. Za wysyłkę na konkurs trzeba płacić, do przewodników – to samo. Wolimy za te pieniądze wysłać dzieci na kolonie, jesteśmy ciągle na dorobku i nigdy nie będziemy masowymi producentami. Jeśli ktoś chce, trafi do nas…

Ba! Każdy by chciał. Wasz ślub w 2006 roku wywołał spore zamieszanie w świecie wina i nie tylko. Dwa tak gorące nazwiska! Nie ciąży wam to?

Kiedyś tak, dziś nie zwracamy na to uwagi, jesteśmy odporni, dajemy radę. Za dużo pracy, by się zastanawiać – rodzina, trójka małych dzieci, winiarnia w trzech częściach. Jest co robić.

W trzech częściach?

Nie stać nas na wybudowanie jednej prawdziwej winiarni…

Takiej, jaką właśnie wyrychtował sobie teściu?

Właściwie to szwagier. Nie stać nas nawet na winiarnię z blachy falistej, ale nie chcę też wozić owoców po całym „ogromnym” Wachau. Gdzieś mamy jakiś swój tank, kątem u kogoś drugi, jeżdżę z maszynami w czasie zbiorów tak, by owoce przerabiać jak najszybciej. U nas najważniejsza jest logistyka.

Ojciec uczył Cię winiarstwa, a potem wyrzucił z domu. To u was normalne?

(śmiech) Rodzice mieli trzech synów, a gospodarka była mała, gdzieś 3,5 hektara, i tam się wszystkiego nauczyłem. Ojciec był chłopem małorolnym od pięciu pokoleń, uprawiał ziemię, hodował świnie, zawsze był uczciwy i bardzo szanowany. Kiedyś, gdy już dorastałem, klasztor benedyktyński w okolicy zwrócił się do niego z pytaniem, czy ja nie mógłbym się zająć doglądaniem ich winnic. Trafiłem tam z radością, a po jakimś czasie „po koleżeńsku” zaproponowano mi pracę w benedyktyńskim klasztorze Admont w Słowenii.

Zajmowałem się tam wszystkim, znoju nie było końca, ale i wina Dveri Pax zaczęły zdobywać nagrody i trafiać na eksport. W 2004 zostałem szefem od win z najwyższej półki, ale kierowników było tam mnóstwo, nie wiadomo, który od czego. W końcu miałem dość i podziękowałem za służbę.

Miałeś gdzie wracać?

Wtedy jeszcze nie, ale daleko nie było (śmiech). Zresztą potem podpisałem jeszcze jeden roczny kontrakt z inną wytwórnią słoweńską, ale wtedy już dojeżdżałem z domu – w ciągu roku wykręciłem 85 tysięcy kilometrów samochodem. Wtedy powiedziałem sobie dość…

Od razu wpadliście sobie w oko z Elżbietą? Pamiętasz, kiedy to było?

Kto by pamiętał takie głupstwa? Pamiętam natomiast, że byłem na nią wkurzony. Elżbieta pracowała jeszcze w Weinmarketingu, kiedy do Austrii przyjechał Clive Coates MW, by coś napisać o naszych winach. Bardzo chciał zobaczyć Burgenland, wysłano więc Elę, by zawiozła go w nasze okolice. Wielu naszych winiarzy zwiozło swoje wina na degustację, by pokazać je właśnie Clive’owi. Uwijaliśmy się jak psy, a ją nic kompletnie nie interesowało – siedziała znudzona przed domem na schodach i ćmiła. „To ja chromolę taki Weinmarketing i ją razem z nim!” – pomyślałem wtedy.

fot. archiwum Pichler-Krutzler
fot. archiwum Pichler-Krutzler

Może nie rozumiała Waszych południowych czerwonych win?

Masz rację, trwa to nawet do dziś, choć ostatnio jest znacznie lepiej. Wtedy wina czerwone to był dla niej nieznany, obcy świat. A Południowy Burgenland jak dzikie pola…

Ale dziś i ja rozumiem ją znacznie lepiej, choć nawet teraz potrafi mnie doprowadzić do pasji. Wychowała się wśród win białych i to samej arystokracji, win monumentalnych, a te czerwone zweigelty, z którymi miała kontakt choćby na Grinzingu, były jak wata cukrowa, odpustowy śmieć, do picia ewentualnie pół na pół z wodą. Zaś mój ukochany Perwolff jak marmolada do krajania nożem. Nic do niej nie przemawiało.

Kiedy zaczęliśmy sami robić tutaj wina białe…

To znaczy Ty robiłeś…

No tak, bardziej ja, ale ona była przecież pierwszą recenzentką. I też jej nic nie podchodziło: albo za takie, albo za śmakie, za mało tego, za dużo tamtego… No to chyba można się wkurzyć!

Teraz jest lepiej, tzn. w zasadzie dobrze. Oboje wiemy, że nie możemy na siłę kopiować win jej taty: mamy inne parcele, nieco inne podejście, oboje chcemy, by właśnie wino oddawało nasze siedlisko.

Super. No ale, jak było z tym, no wiesz, między Wami…?

A, to! Na jakimś konkursie wina jej taty i moje zdobyły prawie wszystkie nagrody, więc pomogłem jej dźwigać te puchary do samochodu…

Potem był któryś Prowein w Düsseldorfie i jak zwykle gigantyczna ekipa austriacka – Niemcy to nasz główny rynek zbytu. Wieczorami, po całym dniu mordęgi, chodziliśmy w podgrupach do różnych knajp, żeby nareszcie usiąść, coś przekąsić, odsapnąć. Jednego wieczora jedliśmy wymęczeni w jakimś lokalu, przypadkowo przy jednym stoliku. Następnego – siedliśmy bliżej siebie, potem koło siebie… No a potem wiesz – dziś mamy trójkę wspaniałych dzieciaków.

Wybór Wachau na winnicę nie był chyba dla Ciebie oczywisty?

Najpierw szukaliśmy ziemi w moim Południowym Burgenlandzie. Kręciliśmy się tu i ówdzie, coś tam znaleźliśmy, ale Elżbieta była ciągle niezadowolona, ona – jak wspomniałem – nie bardzo rozumie wina czerwone, poza tym daleko, za ciepło, jakoś inaczej. Już nie miałem siły się z nią kłócić. W końcu teść stwierdził: „Co się będziecie błąkać po opłotkach, zostańcie tutaj, zacznijcie choćby na skrawku, od niewielu butelek, potem dołożycie trochę i jakoś wam pójdzie”. I tak postanowiliśmy. Zresztą ja jednak mam także spore słoweńskie doświadczenie z winami białymi. Innymi niż te z Wachau, ale jednak wiedziałem, o co chodzi.

Można w Wachau kupić ot tak winnicę? Przecież to najdroższy kawałek winiarskiej Austrii!

Da się, tylko trzeba dobrze poszukać. Ja chodziłem wieczorami po knajpach w Unter- i Oberloiben, słuchałem, co ludzie mówią. Kilku zdecydowało się sprzedać mi swoje kawałeczki ziemi. Mówili: „Dużemu nie sprzedamy, ale tobie tak. Pójdzie w dobre ręce”. Inni stwierdzali: „Nie możemy sprzedać, bo może wnuk będzie chciał robić wino, ale możemy ci wydzierżawić nawet na 25 lat”. I tak się pozbierało – gospodarujemy dziś na 14,5 hektarach, swoich mamy 4,5 hektara.

Skąd wzięliście takie pieniądze na pierwszy skrawek winogradu?

Prawdę mówiąc, to nabyliśmy go za pieniądze Elżbiety, miała trochę grosza w posagu…

To bardzo ważne, kiedy kobieta wnosi świeże idee do związku…

(śmiech) To w ogóle ciekawie się ułożyło. Kiedy mój ojciec usłyszał, że kupiliśmy działkę za pieniądze Elżbiety, nabył nam kawałek parceli, o której marzyłem. Powiedział mi wtedy: „Słuchaj, mam was trzech synów, wszyscy dziedziczycie równo po mnie i po matce. Dam ci te pieniądze teraz, po co masz wyglądać mojej śmierci (śmiech) – lepiej je zagospodarujesz na starcie, kiedy stajecie na nogi z żoną”. Tata to wspaniały, rozumny człowiek, bardzo nam pomógł. Dwa miesiące temu obchodziliśmy jego osiemdziesiątkę.

Dobrze dogadujesz się z teściem? Przecież to chodzący pomnik.

Wyśmienicie, nie mamy żadnych problemów, chętnie rozmawiamy. Gorzej z moim szwagrem Lucasem, który przejmuje po ojcu kierowaniem winiarnią F.X. Pichler. Czy ma w stu procentach naśladować ojca i pozostać winiarzem niemal anonimowym, czy też podkreślić swoją osobowość, zmieniając charakter win po swojemu. Przyznam, nie zazdroszczę mu – to przełomowy moment. Podobnie jest w całej Austrii – wiele ikon właśnie oddaje winiarnie w ręce potomków, sam wiesz, że nie idzie to gładko.

Nazwa Waszej winiarni to też zbitka kultowych nazwisk. Ale jej nazwisko jest przed Twoim w nazwie firmy, zupełnie wbrew regułom alfabetycznym. Dlaczego?

(śmiech) Tak po prostu wyszło. Zaczęliśmy gospodarzyć w Wachau, a to matecznik Pichlerów wszelkich, stąd więc to nazwisko na początku. A poza tym – to Elżbieta jest właścicielką firmy.

Co?!

Prawdę mówiąc, to trochę skomplikowane, ale to właściwie Elżbieta jest głównym zarządcą i właścicielem, ja prostym robotnikiem zatrudnionym w jej firmie…

A jeśli przyjdą redukcje i kierowniczka cię wyleje na pysk?

(śmiech) Poszukam jakiejś fuchy w Słowenii…