O historii i winach naturalnych

Łukasz Modelski29.11.2016 16:33

O kustoszu muzeum miejskiego w langwedockim Cruzy bez wielkiej przesady można powiedzieć, że oderwany od pługa.

Konkretnie – od wąskiego traktorka, którym jeździ się po winnicy. Bo kustosz z Cruzy w prawdziwym życiu jest winiarzem i żeby muzeum otworzyć, musi się od swojego traktorka i swojej winnicy na chwilę oderwać.

Na drzwiach instytucji wisi jego numer telefonu – dzwoni się, zajeżdża traktorek i pan kustosz swą ogromną i oderwaną właśnie od pracy dłonią przekręca klucz w muzealnych drzwiach. W muzeum – mydło i powidło – od trylobitów, kości dinozaurów, przez rzymską ceramikę, fragmenty średniowiecznych rzeźb, po wiek XX. I ten wiek XX właśnie w zbiorach amatorskiego muzeum stał się kilka lat temu ogólnofrancuską sensacją – na strychu jednego z domów znaleziono pieczołowicie wymalowane i wypisane w języku oc transparenty z roku 1907.

O tym, co się wtedy działo, pamięta całe Południe. W skrócie: langwedoccy i katalońscy winiarze, którzy od pokoleń żyli z uprawy winorośli i handlu winem – i to nawet nie właściciele winnic, ale przede wszystkim robotnicy rolni – wystąpili przeciwko władzy. III Republika nie znała tej skali protestów. Na jednym z wieców w Béziers zebrało się 150 tysięcy ludzi, w Perpignan – około 200 tysięcy, w Carcassone już ćwierć miliona, a chwilę póżniej, w Montpellier, od 600 do 800 tysięcy. Demonstracje przelewały się przez całe Południe – od Narbony, Béziers i Montpellier aż po Perpignan i Pireneje. Ręka w rękę maszerowali socjaliści, komuniści (to przecież osławione, spółdzielcze „czerwone Południe”), niechętni republice rojaliści i okcytańscy i katalońscy separatyści. Biskup Montpellier pootwierał kościoły, które przyjmowały na noc żony i dzieci demonstrantów, a w końcu i samych rolników przybyłych z wiosek regionu. Jeszcze chwila, a przyszyte przed kilkoma wiekami do Francji Południe zażądałoby niepodległości.

Rząd „Tygrysa” Clemenceau nie mógł sobie pozwolić na eskalację rewolty. Do zbuntowanych miast i miasteczek wysłano 22 pułki piechoty i 12 kawalerii, do demonstrantów otwierano ogień, kawaleria szarżowała na tłum, przywódców wyłapywano i aresztowano. 17 Pułk Piechoty Liniowej z Béziers zbuntował się – młodzi rekruci nie mieli ochoty strzelać do swoich ojców i braci. Po wszystkim buntowników wysłano do Gujany, a w 1914 – tych, którzy ocaleli – na pierwszą linię frontu w najkrwawszych bitwach (to od tego czasu datuje się zwyczaj, by poborowi odbywali służbę z dala od domu).

Dlaczego to wszystko?  Od kilku już lat na Południu panowała niespotykana wcześniej nadprodukcja wina. Wino staniało czterokrotnie, producenci (i robotnicy) zarabiali coraz mniej. W karczmach i barach wprowadzono zwyczaj „wina na godziny”, czyli dzisiejszej formuły „all you can drink”. Wina z Południa, stanowiące ponad 40 procent całej francuskiej konsumpcji, były powszechne, to prawda. Ale nie były wybitne. Tymczasem rząd rozpoczął masowy import win z Algierii. Miały służyć jako element kupażu win z północy. Nieszczęśliwie jednak zawijały do langwedockiego portu w Sète, leżącego w samym środku zdarzeń południowej rewolty, doprowadzając miejscowych do furii lub rozpaczy. Co więcej –  w 1903 roku dopuszczono szaptalizację win importowanych. Dodany do moszczu cukier podnosił stężenie alkoholu i, co tu kryć, poprawiał smak wina, czyniąc je bliższym ówczesnym gustom. Północ miała więc swoje „dobre wina”, a Południe zostawało z pełnymi piwnicami. Meridionalni winiarze zażądali dla dosładzanych win podatków równie wysokich, jak dla tych produkowanych przez nich. Wtedy właśnie zaczęto używać powszechnie terminu „wina naturalne” – nie tak znowu znaczeniowo odległego od tego, jak dziś go rozumiemy: ostatecznie chodziło przecież o to, żeby do wina niczego nie dodawać. Rewolta wybuchła zarówno pod hasłem obrony pracy, jak i – win naturalnych.

Aż dziwne jak bardzo aktualna jest historyczna veritas zawarta w tym vinum – rewolta z 1907 roku dotknęła spraw, z którymi żyjemy i dziś. Wskazała na rozbieżne interesy Północy i Południa, kwestię godności pracy i dowiodła, że niewidzialna ręka rynku we współczesnej gospodarce nie załatwi wszystkiego. Choć również – że bezmyślna państwowa interwencja szkodzi. No i wreszcie – wskazała na modne dziś wina naturalne jako wartość, o którą warto powalczyć. Zaczął się wiek XX.

Rząd w Paryżu z rewoltą poradził sobie siłą. W muzeum w Cruzy transparenty z 1907 roku są dziś zabytkiem najcenniejszym. O tym również zdecydowano w stolicy, umieszczając je w pancernych, pyłoodpornych i utrzymujących stałą wilgoć gablotach. W jednej z nich – chorągiew ze starannie wypisaną po okcytańsku inskrypcją: „Jeśli nie będziemy pili wina, co z nami będzie?”. Kustosz wskazuje głową na lśniące nowością przeszklone szafy, częstuje kieliszkiem miejscowego, mocno skoncentrowanego Mas de Cynanque  i z mieszaniną rezygnacji i przekąsu informuje, że klucze do nich są... w Paryżu. Bo stołeczni konserwatorzy wolą mieć wszystko pod kontrolą. On co najwyżej może przetrzeć szyby.

Czas Wina nr 83

Zdjęcia

Komentarze

bruno99 / 12.12.2016 18:17

Upgrade you moviestarplanet game resources within minute from here.

Twój komentarz
FB