Rzeczy, które robisz w Lizbonie i czujesz, że żyjesz

W Lizbonie najpiękniejsze są poranki, przynajmniej te letnie. Wtedy najlepiej widać, że to miasto żyje.

Że ciagle jest miejscem pełnym prawdziwych ludzi, a nie tylko turystyczna destynacją. Zresztą wstać rano warto jeszcze z dwóch powodów. Dzięki bryzie znad Tagu poranki są rześkie, nawet gdy w południe termometr wskaże trzydzieści kilka kresek. Do tego spanie w mieście mającym tyle do zaoferowania to zwykłe marnotrawstwo czasu, a wierzcie: jest co robić. Oto mój osobisty „top 7”.

Jeden – zjedz kawę i ciastko

Ale nie jakieś tam pierwsze lepsze ciastko. Skoro jesteśmy w Lizbonie, to musi to być pastéis de Belém. Czym to ciasteczko jest – nie wiadomo. Receptura jest tajna, zna ją tylko kilka osób. Z wyglądu przypomina babeczkę z ciasta francuskiego napełnioną kremem z kurzych żółtek. Produkuje się je od połowy XIX wieku w niewielkiej cukierni tuż obok klasztoru hieronimitów. Zgodnie z legendą powstały jako forma wykorzystania nadmiaru żółtek (białka modne damy pożytkowały na utrwalanie swoich fryzur). Ile w tym prawdy, dziś tego nie dojdziemy. Za to z cała pewnością wiadomo, że każdego ranka z pieców cukierni wychodzi ponad 20 tysięcy babeczek. Zjedzenie dwóch i popicie kawą wystarczy za całe śniadanie. Wieczorem najlepiej smakują z kieliszkiem powstającego po drugiej stronie Tagu muscatjedna z najstarszych, najpopularniejszych i najbardziej rozp... de setúbal.

fot. Ireneusz Wis

Dwa – przejażdżka tramwajem 28

Lizbona leży na wzgórzach, toteż spacery wiążą się nie tylko z pokonaniem odległości, ale i przewyższeń – cały dzień na nogach to prawie jak wycieczka górska. Dlatego Lizbończycy tak kochają tramwaje, którymi można dojechać prawie wszędzie. Dla turysty to też świetny środek lokomocji. Pośród wszystkich linii najważniejsza to linia 28 – w trwającej 90 minut pętli objeżdża wszystkie turystyczne atrakcje starej Lizbony. Po tej samej linii kursuje też turystyczny „czerwony tramwaj”. Od miejskiego pierwowzoru różni go cena biletu, ale też system audio objaśniający w kilku językach, co mijamy i gdzie jesteśmy. To zdecydowanie najlepszy wstęp do zwiedzania miasta.

fot. Ireneusz Wis

Trzy – lunch w Mercado De Campo De Ourique

Kogo zmęczy gwar centrum, powinien uciec do odleglejszych dzielnic, tym bardziej, że w jednej z nich znajdzie harmonijnie łączący działalność handlową z gastronomiczną Mercado De Campo De Ourique. Na miejscu, prócz okazji do taniego zakupu najwyższej jakości owoców, oliw, przypraw czy wina, znaleźć można kilkanaście niedrogich barów serwujących proste tradycyjne portugalskie dania. Za parę euro będzie okazja zjeść krewetki przygotowywane na kilka sposobów, małże czy sałatkę z ośmiornicy. Lubiący coś konkretniejszego odnajdą kilka rodzajów steków i mięsa w sosach. Do tego olbrzymi wybór win, a dla nieletnich lemoniad i świeżych soków. Najłatwiej, jak to w Lizbonie, dojechać tramwajem 28.

fot. Ireneusz Wis

Cztery – spacer nad Tagiem

W Lizbonie spaceruje się albo labiryntem uliczek Starego Miasta, albo nad Tagiem. W upalny letni dzień ze względu na chłodne powiewy znad rzeki to drugie rozwiązanie jest zdecydowanie lepszym pomysłem. Przechadzkę najlepiej zacząć przy szesnastowiecznej Wieży Belem, stanowiącej obecnie jeden z architektonicznych symboli Lizbony. Wieży strażnicy, ale i wieży więzienia. To tam, o czym milczy większość przewodników, w 1833 roku osadzono generała Józefa Bema – twórcę Legionu Polskiego. Zmierzając w stronę centrum po parunastu minutach dotrzemy do Pomnika Odkrywców pięćdziesięciometrowego betonowego kolosa, którym miasto uhonorowało twórców swojej potęgi, nieustraszonych żeglarzy i odkrywców z Vasco de Gama na czele. Warto wyjechać na szczyt, skąd roztacza się oszałamiający widok na niedaleki klasztor hieronimitów, w którego wnętrzach podpisano Traktat Lizboński.

fot. Ireneusz Wis

Po piąte – zgubić się i iść na koncert

Jeżeli się zgubić, to tylko na Alfamie – najstarszej i jedynej centralnej dzielnicy Lizbony, która przetrwała wielkie trzęsienie ziemi 1755 roku, dzięki czemu zachowała swój autentyzm. Jej wąskie i poplątane uliczki pamiętające Maurów do złudzenia przypominają wąskie gwarne medyny Maghrebu. W tym labiryncie nietrudno się zgubić, a potem odnaleźć w jakimś uroczym zaułku czy placyku z kieliszkiem schłodzonej bieli w ręku. To tam w połowie XIX wieku zrodziła się muzyka fado, do dziś sącząca się z setek lokali i malutkich sal koncertowych. Warto późnym wieczorem zasiąść w jednym z takich miejsc, zamówić grillowane sardynki i z kieliszkiem wina wsłuchać się w tą przepełnioną smutkiem, pełną pasji i emocji muzykę.

fot. Ireneusz Wis

Po szóste – ginginha wypita przy kiosku

W Lizbonie jest ponad 30 kiosków, zawsze pomalowanych w żywe, jaskrawe kolory, oferujących najbardziej lizboński z lizbońskich likierów: słodką czereśniową ginginha. Miejscowi pija ją z owocem w środku i kroplą likieru czekoladowego. Ja wolą z kilkoma kostkami lodu. Zwykle podawana jest w plastikowych kubeczkach.

fot. Ireneusz Wis

Po siódme – bądź sobą

Lizbona to miasto tak różnorodne i tak pełne pozornych sprzeczności, że bez względu na własne gusta i zapatrywania, zawsze znajdziesz coś dla siebie.

 

tekst: Ireneusz Wis