Łokieć oparty o bar

Łokieć oparty o bar

Tradycyjne pytanie, jakie w Montevideo słyszał zwykle nowo poznany człowiek, to „gdzie stoisz”? By zrozumieć o co chodzi, nie wystarczy dobrze znać hiszpański. Trzeba rozumieć kulturę miejsca.

Paweł Gąsiorek
Paweł Gąsiorek | fot. A. Miodońska
W Montevideo każdy miał swój bar. Zwykle od niego rozpoczynał swój dzień i w nim go kończył. W barze się stało. Mało kto siadał. Po to był długi na cały lokal bar, by przy nim stać. Pijało się na stojąco, tak też się rozmawiało, a jak dochodziło do bójki, to przynajmniej nie traciło się czasu na wstawanie.

Dzisiaj, by znaleźć prawdziwy montevideański bar, trzeba wyjechać daleko poza centrum. Nie wytrzymały wzrastających czynszów i zmieniającego się stylu życia. Stare – często liczące ponad sto lat – bary zostały objęte przez władze miasta patronatem. Próbuje się je ratować, tworząc różne programy promujące kulturę stanowiącą kwintesencję miasta. Powstawała ona na przełomie wieków (oczywiście dziewiętnastego i dwudziestego). Wtedy przypłynęła tu liczna fala imigrantów z hiszpańskiej Galicji, Katalonii, francuskiej części Kraju Basków, Włoch, ale też Europy Wschodniej. Stworzyli niezwykłą mieszankę kulturową. Mieszkali w conventillach – domach z dużymi oficynami, gdzie toczyło się ich życie. Wielu spośród imigrantów było samotnymi mężczyznami, mieszkającymi często w małych pokojach bez kuchni i bez kogoś, kto z tej kuchni potrafił zrobić pożytek. Dlatego mieli swoje bary. Bary, w którym codziennie stali.

Dzisiaj, by znaleźć prawdziwy montevideański bar, trzeba wyjechać daleko poza centrum. Nie wytrzymały wzrastających czynszów i zmieniającego się stylu życia.

„Almacen” to ważne tutaj słowo. Literalnie tłumacząc: magazyn, ale w Montevideo znaczy dużo więcej. To połączenie sklepu i baru. Zwyczaj przywieźli Hiszpanie z Galicji. Duży parterowy lokal podzielony był na dwie części. Jedna z nich to dominium kobiet, drugie mężczyzn. W żeńskiej części był sklep – jakby to współcześnie nazwać – wielobranżowy. Tutaj pracowała żona, sprzedawała produkty innym kobietom, godzinami wymieniając nowe i stare plotki. Po drugiej stronie rządził mąż. Tam był bar. Tutaj urzędowali mężczyźni, a kobiety zachodziły tu tylko wtedy, gdy trzeba było wyciągnąć zeń swojego chłopa ratując resztki domowego budżetu.

W 1895 roku na targu centralnym Montevideo otworzył się bar Fun Fun. Istnieje do dziś, i do dziś prowadzony jest przez kolejne, trzecie już pokolenie rodziny don Augusta Lopeza. Sam centralny targ musiał oddać swój teren pod budowę siedziby Światowego Banku Rozwoju, ale budowniczowie i bankierzy wygospodarowali miejsce, by historyczny bar trwał dalej. Nazwa baru nie ma nic wspólnego z angielszczyzną. Historia mówi, że don Augusto bardzo się jąkał. Kiedy zdecydował się na życiowy krok zamiany ulicznego saturatora (kto jeszcze pamięta saturatory na polskich ulicach?), pytał odwiedzających znajomych, czy nowy bar będzie „fun-fun-funcionará”, czyli czy będzie działał? I rzeczywiście od samego początku fun-fun-funkcjonował bardzo dobrze, w krótkim czasie przyciągając do siebie nie tylko targowych żuli, ale też miejską bohemę. Wieczorami schodziła się tutaj artystyczna śmietanka Montevideo, by posłuchać tanga i napić uvity. Uvita to napój alkoholowy wymyślony przez don Augusta Lopeza. Produkowany jest do dziś według sekretnej receptury, a wiadomo o nim tyle, to że zrobiony jest na bazie mieszanki słodkiego wina garnachaGrenache, zwany także garnachą, jest hiszpańsko-francusk... z porto. No i to, że ma 22 procent alkoholu.

Carlos Gardel
Carlos Gardel
W 1933 roku Fun Fun odwiedził sam Carlos Gardel, najsłynniejszy wówczas i najsłynniejszy do dziś kompozytor i wykonawca tanga. Podobno cały wieczór stał oparty łokciem o bar. Podobno dał się też skusić, by nie wychodząc na scenę odśpiewać La Cumparsitę, słynne tango skomponowane przez innego Urugwajczyka Gerarda Matosa Rodrígueza. Wiele lat później, w innej już epoce, gościł tu Astor Piazzolla. Media nie podają, czy opierał się łokciem o bar.

Pierwszy raz od inauguracji w 1895 roku Fun Fun został zamknięty. Nie zamknęła go ani pierwsza, ani druga wojna światowa. Nie zamknęły go urugwajska dyktatura wojskowa, przyjazd papieża czy lądowanie na księżycu. Zamknął go koronawirus. Podobnie jak mnie zamknął w Montevideo.

Kiedyś się skończy, a wtedy pójdę do Fun Fun poopierać mój łokieć o bar.