Smok przy winie

felieton ukazał się w wersji drukowanej w „CW” nr 93, czerwiec – lipiec 2018

lew strzegący Zakazanego Miasta w Pekinie | fot. feiyuezhangjie / shutterstock
lew strzegący Zakazanego Miasta w Pekinie | fot. feiyuezhangjie / shutterstock

Mało kto wie, że Chiny są dziś drugim na świecie krajem pod względem powierzchni upraw winorośli. Ustępują pod tym względem jedynie Hiszpanii. Biją dość wyraźnie Francję i Włochy.

Paweł Gąsiorek | fot. J. Poremba
Jako że duża część tych upraw służy produkcji winogron stołowych oraz winogron do produkcji rodzynek, pod względem ilości wyprodukowanego wina zajmują dopiero szóstą pozycję na świecie. Ciekawie przedstawia się sytuacja z importem wina. Chiny są dzisiaj piątym krajem świata pod względem ilości importowanego wina, ale już trzecim pod względem wartości wina, które importują. Pod tym względem wyprzedzają je jedynie Stany Zjednoczone i Wielka Brytania – tradycyjnie najwięksi winiarscy importerzy.

Import drogiego wina rośnie tutaj nieustannie od 2003 roku, kiedy to w ogóle pojawiają się jakieś dane statystyczne na ten temat. Wyniósł wtedy 4,6 tysięcy ton, w roku 2017 osiągnął poziom 650 tysięcy ton. Abstrahując od oryginalnego sposobu liczenia wina w tysiącach ton, a nie w litrach, sama ilość robi niesamowite wrażenie. 140-krotny wzrost w 14 lat, czyli średnio 10-krotny w każdym roku. Patrząc na te wyniki bliżej, w latach 2012–2014 import był dość stabilny na poziomie 260–280 tysięcy ton. Wtedy chiński rząd wprowadził bardzo restrykcyjne prawo dotyczące możliwości przekazywania przez firmy drogich prezentów swoim biznesowym partnerom i państwowym urzędnikom. Import na trzy lata zamarł na tym samym poziomie. Potem jednak innowacyjnie myślący chińscy przedsiębiorcy wynaleźli na to jakieś sposoby, w wyniku czego od tego czasu prawie się potroił.

Czy zatem Chińczycy stali się nacją pijącą winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...)? Nic z tych rzeczy. Jeszcze bardzo daleka do tego droga. Ocenia się, że regularnie spożywających wino Chińczyków jest „zaledwie” 20 milionów. „Zaledwie” brzmi oczywiście trochę zabawnie, biorąc pod uwagę, że to więcej niż połowa populacji Polski, wliczając dzieci i starców, czy ponad siedmiokrotność populacji Litwy. Procentowo jednak ludności spożywającej wino w Chinach jest niewiele.

Wino w Państwie Środka jest produktem luksusowym, a wino importowane – superluksusowym. To atrybut ludzi bardzo dobrze usytuowanych, miara statusu społecznego. Nie wiem, jak w innych dziedzinach, ale w tej materii następuje zdecydowana westernizacja chińskich elit. O wszystkim tym mogłem przekonać się ostatnio, sędziując w kolejnej edycji Concours Mondial de Bruxelles, który w tym roku odbywał się właśnie w Pekinie. W zdumienie wprawiał mnie widok miasta udekorowanego flagami konkursu zwisającymi z każdej latarni. I to nie na ulicy prowadzącej do ośrodka, gdzie odbywał się konkurs, ale przez dziesiątki kilometrów pekińskich alei, łącznie z całą okolicą Pałacu Letniego chińskich cesarzy. Konkurs odbywał się w Haidian, północno-wschodniej dzielnicy Pekinu, będącej chlubą Chin, odpowiednikiem kalifornijskiej Silicon Valley. Tutaj swoje siedziby mają tacy giganci jak Huawei czy Lenovo. Konkurs odbył się na osobiste zaproszenie przewodniczącego dystryktu, dla którego wielką ambicją było sprowadzić do siebie wydarzenie winiarskie tej rangi.

Patrząc na dynamikę chińskiego rynku winiarskiego, zarówno dotyczącą produkcji własnej, jak i importu, trudno nie przewidywać, że pozostaje tylko kwestią czasu, gdy Chiny będą przewodzić stawce.

Czy nasze dzieci i wnukowie będą pić chińskie wino?