Adelajda – moja miłość

Choć najbardziej rozpoznawalny budynek opery na świecie znajduje się w Sydney, to Adelajda jest uznawana za kulturalną stolicę Australii. Podobnie jest z knajpami – niemal wszystkie na kontynencie są w Sydney i Melbourne, ale to Adelajda jest kontynentalną mekką kulinarną. Jednak mnie najbardziej podobały się w tym mieście… obana i świnie!

Fot. shutterstock.com / kwestAustralia hołduje dość purytańskim tradycjom religijnym i pewnych rzeczy nie powinno się tu robić, bądź je zawczasu przewidzieć. Z książek dziennikarzy czy podróżników, którzy odwiedzili kontynent w latach 50. czy 60. ubiegłego wieku, bije grozą – z reguły na czas weekendu byli zostawiani na pastwę losu. Sobota i niedziela są dniami świętymi, przeznaczonymi wyłącznie dla rodziny. I choć dziś to się zmienia, moje pierwsze spotkanie z Adelajdą było bardzo przykre. Kartki na te dni w moim kalendarzu były puste, więc wybrałem się na zwiedzanie, ale kiedy po godzinie marszu do ścisłego centrum nie spotkałem na ulicy nikogo, a minęły mnie raptem bodaj dwa samochody, faktycznie zrobiło mi się dziwnie. Miasto wyglądało jakby przed chwilą z lokalnego dworca odleciał marsjański spodek, który porwał ostatnich pasażerów.
Moim celem był m.in. Central Market – słynny miejscowy kleparz, tyle że potężnie większy i niepomiernie bardziej różnorodny. W sobotę jest otwarty do 15.00 (uff!), ale i tak niemal pusty. Przypomina nieco barcelońską La Boqerię – ma jedynie 650 lat mniej, powstał bowiem w 1870 roku i uchodzi za najbardziej wyszukany na kontynencie (stolica kulinarna!). Zdaje się, że nie istnieje produkt spożywczy, którego na tym gigantycznym placu nie dałoby się kupić – od mniej lub bardziej egzotycznych ryb i owoców morza po owoce. Piekarnie, mleczarnie, palarnie kawy, winiarnie, budki z żarciem na ciepło i cukiernie dopełniają całości. Podobnie jak podziemny parking na tysiąc samochodów (sic!). Zaopatrują się tu mieszkańcy Adelajdy i dalekich okolic oraz wszystkie knajpy w mieście (wiadomo, stolica…!). „Kto to wszystko zje…” – to chyba pierwsza myśl każdego, kto zajdzie na Central Market po raz pierwszy. Ale nie warto się łakomić, przed nami Rundle Mall.

Oliver wita was
Ten deptak jest pierwszym, a więc i najstarszym w Australii. Nie śmiejmy się – powstał w 1976 roku. Ulicę wytyczono jednak w pierwszej połowie XIX wieku i niemal od razu stała się najbardziej reprezentacyjną w mieście (miasteczku). Tak pozostało do dziś, ale z czasem ruch stał się tu nie do zniesienia – nie tylko samochodowy, ale i tramwajowy, co skutkowało coraz większą liczbą wypadków. W końcu ruch postanowiono ograniczyć, a w końcu ostatecznie wyeliminować.
Fot. shutterstock.com / Neale CouslandAle Rundle Mall nie stał się przez to jeszcze bardziej reprezentacyjny – może bardziej zatłoczony. Istotnie – są tu sklepy wszystkich znanych marek na świecie, ale i dostępne na każdą kieszeń markety i knajpki. Tutaj – koniecznie! – kupimy skórzane kapelusze (nie, nie kowbojskie! Znacznie przystojniejsze, prawdziwie australijskie!). Są tu drogie restauracje, ale i ogromny wybór fast-foodów. Ale też nie tych, o których od razu myślimy – bo niespotykanych u nas: australijskich, tajskich, wietnamskich, hinduskich, kambodżańskich i wielu innych, nawet południowoamerykańskich. Azjaci nie świętują weekendów tak skrupulatnie, zaś masy turystów zapewniają im utarg i byt. Zjeść tu można pysznie, a w dodatku mimo ekskluzywnego położenia – stosunkowo tanio. To znacznie lepsze rozwiązanie niż kanapka z vegemitem – wyjątkowo nietrafioną propozycją australijskiej kuchni. Jest to coś na kształt miękkiej kostki rosołowej otrzymywanej z wyciągu drożdżowego z przyprawami. Ohydztwo!
Rundle Mall przyciąga również rzesze artystów i artystek. Dziełem jednej z nich, Marguerite Derricourt z Afryki Południowej, są cztery oryginalnej wielkości mosiężne świnie, które buszują po deptaku. Artystka – zainspirowana słynnym florenckim dzikiem-fontanną, stojącym od XVII wieku na starym placu targowym – wygrała w 1997 konkurs na artystyczne zagospodarowanie fragmentu deptaka. Świnki – uwielbiane przez turystów i miejscowych – mają swoje oficjalne imiona, które zna każdy mieszkaniec Adelajdy: Horatio, Truffles, Augusta i Oliver. Ja zaprzyjaźniłem się z tym ostatnim, który zdaje się nie zwracać uwagi na przechodzących – stoi na tylnych łapach i grzebie ryjem w mosiężnym koszu z mosiężnymi śmieciami (to także fragment ekspozycji).

Obana
Fot. Wojciech GogolińskiAdelajda – jak każdy fragment Australii – nie cierpi na nadmiar wody. Ale i tak nie ma tu takiego dramatu jak w Melbourne i okolicach. Adelajda leży nad rzeką Torrens i choć jest to 85-kilometrowa „arteria”, to i tak ma własną wodę – w Melbourne stosuje się tę odsalaną, najdroższą na świecie.
Melbourne ma swoje wielkie tramwaje o wymiarach niespotykanych w Europie. Adelajda ma słynną linię autobusową – O-bahn – o przedziwnej konstrukcji. W zasadzie jest to autobus, który jedzie przez zatłoczone centrum, ale gdy tylko go minie, wpada na betonowy tor z prowadnicami i gwałtownie przyśpiesza do ponad setki na godzinę, stając się – hm! – metrem? Sam nie wiem, czegoś takiego nie widziałem nigdzie indziej. W każdym razie pomysł przedni i niezwykle wygodny.
Oprócz bycia kulturalną i kulinarną stolicą Australii, jest także Adelajda stolicą religijną (największa liczba kościołów na głowę mieszkańca), co wynika z mozaiki religijnej przybywających tu osadników, oraz – według wielu – stolicą koncertową, choć AC/DC pechowo pochodzą z Sydney. Ale za to odbywa się tu najważniejsze wydarzenie winiarskie na kontynencie – majowe Tasting Australia. I jeśli wybieramy się do Australii, w tę imprezę warto celować.