Jemy i żyjemy

Niedawno przeczytałem w którymś z dzienników o wielkiej gastronomicznej kłótni w polskim Sejmie.

Wiadomość ta ze względu na swoją błahość nie przebiła się ani na pierwsze, ani na drugie strony gazet, ale dobrze, że w ogóle się ukazała.

Spór dotyczył dwóch firm gastronomicznych prowadzących gorącą kłótnię o to, kto będzie karmił naszych parlamentarzystów. Nie wiem na ile to spór polityczny, ale pamiętamy przecież, że jedną z głównych afer, która wysadziła z siodła (a raczej z rządu) poprzednią koalicję była afera gastronomiczna. Toczyła się poza samą siedzibą Sejmu, w restauracji znanego polskiego szefa kuchni, a daniem, które stało się przysłowiowym gwoździem do trumny poprzedniego rządu były ośmiorniczki.

Widać z tego wyraźnie, że spożywanie dań obcych nam kulturowo i geograficznie może prowadzić do daleko idących konsekwencji, z przegranymi wyborami parlamentarnymi włącznie. Bo przecież gdyby podsłuchiwani politycy spożywali nawet najdroższą na świecie fasolkę po bretońsku czy równie drogiego śledzia po japońsku, ba!, śmiem twierdzić, że nawet bajońsko drogie pierogi ruskie, nie wywołałoby to takiej negatywnej reakcji polskiego Suwerena.

Zatem temat gastronomii w polskim sejmie to nie jest sprawa błaha. Choć mało kto sobie z tego zdaje sprawę, być może od niej zależy przyszłość obecnie rządzącej partii i opozycji. W tle toczącego się w Sejmie sporu, wzywania biegłych i ekspertów, potajemnego zaboru mienia przez jedną firmę drugiej, ukryta była istotna wiadomość, że jakakolwiek firma by to nie była, musiała podjąć zobowiązanie, by nasz przeciętny parlamentarzysta mógł zjeść pełny obiad w cenie 25 złotych. Wyobrażają sobie Państwo przyjąć na siebie godne napełnianie brzuchów najważniejszych osób w państwie za takie pieniądze? Parlamentarzysta ma zjeść dużo i smacznie, ale wydać bardzo mało. Jaki to procent uposażenia poselskiego, które wraz z dietą wynosi około 12 tysięcy zł, nie licząc dodatków za komisje i inne aktywności.

Francuzi mawiają, że żyją po to, aby jeść, a nie jedzą po to, aby żyć i tym różnią się od reszty świata. Z przytaczanych powyżej faktów jasno wynika, że podobnie jak w dziedzinie obronności, w sprawach żywieniowych dumny polski parlamentarzysta z Francuzami nie zgodzi się nigdy. Pamiętam czasy, a było to zaraz na początku lat dziewięćdziesiątych, że żywieniem wybrańców Narodu zajmowała się krakowska Hawełka. Gotowała dobrze i po polsku. Po smutnych i szarych czasach PRL w gmach Sejmu tchnięto nową gastronomiczną duszę i wybrano do obsługi jedną z najbardziej znanych polskich restauracji. Dziś w tym samym gmachu dwie firmy biją się o to, kto będzie karmił posłów za 25 zł dziennie.

Widać taki mamy klimat, jak genialnie zauważyła kiedyś jedna pani minister, komentując zupełnie inną sprawę.

Po doświadczeniach poprzedniej ekipy padł chyba blady strach na obecnie rządzących, by w sprawach żywieniowych nie wychylać się za bardzo poza obowiązujący kanon i budżet trochę bogatszego studenta. Pamiętają o ośmiorniczkach i konsekwencjach ich spożywania. Wiedzą, że jedzenie może być sprawą polityczną i hołdują zgoła niefrancuskim zasadom.

Ja w sprawach obronności głosu zabierać nie będę. W sprawach gastronomii zawsze stanę po stronie Francuzów. Bo jedzenie i gastronomia to jedne z największych uciech tego świata. Wraz z dobrym winem, lokalnymi produktami i ich historią.

A i ośmiorniczki też lubię.