Turystyczna Ziemia Obiecana

Sycylia jest dla mnie najbardziej niezwykłym miejscem w Europie, o ile to jeszcze Europa. Podróż na wyspę, czy to pierwsza, czy każda kolejna, nieuchronnie staje się przygodą, tyle tu piękna, osobliwości, historii, tajemnicy. No, i tyle smaków!

Pisać by się chciało o wszystkim, ale to zły trop, sama lista miejsc i wrażeń mogłaby wypełnić kolumnę tekstu. Swoją drugą podróż po Sycylii rozpoczynam na lotnisku w Katanii, skąd późnym wieczorem usiłujemy wjechać do centrum miasta wynajętym punto. Zamysł jest szalony, trwa sobotnia passeggiata, moja żona, mistrz kierownicy, cudem nie dewastuje wypożyczonego auta i znajduje miejsce do parkowania.Zaskoczeni

stwierdzamy, że nasz hotel mieści się w budynku Horror Clubu, ośmioletnia córka boi się przejść korytarzem, w którym straszą kościotrupy. Zakrywamy jej oczy i wnosimy dziecko na górę. W „recepcji” dwie stare kobiety w czarnych sukniach uśmiechają się przez zasłonę dymu papierosowego. Po takich przeżyciach do późnej kolacji biorę wielki kufel ciemnego, słodowego piwa. Pomaga.

Wyspa w centrum

Po szaro-czarno-białej Katanii starożytne Syrakuzy witają jasnością i ożywczą bryzą od morza. Tydzień w mieście to duży łyk optymizmu – jest gwarno, beztrosko, ciągle jakby weekendowo. Mieszkamy na Ortygii, małej wyspie, która jest historycznym centrum miasta, dla nas właściwie całym miastem („lądowe” Syrakuzy liczą ponad 120 tys. mieszkańców). Wolnym krokiem można ją obejść w trzy kwadranse: od Źródła Aretuzy do małej skalistej plaży zwanej „solarium”. Syrakuzy są białe i kremowe, różowe o zachodzie. Wiele kamienic pamięta późne średniowiecze, większość zadziwia manierystycznymi i barokowymi ornamentami balkonów. Zdumiewa katedra, której grecki (bizantyjski) korpus z VII wieku osadzono na potężnych kolumnach świątyni Ateny z V wieku p.n.e. Normańską fasadę, zburzoną przez trzęsienie ziemi, zastąpił barokowy fronton. Oto skrótowy, symboliczny znak sycylijskich dziejów. Zagłębiamy się w nie, oglądając wielki teatr grecki i Latomie – starożytne kamieniołomy wraz z gigantyczną grotą wykutą w skale – „Uchem Dionizosa”. Oszołomieni wrażeniami dnia, wieczorami szukamy ukojenia przy stole – na Piazza Duomo dają nam wyborną, chrupiącą pizzę bresaola z rukolą i zniewalające tagliatelle al limone. Popijamy Eloro Frappato, do deserów sączymy wysławiane przez Iwaszkiewicza moscato di siracusa. Żeby było jeszcze bardziej tipico, innego dnia kupujemy butelkę zacnego corvo, dużo taniej niż w Polsce…

Nekropolie i płytki

Z antycznej stolicy Sycylii wyruszamy na wycieczki: do rezerwatu przyrody Pantalica, skrywającego starożytną nekropolię sprzed trzech tysięcy lat, i do Caltagirone – głównego ośrodka sycylijskiej ceramiki. Pantalica to dzikie, puste ustronie, pocięte skalistymi kanionami. Z ich ścian patrzą na nas tysiące pustych oczodołów – grobów wykutych przez tajemniczy, starożytny lud. W dole kanionów szumią rzeki Anapo i Calcinara, a my zastanawiamy się, kto i dlaczego założył miasto umarłych na tym niegościnnym odludziu. Byliby to – jak chcą niektóre teorie – potomkowie najdawniejszych Mykeńczyków, uchodzący w głąb wyspy przed nowymi falami greckich przybyszów?Jeszcze dalej w głębi lądu Caltagirone, zbudowane na wzgórzach, to perła sycylijskiej ceramiki – królestwo artystycznych płytek, naczyń i bibelotów. Założone przez pradawnych Sykulów, rozbudowane przez Arabów Kalat al-Giarun, właśnie w czasach muzułmańskich stało się centrum produkcji ceramiki użytkowej i artystycznej. W mieście oszałamia nie tyle mnogość sklepów i warsztatów wypełnionych ceramicznych bogactwem, ile pnąca się pod górę, złożona ze 142 schodów, słynna scalinata, wiodąca do kościoła Santa Maria del Monte. Podstawa każdego ze schodów zachwyca innym wzorem ceramicznej dekoracji. Zarówno widok w górę, jak i w dół scalinaty na długo pozostaje w pamięci. A kto ją zobaczy w nocy z 24 na 25 lipca – w uroczystość ku czci św. Jakuba, patrona miasta – rozkwitłą kwiatami i płomieniami 4 tysięcy lampek oliwnych, zapamięta ją na zawsze.

Skalny garb

Przemierzając południową Sycylię, nie wolno pominąć trzech późnobarokowych pereł, wzniesionych od nowa po złowrogim trzęsieniu ziemi z 1693 roku: Ragusy, Modiki i Noto. Druga z nich jest stolicą czekolady i miastem tysięcy schodów, trzecia zaś– zamaszystym założeniem architektonicznym, gdzie harmonia urbanisty idzie w zawody z fantazją rzeźbiarza. O miastach tych wiedziałem przed podróżą, oglądałem je na fotografiach, lecz mimo to zaskakują w żywym kontakcie. Podziwiamy rozmach i śmiałość, z jakimi XVIII-wieczni wizjonerzy rozrzucili budowle i ulice na stokach stromych wzgórz. Jednak między Agrygentem a Selinuntem (które – o zgrozo! – w tej relacji nie zmieszczą się z braku miejsca) napotykamy coś, co umyka niemal wszystkim przewodnikom i książkom o Sycylii, a przybyszom nieodwołalnie pęta nogi w zdumieniu: to Scala dei Turcji – ogromny, sfałdowany garb białej skały, oblany przez błękit nieba i bezkres morza w kolorze indygo. Choć jest gorąco, nie mamy ochoty się kąpać, wdrapujemy się na wapienną skałę, którą natura wyszlifowała na kształt ogromnej fali. Zachodzące słońce złoci ją, zmierzch zaś kąpie w fiolecie. Podobno dla arabskich żeglarzy i tureckich piratów skała była schronieniem przed morskimi wichrami i jednocześnie przyczółkiem podczas penetracji wyspy. Ten fenomen ma siłę oddziaływania na wyobraźnię podobną wulkanowi Etnie – skłania, by siedzieć, patrzeć i kontemplować odwieczną moc i piękno.Kto się nie zapuści nieco w głąb Sycylii, nie zaglądnie do miejsc mało dostępnych, ten w istocie nie pozna wyspy. Nie trzeba od razu zapuszczać się do górskich wiosek, wystarczy dobrze wypatrywać z szosy, choćby tej łączącej Agrygent z miastem Sciacca. 20 kilometrów przed tą ostatnią dostrzegamy miasteczko wiszące pod szczytem wysokiej skały. Wspinamy się serpentynami i po półgodzinie wślizgujemy się w ciasne uliczki Caltabelotty. Nie do wiary – jesteśmy na wysokości 900 metrów! W miasteczku trudno o kawałek równej przestrzeni, wszystko stromo schodzi w dół lub ostro pnie się w górę. Pokrzepieni mocnym espresso, przełkniętym w towarzystwie starszych mężczyzn, obserwujących świat spod kawiarni, wspinamy się niemal na szczyt góry Kratas, na której rozłożył się pradawny sykulski Inycon, przemianowany na grecką (później rzymską) Triokalę i w końcu arabską Qalat al Balat, czyli Caltabelottę (fortecę na kamiennych domach). Nad miastem, tuż pod skalistym czubkiem góry, stoi bielejąca w słońcu, swymi początkami zanurzona jeszcze w XI stuleciu Chiesa Madre. Stojąc u wrót kościoła, po jednej stronie widzimy oddalone o kilkanaście kilometrów ciemnoniebieskie morze. Ponieważ jesteśmy prawie tysiąc metrów wyżej niż jego tafla, wypatrujemy wysp Pantellerii i Lampedusy, od których już niedaleko do brzegów Tunezji. Lekka mgiełka rozmazuje jednak horyzont. Odwracając się tyłem do morza, spostrzegamy prawdziwie dzikie, poszarpane skalistymi górami puste wnętrze wyspy. Widać je hen, daleko, miejscami zielone, miejscami spustynniałe, owiane gorącym wiatrem. Niesiony wichrem widok, nie po raz pierwszy na Sycylii, pachnie metafizyką. Jak nie napisać o świątyniach Agrygentu, Selinuntu, Segesty? Jak pominąć urokliwe Cefalu czy półarabskie Mazara del Vallo? Muszę pominąć, bo chcę napisać o klejnocie Sycylii, który świeci światłem szczególnym, zjawiskowym.

U króla Rogera

W naszym objeździe wyspy Palermo było jedną z wisienek na torcie. Ale najwspanialszą z nich – Cappella Palatina w zamku normańskich królów Sycylii. Wzniesiona w XII wieku przez Rogera II pałacowa kaplica jest kulturowym cudem. Antyczne kolumny podtrzymują romańskie sklepienia i arabski kasetonowy strop. Bizantyjskie mozaiki, w otoczeniu arabskich inkrustacji, ukazują Chrystusa Pantokratora. Nigdzie indziej nie widziałem miejsca, w którym przepych i piękno, ale też odmienne religie i tradycje kulturowe stopiłyby się równie imponująco. Co musiało się dziać w głowie i duszy Rogera II? Czy rzeczywiście, jak chcą niektórzy biografowie, potajemnie przyjął islam, nie odrzucając wiary w Chrystusa? Przeżywająca swój Złoty Wiek, XII-wieczna Sycylia króla Rogera, w której chrześcijaństwo, islam i judaizm cieszyły się współistnieniem w wolności, urosła w mit. Ale Cappella Palatina pokrzepia – to mit ucieleśniony. Może nie po raz ostatni w historii…Miłośnik wina na Sycylii nie ma czasu na zwiedzanie winnic, no – chyba że jest na wyspie po raz dziesiąty czy „…-nasty”. Ale dopóki przed nim wciąż wiele nowych miejsc i wrażeń, musi się zdać na sklepy, trattorie, enoteki. I nie może zapomnieć o marsali. Wyjątkowa wyspa musi mieć wyjątkowe winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) – złote, jak zachód słońca i wnętrze Cappelli Palatiny; słodkiewino o dużej zawartości cukru naturalnego lub dodanego.., jak sycylijskie pomarańcze. I nie można na nim oszczędzać, zwłaszcza po wyjściu z kaplicy pałacowej Rogera II. Wtedy przystoi już tylko marsala superiore riserva  (wł.) rezerwa; określenie odnoszące się do win... albo nawet vergine stravecchio. Znakomite do medytacji. W Katanii oddajemy nieobity i nieporysowany samochód – sukces! Kiedy samolot powrotny okrąża dymiącą Etnę, czuję, że bardzo chcę tu wrócić. Może nie raz…

 

O Sycylii przeczytaj jeszcze:

Wielka metamorfoza

Nie zawsze w słońcu

Dar słonecznej wyspy

Udo baletnicy