W obronie słodkości

Na wstępie muszę się przyznać do czegoś, co może wśród winomanów wzbudzić zdziwienie, a może nawet dozę współczucia. Otóż lubię wina słodkiewino o dużej zawartości cukru naturalnego lub dodanego...

z wieki dobre winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) było zawsze słodkie. Słodkie wina pijane były w królewskich pałacach, ziemiańskich rezydencjach czy szlacheckich, skromnych dworach. Stąd pochodzi ich wspólna nazwa – vinos nobiles.
Czasy się jednak zmieniają, a wraz z nimi i obowiązujące gusta. Z prasowych doniesień wiemy, że współcześni monarchowie pijają – podobnie zresztą jak ich podwładni – głównie wina wytrawneokreślenie wina, w którym, teoretycznie, cały cukier na d.... Dziś wszyscy konsumują wina wytrawne (ja też, nie ukrywam). Producenci win słodkich są w nie lada kłopocie. Spożycie jest coraz mniejsze, grono miłośników stopniowo się kurczy. Jakoś nie pasuje ono do obecnego tempa życia, mody na zdrowe, bezcukrowe odżywianie, a w dodatku jest je trudno czy wręcz nie ma sposobu zgrabnie połączyć ze współczesną kuchnią. Poza tym jest drogie.
Czy zatem ma jakąś szansę? Czy przetrwa przez kolejne pokolenia, czy podzieli los mamutów, dinozaurów i turów – które kiedyś też przestały pasować do ówczesnego świata?
Ostatnio brałem udział w pionowej degustacji różnych roczników porto. Zaczęliśmy od rocznika 1985, a potem „jechaliśmy” w dół z różnymi rocznikami, w odstępach około dziesięciu lat, aż zatrzymaliśmy się na Kopke Colheita 1937. To wino pamiętające niemal czasy Anschlussu było zadziwiająco świeże. Wyraźny kwasowy kręgosłup stanowił bazę dla całej feerii zniuansowanych zapachów i smaków. Czegóż tam nie było: migdały z orzechami włoskimi, suszone śliwki z morelami, hawańskie cygara z gorzką czekoladą – iście metafizyczne wino.
Zapytałem więc, ile kosztuje? U nas w sklepie sprzedajemy je za 600 euro – padła odpowiedź. Powiecie – to strasznie dużo. Wydać na butelkę wina 2400 zł to z pewnością kaprys dostępny dla nielicznych, ale cena zawsze jest rzeczą względną. Pingus – najdroższe czerwone i wytrawne wino Hiszpanii, produkowane w aptekarskich ilościach przez Petera Sissecka w Ribera del Duero, kosztować będzie w Klubie Domu Wina około 3 tysięcy zł. Rocznik 2006. Świetne wino, absolutnie unikalne – winomani na całym świecie poszukują go u nielicznych importerów. Ale czy da się porównać te dwa światy? Czy mając do wydania 600 euro wybralibyście Pingusa z 2006 czy Kopke Colheitę z 1937?
Jak to jest z tymi słodkimi winami? Czy na pewno są zbyt drogie na naszą kieszeń? Czy na pewno nie pasują do współczesnego rytmu życia i dzisiejszej kuchni?
Wiem z całą pewnością, do czego pasują. Pasują do pogodnego popołudnia w zielonym ogrodzie, pasują do kominka, w którym palimy wieczorną porą jesienią czy zimą, pasują do dobrego towarzystwa, ale też do samotnego kieliszka, gdy trzeba zastanowić się nad życiem. Pasują do nocnych Polaków rozmów.

Faktycznie – niemodne to gusta w świecie, w którym niepodzielnie panuje wytrawność, czy to w czerwonej mocno tanicznej wersji, czy białej – zrobionej w kościsto-owocowym stylu. Przez wieki dobre wino było zawsze słodkie. Słodkie wina pijane były w królewskich pałacach, ziemiańskich rezydencjach czy szlacheckich, skromnych dworach. Stąd pochodzi ich wspólna nazwa – vinos nobiles. Czasy się jednak zmieniają, a wraz z nimi i obowiązujące gusta. Z prasowych doniesień wiemy, że współcześni monarchowie pijają – podobnie zresztą jak ich podwładni – głównie wina wytrawne. Dziś wszyscy konsumują wina wytrawne (ja też, nie ukrywam). Producenci win słodkich są w nie lada kłopocie. Spożycie jest coraz mniejsze, grono miłośników stopniowo się kurczy. Jakoś nie pasuje ono do obecnego tempa życia, mody na zdrowe, bezcukrowe odżywianie, a w dodatku jest je trudno czy wręcz nie ma sposobu zgrabnie połączyć ze współczesną kuchnią. Poza tym jest drogie. Czy zatem ma jakąś szansę? Czy przetrwa przez kolejne pokolenia, czy podzieli los mamutów, dinozaurów i turów – które kiedyś też przestały pasować do ówczesnego świata?

Ostatnio brałem udział w pionowej degustacji różnych roczników porto. Zaczęliśmy od rocznika 1985, a potem „jechaliśmy” w dół z różnymi rocznikami, w odstępach około dziesięciu lat, aż zatrzymaliśmy się na Kopke Colheita 1937. To wino pamiętające niemal czasy Anschlussu było zadziwiająco świeże. Wyraźny kwasowy kręgosłup stanowił bazę dla całej feerii zniuansowanych zapachów i smaków. Czegóż tam nie było: migdały z orzechami włoskimi, suszone śliwki z morelami, hawańskie cygara z gorzką czekoladą – iście metafizyczne wino. Zapytałem więc, ile kosztuje? U nas w sklepie sprzedajemy je za 600 euro – padła odpowiedź. Powiecie – to strasznie dużo. Wydać na butelkę wina 2400 zł to z pewnością kaprys dostępny dla nielicznych, ale cena zawsze jest rzeczą względną. Pingus – najdroższe czerwone i wytrawne wino Hiszpanii, produkowane w aptekarskich ilościach przez Petera Sissecka w Ribera del Duero, kosztować będzie w Klubie Domu Wina około 3 tysięcy zł. Rocznik 2006. Świetne wino, absolutnie unikalne – winomani na całym świecie poszukują go u nielicznych importerów. Ale czy da się porównać te dwa światy? Czy mając do wydania 600 euro wybralibyście Pingusa z 2006 czy Kopke Colheitę z 1937?Jak to jest z tymi słodkimi winami? Czy na pewno są zbyt drogie na naszą kieszeń? Czy na pewno nie pasują do współczesnego rytmu życia i dzisiejszej kuchni?

Wiem z całą pewnością, do czego pasują. Pasują do pogodnego popołudnia w zielonym ogrodzie, pasują do kominka, w którym palimy wieczorną porą jesienią czy zimą, pasują do dobrego towarzystwa, ale też do samotnego kieliszka, gdy trzeba zastanowić się nad życiem. Pasują do nocnych Polaków rozmów.