Różne oblicza kraju

 

Dzięki zimnemu morskiemu prądowi Humboldta, ciągnącemu się od Antarktydy po Peru, wybrzeże Chile obfituje w ryby i owoce morza. Chodząc po Mercado Central – targu rybnym w Santiago de Chile, człowiek nie przestaje się dziwić wielkości ryb i mariscos oferowanych do sprzedaży.

 

Wszystkie okazy są takich rozmiarów, jak gdyby pochodziły z genetycznego laboratorium radzieckiego profesora Miczurina (czy ktoś jeszcze dziś pamięta tę sławę radzieckiej nauki?). Ale to nie Miczurin jest za to odpowiedzialny, a właśnie Humboldt.

Na rybę na rybny targ

Fot. W. GogolińskiMercado Central jest dla każdego smakosza obowiązkowym punktem zwiedzania Santiago. Można śmiało pominąć Palacio de la Moneda (Pałac Monety – siedzibę rządu Chile), bo i tak nie ma tam żadnych monet, czy Plaza de Armas (Plac Broni – główny plac miasta), ale Mercado Central zaliczyć trzeba.
Warto przejść wąskimi targowymi alejkami, podziwiając sprzedawane ryby i owoce morza. Taki spacer to dobra inspiracja do wyboru menu, jako że większą część targu zajmują dziś knajpki podające właśnie lokalne ryby oraz frutti di mare.
Warto spróbować chilijskiego łososia, w większości pochodzącego z naturalnych łowisk, a nie z łososiowych farm norweskich fiordów. Grzechu warte są też przegrzebki – czyli muszle św. Jakuba; zapiekane są tutaj w glinianych naczyniach wraz z parmezanem. Dla amatorów z grubszym portfelem polecam zawsze świeże langusty. Choć są dość drogie jak na lokalne warunki, zapłacimy za nie połowę cen francuskich czy włoskich.
Mercado Central sprawuje jeszcze jedną ważną funkcję w życiu Chilijczyków. Każdego ranka, zaraz po otwarciu targu, na wielu stoiskach parują olbrzymie gary ze świeżo ugotowaną zupą rybną. Każdy kto zna życie, wie, jak cenny jest taki wywar po całonocnych „rozmowach handlowych”. To cudowne remedium na problemy gastryczne „następnego dnia” i to wcale nie ze względu na zawartość kwasów omega w rybach morskich.

Fot. W. GogolińskiGotowanie na słońcu

Ostatnią doliną przed pustynią Atacama jest dolina Elqui. Aby się tam dostać, trzeba jechać około 500 km autostradą Panamericana na północ od Santiago. Można również ten dystans przemierzyć samolotem (do lotniska w La Serena); w Chile jest bardzo rozwinięty wewnętrzny transport lotniczy. Dolina Elqui jest matecznikiem pisco, chilijskiego destylatu winnego, który – niestety – poza Chile i Peru jest bardzo mało znany, choć na to z pewnością zasługuje. Ale nie dla pisco tu przyjechaliśmy.
Na samym końcu doliny, gdzie uprawę winorośli powoli zastępują liczne tu obserwatoria astronomiczne, znajduje się mała i niezbyt imponująco wyglądająca wioska Villaseca, a w niej kilka dobrze prosperujących restauracji solarnych. Cóż to takiego? To miejsca, gdzie jedynym źródłem energii wykorzystywanym do gotowania potraw jest energia słoneczna. Robi się to w bardzo prostych do tego celu przygotowanych solarach. Nawet woda na herbatę jest gotowana w czajniku wiszącym nad lustrzaną czaszą koncentrującą w nim odbite promienie słoneczne, co utrzymuje cały czas wodę w stanie wrzenia.
Menu jest proste i krótkie. My zdecydowaliśmy się na koźlinę gotowaną w sosie własnym z dodatkiem lokalnych ziół. Na wstępie zaś zjedliśmy tzw. casuelę zachwalaną nam jako lokalną specjalność. Okazała się ona zupą przypominającą nasz rosół.
Warto wiedzieć, że idea powstania restauracji solarnych w dolinie Elqui jest częścią rządowego programu aktywizacji zawodowej bezrobotnych kobiet w tym regionie. Koncepcja techniczna została opracowana na politechnice w Santiago, a pożyczki na założenie lokali wyłożył lokalny rząd. Ach – gdyby tak ktoś chciał w podobny sposób zaktywizować zawodowo nasze bezrobotne panie na Kurpiach czy Kujawach, pomyślałem.
Dolina Elqui jest znana w świecie jako popularne miejsce lokalizacji obserwatoriów astronomicznych. Tutaj niebo jest najbardziej przejrzyste na świecie, a chmury zdarzają się najwyżej kilka dni w roku. Dla turysty atrakcją są hotele czy motele, w których sypialnie mają rozsuwany dach, a każda zaopatrzona jest we własną lunetę-teleskop, by w ciszy nocnej – po zdrowym koźlaku z kuchni solarnej zakropionym właściwą ilością pisco – oddawać się obserwacji nieba: Krzyż Południa, Droga Mleczna, Obłok Magellana…

Wracamy nad Pacyfik

Fot. P. GąsiorekPrawda o kuchni chilijskiej jest taka, że najlepsze rzeczy pochodzą jednak z morza, a właściwie z Oceanu Spokojnego. W drodze powrotnej z Elqui zajeżdżamy więc do Guanaqueros – małego nadmorskiego kurortu. Tu swoją małą knajpkę Molokai prowadzi Elisabet Opazo. Pochodzi ona z Santiago, zmęczona pracą biurową w szklanych wieżowcach postanowiła kilka lat temu przenieść się nad Pacyfik i zacząć gotować. I to jak!
Naprawdę warto przemierzyć 400 kilometrów z Santiago, by spróbować jej kuchni. Na początku bierzemy ostrygi i krewetki w ostrym sosie pil-pil (ostiones y camarones al pil-pil – cena 24 zł). Są superświeże, dzisiaj rano zaprzyjaźnieni rybacy wyjęli je z wody, sos ostry, ale z czuciem. Potem wspólnie rzucamy się na paellę marinera na winie sauvignon blancjedna z najbardziej rozpowszechnionych na świecie białych ... (...) od Tamayi z lokalnymi ziołami (paila marinera en sauvignon blanc y finas herbas – 25 zł).
Jako danie główne wybieramy rybę z grilla w sosie polinezyjskim. Warto pamiętać, że Wyspy Wielkanocne leżące w Polinezji należą do Chile, stąd wiele chilijskich dań czerpie z tamtej tradycji. W tym przypadku sos zrobiony jest na bazie mleczka kokosowego i sauvignon blanc (pescado de peña grille con salsa polinesico – cena ok. 30 zł).
Potem był jeszcze deser oraz mocne postanowienie, by tu jeszcze wrócić i wypróbować inne dania z kuchni Elisabet Opazo.

Państwo kontrastów

Przemierzając Chile, odnosi się wrażenie, że mamy do czynienia z dwoma krajami. Bogatym, nowoczesnym – ze świetną kuchnią czerpiącą inspirację z różnych lokalnych źródeł, i drugim – gdzie dominują ludzie na niskich stanowiskach, często kolorowi, dla których fast foody to szczyt marzeń kulinarnych. Wzdłuż całego kraju ciągnie się nowoczesna autostrada Panamericana. Aby coś tutaj zjeść, trzeba się nie lada wysilić, bo poziom gastronomii i higieny przypomina początki polskiej gastronomii przydrożnej organizowanej w starych autobusach PKS.
Jedno jest pewne – trudno się w Chile nudzić.

Więcej o Chile na:

Górzysta, płaska kraina

Tam, gdzie pieprz rośnie różowy

Szczęście zanlezione w winnicy