Mundial pochodzi z Urugwaju

Remis ze wskazaniem, czyli rzeczy, które nas łączą lub dzielą

fot. Krzysztof Rudź, www.ludziepodróżują.pl

Dziś na mundialu w Rosji trzymamy kciuki za Urugwaj czyli kraj, który nie tylko piłką ale i winem żyje. Poniżej kilka nie tylko piłkarskich historii o tym niewielkim, ale fascynującym kraju.

Czego o Urugwaju jeszcze nie wiecie →

Historia konfrontacji piłkarskich drużyn Polski i Urugwaju nie jest długa i ma charakter wybitnie towarzyski. Dzięki temu, że rzadko pojawiamy się na mundialu, nasza sympatia dla Urusów nie musi być wystawiana na większe próby.

Z trzech spotkań dwa zakończyły się remisem, a ostatnie, w roku 2012, przegraliśmy 1:3. Autorem jednej z dwóch bramek strzelonych przez Urugwaj był słynny Suárez, bramki po naszej stronie strzelali Obraniak i Glik, który trafił omyłkowo do własnej siatki. Czyli znów remis, tyle że z drobnym wskazaniem*.

fot. Wikimedia Commons © Oldelpaso
fot. Wikimedia Commons © Oldelpaso

Piłkarski świat Urugwajowi zawdzięcza o wiele więcej niż nam. Przede wszystkim mundial, czyli zwieńczenie ogólnoświatowego szaleństwa na punkcie piłki nożnej. Pierwsze mistrzostwa odbyły się w Montevideo w 1930 roku (na zdjęciu piłka, którą grano podczas finału). Olbrzymi jak na owe czasy stadion Centenario, nazwany tak na cześć setnej rocznicy uchwalenia konstytucji i ogłoszenia niepodległości, mieścił ponad 90 tysięcy kibiców i powstał w rok. Wcześniej drużyna Urugwaju wygrała olimpiadę dwukrotnie, zatem organizacja rozgrywek w tym odległym kraju miała swoje sportowe uzasadnienie. Gorzej było z frekwencją – wiele drużyn z Europy nie stać było na dwumiesięczną podróż za ocean. Ostatecznie zmierzyło się 13 jedenastek, w tym cztery z Europy. Mistrzostwa wygrali oczywiście gospodarze, pokonując Argentynę 4:2. Kolejny raz mistrzami zostali w roku 1950, tym razem po wygranej z Brazylią… w Brazylii. W kolejnych latach Los Charrúas występowali na mundialu ze zmiennym szczęściem, kilka razy plasując się na 3. lub 4. miejscu (co akurat w wypadku polskiej drużyny traktowane jest jako niebywały sukces). Mieliśmy w tym skromny udział – za jednego z najlepszych bramkarzy uważano na przełomie lat 60. i 70. urugwajskiego golkipera Ladyslawa Mazurkiewicza – syna polskiego emigranta. Z hiszpańskiej nazwy „Campeonato Mundial de Futbol” pozostał „światowy” mundial i tak już przywykliśmy nazywać piłkarskie mistrzostwa.

Smak nowej klasyki: wina z Urugwaju

Wszyscy jesteśmy Suárezami

fot. Krzysztof Rudź, www.ludziepodrozuja.pl
fot. Krzysztof Rudź, www.ludziepodróżują.pl

Pozostając w kręgu sportowych emocji przypomnieć należy, ile zamieszania swoim niepohamowanym apetytem na przeciwnika wywołał podczas ostatnich mistrzostw świata w Brazylii wspomniany już Luis Suárez. Po tym, jak zatopił zęby we włoskim piłkarzu Giorgio Chiellinim (a zrobił to po raz trzeci w karierze; na szczęście zmieniały się jego ofiary), został ukarany czasową dyskwalifikacją i karą pieniężną, co wywołało falę oburzenia nad La Platą, a za Suárezem murem stanął cały naród (widać kąsanie podczas futbolowych zmagań jest tu tolerowanym obyczajem). Ludzie paradowali po ulicach w maskach z podobizną piłkarza – podobne demonstracje zdarzały się wśród prezenterów telewizji. Włochów Urusi wysłali do domu, jednak w 1/8 finału przegrali mecz z Kolumbią i sami spakowali walizki.
Gdy Andrzej Gołota w 1995 roku kąsnął w szyję swego przeciwnika, w Polsce sprawa wywołała tylko lekkie rozbawienie. Gryzł wilk razy kilka, pogryzą i wilka – pomyślał wiele lat później Gołota i wycofał się w drugiej rundzie walki z Mikiem Taysonem, znanym podgryzaczem uszu. Gołota ucho zachował, stracił za to twarz.
Suárez z opresji wyszedł cało. Specjalna terapia uwolniła go od męczącego nawyku, a w obecnym sezonie wyśmienicie gra w Barcelonie i ma szansę pokonać samego Ronaldo w klasyfikacji strzelców Primera Division. Nic dziwnego, że po każdej zdobytej bramce uśmiecha się szeroko, prezentując swoje imponujące uzębienie.

Colonia del Sacramento | fot. Dorota Romanowska
Colonia del Sacramento | fot. Dorota Romanowska

Flaczki kontra chinchulines

Wskazanie remisowe przechyla się na naszą korzyść – aromatyczna zupa z majerankiem jest zdecydowanie łatwiej przyswajalnym daniem niż grillowane flaki wołowe, nieprawdaż? No chyba że jest się Urugwajczykiem, który asado nie przyrządza chyba tylko z komarów. W wypadku flaczków niezależnie od szerokości geograficznej proces przygotowania rozpoczyna się zazwyczaj od dokładnego ich umycia. Dalej jest już z górki – flaczki układa się zwinięte w zgrabny „precel” na ruszcie i dość wolno opieka z dwóch stron. Podaje się z różnymi salsami, np. z chimichurri. Zdarzają się również nadziewane, a potem dopiero grillowane. Jeśli nadziewane jelito podadzą wam południowoamerykańscy kowboje na popasie, lepiej zapytać, co jest w środku. Przysmakiem gauchos bywa jelito od ledwo co ubitej krowy, przyrządzane wraz z jego zawartością… Podobno jest to tylko niestrawiona trawa. Na szczęście w razie jakichkolwiek kłopotów z urugwajską kuchnią można zaaplikować sobie kieliszek wina. A w tej dziedzinie o żadnym remisie mowy już być nie może – nie ma nad Wisłą wina, które nie ulegnie tanatowi.

Mosty okrągłe i proste

fot. www.archicree.com
fot. www.archicree.com

Nie samym tylko futbolem Urugwaj stoi. Ten niewielki kraj może się poszczycić najstabilniejszą w Ameryce Południowej demokracją i podobnie, jak jeszcze do niedawna nasza „zielona wyspa”, świeci gospodarczym przykładem w regionie. Inwestycje w tzw. infrastrukturę są tu na porządku dziennym, ale jedna z nich postawiła na nogi światowe media. Informacja o budowie okrągłego mostu wprawiła w zdumienie nie tylko inżynierów! Okazało się, że fantazyjna konstrukcja to rondo umieszczone pośrodku „normalnej” przeprawy mostowej łączącej brzegi laguny Garzón (ok. 170 km na wschód od Montevideo). Most powstał, by dać szansę kierowcom na zdjęcie nogi z gazu i podziwianie widoków. Przewidziano także trasy dla pieszych i miejsca dla wędkarzy. I znów, podobnie jak sto lat temu, Urugwajczycy uwinęli się z budową w rok, co wskazuje na trwałą różnicę w kulturze budowlanej między naszymi narodami.
Z Urugwajem dzielimy za to los kraju ściśniętego sąsiedzkim uściskiem dużo większych i liczniejszych populacji. Nas akurat nie dziwi, że mosty między dużym a małym zamiast łączyć, czasami dzielą. Jak choćby przeprawa na granicznej rzece pomiędzy Argentyną a Urugwajem, która została zamknięta na wiele lat z powodu konfliktu o szkodliwe działanie zakładów papierniczych. Trasę niedawno odblokowano, ale konflikt trwa w najlepsze.
Most łączący Buenos Aires z Colonia del Sacramento pozostaje zaś w sferze planów. Na razie turyści i mieszkańcy szukający ukojenia od zgiełku boskiego Buenos przeprawiają się przez zatokę La Plata promem. Najstarsza część Colonia del Sacramento jest jedynym urugwajskim zabytkiem wpisanym na Listę Dziedzictwa Narodowego UNESCO. Niegdyś była to portowa dzielnica czerwonych latarń – dziś kusi labiryntem urokliwych domów. Ulice zdobią stare samochody zaparkowane na kocich łbach, w uszach brzęczy cisza. Można się obawiać, że akurat szybka trasa z Buenos Aires nie pomoże, ale zagrozi tej enklawie spokoju nad La Platą.

* Od czasu publikacji artykułu rozegrano jeszcze jeden mecz Polska–Urugwaj, zakończony bezbramkowym remisem – przyp. red.