Stromo i pięknie

artykuł ukazał się w wersji drukowanej w „CW” nr 93, czerwiec – lipiec 2018

malownicze winnice w Styrii | fot. archiwum Weingut Wohlmuth | zobacz całe zdjęcie

Austriacka Styria i sąsiednia Słowenia to pogranicze, gdzie można zgubić serce. I wielu to się przytrafia. Wątpię, by ktoś na tym ucierpiał. Jednak ci, którzy zajmują się winem, tracą i serce i głowę. To rejon, gdzie rodzą się najlepsze wina z odmiany sauvignon blancjedna z najbardziej rozpowszechnionych na świecie białych ... (...). I nic tego nie zmieni.

The Art of Wine. Down to Earth – spotkanie dla profesjonalistów z branży winiarskiej.

Na etykietach win rodziny Wohlmuth i wszelkich materiałach promocyjnych pojawia się stały punkt, określenie „Weingut(niem.) winnica, gospodarstwo winiarskie.Termin odnosi się ... (...) Anno 1803”. To miłe, bo to tak odległe czasy, kiedy nie było jeszcze nawet Austro-Węgier, nie mówiąc, o tym, że sama Styria stanowiła jeden organizm na mapie. Dziś lwia jej część leży w Słowenii, a na wąskich dróżkach pogórza jeszcze kilkanaście lat temu stały wozy bojowe austriackiej armii, chroniące unijne włości. Dziś budzi to uśmiech na twarzach pamiętających dobrze tamte czasy. Doszło nawet do tego, że w sposób naturalny (tak jak było kiedyś) połączono niektóre riedy, czyli leżące po obu stronach granicy naturalne parcele. Zaś wiekowe niekiedy klapotetze – tradycyjne wiatraczki (kłapaczki) na kijach, służące do odganiania ptactwa – znowu robią to dla obu krajów.

Już jednak na początku XIX wieku działała tu niezwykle ważna postać w winiarskim świecie Styrii (i całej dzisiejszej Słowenii) – arcyksiążę Jan Habsburg, brat cesarza Franciszka I, który w roku 1822 kupił posiadłość niedaleko miast Pekre i Maribor (po jego śmierci nazwaną Meranovo, od nazwy miasta Meran w Styrii, gdzie go pochowano). Arcyksiążę bardzo interesował się sprawami rolnymi i hodowlanymi w krajach alpejskich, gdzie głównie administrował. Założył m.in. pierwszą nowoczesną szkółkę winiarską w tej części Europy, z której korzystali okoliczni chłopi, i to jego uważa się za ojca styryjskiego sauvignon blanc.

Ta data – 1803 – w samej Austrii nie jest aż tak bardzo ważna, ważna jest na rynkach zagranicznych, bo podkreśla, że nie mamy do czynienia z nowicjuszami. Jednak Austria (ta jakościowa) nie odwołuje się aż tak daleko, bo producentom bardziej zależy na skojarzeniu z nowoczesnością i najnowszymi technologiami.

Gerhard Josef Wohlmuth | fot. archiwum Weingut Wohlmuth
Niemniej tutaj wszystko podporządkowane jest podkreślaniu wielopokoleniowej, rodzinnej ciągłości – mimo że obecnym szefem interesu jest może czterdziestoletni Gerhard Josef Wohlmuth, to jego tata, Gerhard, jest wymieniany zawsze na pierwszym miejscu. Mają takie same funkcje w winiarni i w winogradach, ale – jak wnoszę po kilku odwiedzinach – ojciec jest zawsze na miejscu, a Gerhard Junior musi dzielić codzienne zajęcia ze światem. Co w sumie jest dziwne, bo wina obu majstrów mówią same za siebie i nie każde z nich można kupić od ręki. Jednak kalendarz światowych zajęć młodszego z Wohlmuthów, który znalazłem w internecie, jest przerażający – każdy miesiąc to kilka degustacji do obsłużenia, Austria, Holandia, Belgia, Niemcy, Wielka Brytania, Skandynawia… Teraz staje się jasne, dlaczego tata musi być na co dzień w winiarni. Dla porządku jest jeszcze babcia (Seniorchefin!) oraz mama i żona – administracyjne i logistyczne podpory całości. Ten podział jest tutaj bardzo ważny, bowiem winiarnia produkuje rocznie 260–320 tysięcy flaszek wina, co w Austrii jest liczbą gigantyczną, zaś w malutkiej Styrii to poziom astronomiczny – dodajmy tylko, że Południowa Styria liczy raptem półtora tysiąca hektarów!

Na marginesie: w Styrii nomenklatura winiarska jest bardzo ważna. W pozostałych regionach Austrii winiarz powie o sobie z dumą „winzer”, czyli ten, który robi winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...), winemaker(ang.) twórca, kreator wina.Termin szeroko określający os... (...). W dalekiej, górzystej Styrii, gdzie niegdyś prości ludzie nigdy nie bywali nawet w Grazu, o Wiedniu nie wspominając, termin „winzer” oznacza bezrolnego parobka winnego, który swego czasu najmował się okresowo i nieodpłatnie do roboty w winnicy u gospodarza. Za miejsce do spania i miskę strawy. Stąd do dziś jest to tu określenie nieco pejoratywne – każdy winiarz powie o sobie „weinbauer” – czyli gospodarz, który ma winnicę.

Ojcowie i dzieci

Jakościową wielkość Południowej Styrii zbudowali wielcy ojcowie-założyciele, jak choćby Manfred Tement czy Alois Gross. Jednak akurat w tych dwóch wytwórniach pałeczkę przejmuje teraz nowe pokolenie winiarzy, synowie i córki, więc świat nieco wstrzymał oddech w oczekiwaniu na wina, które w całości wyjdą spod ich ręki. Ojcowie co prawda pilnują, ale młodzi są narowiści. To trudny moment, bowiem z jednej strony trzeba się trzymać winno-rodzinnej tradycji owianej światową sławą, z drugiej młodzi po najlepszych szkołach winiarskich chcą pokazać własne oblicze, swój styl, zaznaczyć swój teren.

U Wohlmuthów ten proces się już dokonał, a dokładnie dokonuje się w sposób płynny. W dodatku od kilku lat pracują w całkowicie nowej winiarni.

Rodzina gospodaruje na wielu parcelach (łącznie 60 hektarów) leżących na wysokości 400–600 m n.p.m. Jedyne, co można o tej wystawie powiedzieć, to to, że widokowo zapiera dech w piersiach. Jednak dla rolników stanowi kłopot: w wielu miejscach praca koncentruje się na wciąganiu maszyn na linach i spuszczaniu nimi gronowego urobku w koszach. „Nachylenie dochodzi do 90 procent. Mamy jeden z najwyższych nakładów pracy w stosunku do powierzchni winogradu na świecie. Średnio wychodzi nam, że jednemu hektarowi poświęcamy 1200 godzin rocznie…” – mówi z uśmiechem Gerhard Junior. Mówi z uśmiechem, bo w ogóle jest człowiekiem pogodnym, ale kiedy jeździmy po winnicach (tam, gdzie się dojechać da), to żołądek podchodzi mi do gardła. Znacznie lepiej wygląda to z oddali, myślę w duchu.

„Alles, nur nicht einfach” – to rodzinne motto, trudno przetłumaczalne, ale oddające ducha Wohlmuthów. To coś w rodzaju: „Cholera, nie wszystko w życiu jest łatwe”. Dlatego też przy nazwie każdego podawanego do degustacji wina zaznacza się również ów stopień nachylenia parceli, by choć trochę uruchomić wyobraźnię oceniającego.

praca w winnicach rodziny Wohlmuth | fot. archiwum Weingut Wohlmuth

Krzewy zapuszczają się tu często z korzeniami na 6–7 metrów w głąb ziemi. Nie tylko z powodu nachylenia terenu, także po to, by zdobyć cokolwiek do jedzenia i picia na tych jałowych, pokrytych najczęściej łupkami ziemiach.

Dla mnie – choć nie wszyscy to lubią – absolutnym ajatollahem wśród win Wohlmuthów są sauvignon blanc z parceli (Ried(aut.) parcela, odpowiednik francuskiego cru. Jest to wydzie... (...), cru(fr.) zbiór, obszar uprawy, parcela, działka.Przeważnie n... – jak kto woli) Hochsteinriegl, którym rodzina rozporządza monopolistycznie (całe cru należy do nich). Nigdy nie bawię się w takie rzeczy, ale tu muszę uczynić wyjątek i przetłumaczyć, choćby częściowo starą nazwę parceli. „Hoch” – to wyskoki, „stein” – to kamień, zaś „riegl” – to po styryjsku „dramatycznie spadzisty”. I wszystko jasne! Wiemy, z czym mamy do czynienia. Miejsce to zresztą dla rodziny szczególne – tam od dziada pradziada działała rodzinna winiarnia i właśnie stamtąd przeprowadzili się do nowych budynków w Kitzeck im Sausal – najwyżej położonej gminy winiarskiej w Austrii.

Z owocami z Hochsteinriegl Wohlmuthowie postępują dość bezceremonialnie – długo macerują całe kiście, do skutku czekają na spontaniczną fermentację, która odbywa się w otwartych, dębowych zbiornikach. „Tak postępowali moi przodkowie, tak robimy i my, nie boimy się utlenienia, bo jesienią jest tu już chłodno, prawie sterylnie. Jesteśmy winiarnią organiczną, ale nasze postępowanie nie stąd się bierze – to już efekt moich doświadczeń” – twierdzi Gerhard Junior.

Może i tak, ale dlaczego ja to wino tak cholernie lubię? To proste – jest to jedyny sauvignon blanc, które na wejściu mylę z rieslingiem. Pirazyn nie czuć, dojrzewając w beczce wino buduje bukiet kwiatowo-owocowy z wyraźnym niuansem marylkowym (czyli – morelowym) oraz innych dojrzałych owoców pestkowych i egzotycznych.

I taka właśnie jest rodzina Wohlmuthów i ich wina. Do każdej działki podchodzą osobno, przy każdym winie stosują inną, starą technikę (cieplejszy rok – krótka maceracjaekstrakcja na zimno substancji smakowych, aromatycznych, gar... (...); zimny – długa itp.). Dla nich każde wino jest osobnym bytem, który pielęgnują i wspierają. Wina do najtańszych – niestety – nie należą. Mimo to warto podjechać do Kitzeck, by podegustować, ale też zobaczyć te widoki, które towarzyszą wzrastającym krzewom.