Zmiany w krzewostanie, czyli o polskich odmianach narodowych

Krążąc wiosną i latem po różnych polskich degustacjach i konkursach, a także z lekka odwiedzając winiarzy, dopatrzyłem się rzeczy dziwnych.

Mozolne zdobywanie przez winiarzy doświadczeń zaczyna przynosić efekty. Najciekawiej bodaj dzieje się w nasadzeniach i przeszczepianiu nowych odmian na starych korzeniach – kryterium ich doboru to często zagadka, z którą nie poradziłby sobie prokurator Teodor Szacki.

Niemniej z wolna odchodzi – tak mi się wydaje i mam nadzieję, że tak faktycznie jest – najdroższa w świecie metoda prób i błędów. Błędów szczególnie bolesnych zwłaszcza w naszej branży, gdzie na skorygowanie wyboru trzeba poczekać kilka lat.

Właśnie – ile? To też ciekawe – jedni próbują wejść z pierwszym winem po przepisowych trzech latach od zasadzenia, inni myślą już wtedy o przeszczepianiu, a jeszcze inni – robią soki owocowe, spokojnie czekając kolejne pięć lat, aż owoc będzie właściwy. Ale kogo na to stać? Właściwy dobór odmian graniczy w Polsce z cudem. I nie chodzi o brak wiedzy, ale o to, że dopóki nie zaobserwujemy, jak winoroślVitis vinifera.. radzi sobie w konkretnym siedlisku, nigdy nie będziemy pewni wyboru. To jak z nauką degustacji – w książce jest jedno, a w kieliszku najczęściej co innego.

Najważniejszym, elementarnym problemem polskich winiarzy pozostaje bez wątpienia lokalizacja ich winogradów. Ale z tym nie da się w wielu wypadkach już nic zrobić. Wielowiekowa przerwa w naszej tradycji winiarskiej nie do końca i nie zawsze tłumaczy niektóre wybory – pogłębione badania historyczne konkretnych siedlisk z pewnością wyeliminowałyby wiele pomyłek. Chyba większość winnic powstaje ciągle na ziemiach już posiadanych, rzadziej (choć coraz częściej!) są one efektem świadomego poszukiwania właściwych lokalizacji. Zły wybór od razu stawia pod znakiem zapytania ekonomikę przedsięwzięcia i jedynym chyba wówczas ratunkiem jest posiłkowanie się zdwojonym wysiłkiem koncepcyjnym przy wyborze odmian. Jednak nawet i to na dłuższą metę nie uratuje winnicy komercyjnej przed nieszczęściem.

Ciekawym zjawiskiem jest, co mnie niezmiernie cieszy, coraz łaskawsze spojrzenie na odmiany hybrydowe. I to już chyba właśnie kwestia większego doświadczenia winiarzy. Pomijam fakt, iż tzw. nowe vinifery, głównie niemieckiego pochodzenia, tak popularne i zadomowione w Polsce, jeszcze kilka dekad temu za szlachetne uznane by nie były. Ale łaskawsze spojrzenie na klasyczne hybrydy jest chyba coraz powszechniejsze. Marszałek foch i léon millot w dobrze wybranych lokalizacjach mogą dać, i dają, bardzo dobre efekty, a tworzone już z nich wina są niekiedy doprawdy wysokiej klasy. Podkreślam słowo „tworzonych”, bo nie były to przypadkowe, jednostkowe (jednoroczne) osiągnięcia, ale zupełnie przemyślane działania. Dodam tylko, że obie świetnie się mieszają z innymi odmianami, dając obiecujące kupaże.

Trochę chyba mija zauroczenie solarisem, ale z tym mam problem. Nigdy nie byłem wielkim fanem tego szczepu i zapał co do niego – jako remedium na wszelkie polskie bolączki klimatyczne – nieco mnie dziwił. Istotnie, coroczna powtarzalność przyzwoitych win z tej odmiany był cenna dla każdego winiarza w naszym kraju, podobnie jak fakt, że prostota tych win nie wymagała dłuższej nad nimi zadumy. Z drugiej jednak strony w ostatnich dwóch latach zmieniłem nieco stosunek solarisa, może nie radykalnie, ale na tyle, że zaczynają mnie dziwić próby odchodzenia od tego szczepu przez niektórych winiarzy na rzecz odmian bardziej szlachetnych, czyli klasycznych vinifer. Myślę, że to za szybki ruch, a nawet zbyt pochopny. Wspomniana „powtarzalność” to jednak bodaj najcenniejsza rzecz w naszym klimacie. Dobrze – coraz lepiej – radzą sobie hibernale, i aż mnie korci, by wymienić tego najlepszego, ale postawiłem na anonimowość. Jest też wiele zaskoczeń – wydawało mi się do niedawna, że wielkich wzruszeń po aurorze nie można się spodziewać, aż tu nagle trafiłem na taką, którą prywatnie musiałem ocenić wyżej niż szereg punktowanych niemal równolegle win alzackich ze średniej półki.

O sporach pomiędzy zwolennikami czerwonych „polskich” klasyków – regenta i ronda – można by już chyba napisać książkę. Cóż – tak bywa w każdym kraju winiarskim. Obie są jednak do nie do ruszenia, głównie z uwagi na bezpieczeństwo, jakie z grubsza gwarantują w większości winnic. Coraz więcej jest jednak innych odmian, choćby cabernetów z domieszkami w nazwie, wspomnianych marszałków i „léonów z Miletu”, jak też starych vinifer, od pinot noirjedna z najbardziej rozpowszechnionych i najstarszych czerwo... (...) po zweigelta (wow!). Ale by z nich już dziś wyczarować wina na europejskim poziomie, trzeba być poetą.

W kontekście tych kilku ledwie spostrzeżeń z niecierpliwością czekam na rocznicowy, 10. już Konwent Winiarzy Polskich w Jaśle. Będzie o czym gadać, będzie czego popróbować.