Nasze morze południowe

 

Że Chorwacja przyciąga ciepłym i czystym morzem – to banał. Pewien mój znajomy na stałe mieszkający w okolicach Krościenka obliczył sobie, że bliżej mu nad Adriatyk, niż nad plaże bałtyckie. Nie mówiąc już o tym, że taniej i drogi lepsze.

 

Samych wysp do odwiedzenia w bajkowej Dalmacji jest tyle, że życia może nie starczyć. Wciąż są wśród nich maleństwa niemal nieodkryte, z pojedynczym mikroskopijnym portem, paroma domami, jedną restauracją, w której – aby coś zjeść – trzeba najpierw znaleźć i obudzić gospodarza. Warto wypożyczyć sobie na dzień lub dwa zwykłą łódkę z motorkiem i odwiedzić kilka takich, na wpół dzikich, miejsc w okolicach Hvaru, Korčuli czy Biogradu.

Fot. Michał BardelA że mało kto dociera z Polski do Chorwacji inaczej niż samochodem, warto wykorzystać ten środek transportu i raz na czas odkleić się od gorącego piasku lub – częściej tutaj – rozgrzanych kamieni i spędzić wieczór w którymś z pięknych weneckich miast chorwackiego wybrzeża. I to niekoniecznie od razu w Dubrowniku. Dubrownik, owszem, perła Adriatyku, zobaczyć trzeba, zjeść hobotnicę popijaną miejscowym Pošipem, dostać udaru na jednej z rozgrzanych ulic średniowiecznego miasta-fortecy. Ale Dubrownik, ten wyremontowany po niedawnej wojnie, wyszorowany i wypielęgnowany (w wielkich kostkach brukowych można się przeglądać) stał się dziś nieco sztuczny, absurdalnie turystyczny i muzealny. O ileż więcej naturalności znajdziemy w Šibeniku (wspaniała katedra św. Jakuba, jeszcze kilka lat temu, przed renowacją, niemal czarna w środku, robiła na turystach piekielne wrażenie), Zadarze (tam koniecznie trzeba obejrzeć jedną z najstarszych katedr chrześcijańskich, romańską św. Anastazję z XII wieku) czy Splicie, gdzie słynny pałac cesarza Dioklecjana wpisał się tak silnie w nowożytną zabudowę miasta, że część turystów w ogóle go nie może znaleźć (najtrudniej, gdy jest się już w środku), część ma natomiast dużą frajdę, robiąc sobie pamiątkowe zdjęcie z praniem suszącym się na architrawie z III wieku. Po wszystkim zaś koniecznie usiąść trzeba wygodnie w którymś z zacienionych barów, zamówić jagnięcinę w groszku i butelkę czarnogórskiego Vranca.

Nie zabierajcie go z sobą do Polski. Smakuje wybornie, ale na adriatyckim wybrzeżu.