Paso Robles: Między dębami

Wbrew nazwie w Paso Robles dębów jest najmniej. Przynajmniej przypominających polskie dęby – wielkich, starych i rozłożystych. Dopiero gdy o nie zapytałem, wskazano mi kępki średniej wielkości drzew, niewiele mających wspólnego z naszymi. Taki lokalny koloryt.

Ale wiele rzeczy jest tu dziwnych. Gdy czytałem o tej miejscowości, spodziewałem się sporej rzeki Salinas, nad którą leży El Paso. Na miejscu okazało się, że rzeka jest, ale zobaczyć jej nie można. Salinas to najdłuższy na świecie ciek wodny, który płynie… pod ziemią. Jego szlak wytyczają krzewy i drzewa. Woda pojawia się w postaci strumienia tylko wtedy, gdy innym obszarom grozi już powódź.

Rodzinnie

El Paso de Robles to po hiszpańsku „dębowy przesmyk”. Kiedyś był to ważny punkt na szlaku El Camino Real wiodącym z Meksyku przez całą niemal Kalifornię. Zresztą sami The Robles – jak nazywają się mieszkańcy – nie są pewni, jak dokładnie brzmi nazwa ich miasta: El Paso de Robles, Paso Robles czy El Paso. W Ameryce nie ma to jednak najmniejszego znaczenia – każdy mówi, jak chce.

Paso Robles leży w połowie drogi między Los Angeles i San Francisco – po trzysta kilometrów od każdego z nich. To małe trzydziestotysięczne miasteczko, niemal takie, jakie oglądamy w każdym amerykańskim filmie familijnym. Z niską zabudową, podjazdami dla samochodów i nastolatkami wyrzucającymi z rowerów poranną prasę na progi domków.

Wiele z tych domków utrzymanych jest w stylu wiktoriańskim z początku XX wieku, z balkonikami i starannie odnawianymi wykuszami.

Inne to słynne craftsman house’y – pochodzące z tego samego okresu domki wybierane z katalogów w cenie ówczesnych 500 dolarów, przywożone w elementach i stawiane w ciągu jednego dnia. Kiedyś stanowiły raczej o monotonii tego miejsca, a dziś to niemal zabytki, różnokolorowe i urokliwe.

Paso Robles to także nowoczesność. Przyrost naturalny należy do najwyższych w kraju, choć – przyglądając się temu z bliska – nie bardzo wiadomo czym oprócz wina zajmują się mieszkańcy. Zapewne ma to dużo wspólnego z przemysłem komputerowym i turystycznym.

Polskie koneksje

Miasteczko jest centrum winiarskim całej okolicy, znanej z produkcji… wszystkiego. W zasadzie udaje się tu każda odmiana, od bordoskich po rodańskie, ale ostatnio coraz głośniej o winach z odmiany pinot noirjedna z najbardziej rozpowszechnionych i najstarszych czerwo... (...). I chyba w tym kierunku pójdzie lokalna specjalizacja, bo warunki po temu są wyśmienite. Pinot noir potrzebuje chłodu, a choć interior jest tu gorący, to od wschodu napływają masy chłodnego powietrza znad Pacyfiku poprzez przesmyk Templeton Gap (będący wyrwą we wzgórzach oddzielających winnice od oceanu).

W malutkim Paso Robles ciągle czci się postać Ignacego Jana Paderewskiego (pisze o nim prof. Marek Żebrowski na s. x-x). To bez wątpienia najważniejsza osobistość w historii osady i tej części Kalifornii w ogóle. Hotel, który tak bardzo upodobał sobie Paderewski, spłonął niemal całkowicie w roku 1940. Zachował się jedynie tylny budynek, za to z salą balowo-koncerową, w której grał kiedyś mistrz. Resztę obudowano już w zupełnie innym stylu.

Przez Paso Robles wiedzie także szlak wielbicieli aktora Jamesa Deana. W 1955 roku symbol młodzieńczego buntu zginął w wypadku samochodowym niecałe 40 kilometrów od miasta na drodze stanowej nr 46, tuż przed rozgałęzieniem z 41., nieopodal miejscowości Cholame. Prowadził swoje porsche 550 spyder, które zderzyło się z fordem. Kierowca forda zmarł w zeszłym roku, co wywołało kolejne dyskusje na temat przyczyn wypadku. W miejscu tragicznego zdarzenia umieszczono tablicę pamiątkową. Parę mil dalej w przydrożnej karczmie Jack Ranch Café jest trochę zdjęć i pamiątek związanych z Jamesem Deanem.

I to właściwie tyle, co można powiedzieć o historii i współczesności Paso Robles. Jedno jest pewne: okolice miasteczka powoli stają się jednym z najważniejszych miejsc na winiarskiej mapie Ameryki. Miejscowi mówią, że już przegoniło Napę. Optymizm to także część lokalnego kolorytu.