Zjednoczenie przy stole

Polacy i Niemcy szli ramię w ramię. Albo trzymali się za ręce. Idąc, kołysali się w takt polskich pieśni. Wspólnie wznosili okrzyki wolności. „Chcemy wolnej Polski!”, „Żądamy wolnych Niemiec!”. Kiedy wielotysięczny pochód dotarł na miejsce, kilku jego polskich uczestników przemówiło do tłumu.

Na ich płomienne mowy Niemcy reagowali frenetycznym aplauzem. Nad ludzkimi głowami falowało morze biało-czerwonych sztandarów. Po raz pierwszy pojawiła się czarno-czerwono-złota flaga, która już niedługo miała się stać symbolem niemieckiej republiki i przetrwać aż do naszych czasów.

Scenariusz science fiction? Nie, to zdarzyło się naprawdę. W 1832 roku, w połowie drogi między Strasburgiem w Alzacji a Frankfurtem nad Menem. W bajkowym miasteczku Hambach, na górującym nad otoczeniem Kasztanowym Zamku. Tam właśnie niemieccy liberałowie, walczący przeciwko zaciskaniu absolutystycznego pasa przez swoich monarchów, witali kombatantów powstania listopadowego i wojny polsko-rosyjskiej. Dla nich Polacy, którzy wystąpili przeciwko reakcyjnemu reżimowi cara, ucieleśniali najwyższą bohaterską cnotę, będąc wzorem i zapowiedzią ich własnego boju w przyszłości o liberalne i zjednoczone Niemcy.

Fot. rook76/Shutterstock.comRiesling a sprawa polska

Wszystkie niemal kraje niemieckie ogarnęła polska gorączka. W całych Niemczech jak grzyby po deszczu powstawały propolskie organizacje. Zbierano w nich pieniądze i wysyłano je nad Wisłę. Do Polski ruszyły setki niemieckich lekarzy zaopatrzonych w materiały opatrunkowe i lekarstwa. W najodleglejszych zakątkach Niemiec komponowano sławiące bohaterstwo Polaków pieśni. Ale największy entuzjazm wzbudzały przemarsze polskich kombatantów, którzy z Warszawy ciągnęli do Francji i Belgii.
Na jedno z takich spotkań z polskimi tułaczami w bajkowym Hambach przybyło ponad 30 tysięcy Niemców. Polsko-niemiecką solidarność u podnóża Gór Haardt, wśród szumiącego oceanu winorośli, pieczętowano tamtejszym rieslingiem. W pamiętnikach z tego okresu zachowały się relacje, jak studenci z bractw akademickich taszczyli na powitanie Polaków ciężkie beczki wina.  
Wciśnięty między meandrycznie płynący Ren na wschodzie, francuską Alzację na południu i mocno pagórkowaty las na zachodzie Pflälzer Bergland, Palatynat to kraina rieslingiem płynąca. Właśnie z kieliszkiem palatynackiego rieslinga kanclerz Helmut Kohl przed 22 laty szeroko otworzył drzwi zjednoczeniu Niemiec.

Winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) kruszy mur berliński

W burzliwych dniach niemieckiej rewolucji 1989–90 roku zgoda na zjednoczenie RFN i NRD zawisła w rękach zwycięskich w II wojnie światowej mocarstw. Ich przywódców, którzy przyjeżdżali do Bonn na negocjacje, Kohl zapraszał do swojego rodzinnego Palatynatu.
Wizyta obejmowała najpierw zwiedzanie katedry w Spirze, nekropolii ośmiu cesarzy niemieckich, oraz luźną pogawędkę w rodzinnym Oggersheim. Potem kanclerz organizował swoim rozmówcom przejażdżkę między winnicami do leżącego niedaleko, na Niemieckim Szlaku Wina, Deidesheim. W tym uroczym miasteczku Kohl podejmował ich w swojej ulubionej restauracji Deidesheimer Hof. Jest ona starsza niż najstarsza polska gospoda – krakowski Wierzynek. Tam, przy owalnym drewnianym stole, zasiadali kolejno Gorbaczow, prezydent Mitterrand i premier Thatcher. Wszystkich Kohl podejmował Rieslingiem Kabinet 1989, podając do niego swoją ulubioną potrawę: saumagen, czyli żołądek wieprzowy.
Fot. Wojciech GogolińskiLegendarne danie składa się z kartofli i mielonego mięsa wieprzowego, którym napełniany jest żołądek wieprzowy służący tylko jako warstwa wierzchnia. Jest on tym, czym dla kiełbas  jelita. Mięso doprawione gałką muszkatową, majerankiem, kolendrą, goździkiem, tymiankiem, kardamonem, suszoną bazylią i oczywiście solą oraz pieprzem musiało wywołać pragnienie, gaszone najskuteczniej rieslingiem z nutą brzoskwini, pitym w tradycyjnych półlitrowych szklanicach.
Ugotowaną, pokrojoną w plastry, podpiekaną potrawę kucharz Kohla podawał z truflami –
zaraz po zapiekanej z chrzanem kiełbasie ze skwarkami, a przed strudlem z kaszanki i wątrobianki. Tam właśnie, w Deidesheimer Hof, zmiękczeni gościnnością Kohla szefowie mocarstw pieczętowali rieslingiem swoją zgodę na zjednoczenie Niemiec. Degustacja najbardziej przypadła do gustu Gorbaczowowi, który poprosił o dokładkę żołądka wieprzowego. Jego następca, Borys Jelcyn, był tak zachwycony strudlem z wątrobianki, że domagał się przepisu. Najmniej entuzjazmu wykazała premier Thatcher. W swoich pamiętnikach sarkastyczna Angielka zanotowała, że w Deidesheimer Hof „było wesoło, dziwnie, sentymentalnie i trochę za bardzo przytulnie. Lunch składał się z kartoflanki, wieprzowego żołądka, kiełbas, klusek z wątróbki, kiszonej kapusty i żołądka wieprzowego, który najwyraźniej smakował niemieckiemu kanclerzowi”. Zum Wohl!

Arkadiusz Stempin
Dr hab., profesor historii, specjalista ds. stosunków polsko-niemieckich, wykłada w Wyższej Szkole Europejskiej i na Uniwersytecie we Freiburgu.