L’Ermita – skąpana słońcem samotnia

Artur Boruta27.01.2011 16:17

Trzy kwadranse temu zniknęły ostatnie światła na przedmieściach Barcelony, a teraz na próżno szukać wzrokiem oznak cywilizacji. Wiele lat temu żyła tutaj grupa mnichów, którzy zapoczątkowali uprawę winorośli. Teraz w ich miejsce pojawili się nieliczni winogrodnicy-maniacy. Katalończycy.

Droga kręta i niemal pusta. Dla motocyklisty idealne warunki do delikatnego szaleństwa związanego z przyjemnym wyrzutem adrenaliny do organizmu. Miejscem tym jest Priorat.

Droga delikatnie się zwęża, choć asfalt pozostaje nadal gładki jak stół. Wokół zaczynają wyrastać z ziemi ogołocone z zieleni skaliste wzgórza i masz wrażenie, że wjechałeś w wysokie góry. Ale ich prawdziwa wysokość to niewiele ponad 700 metrów nad poziom morza. Zawsze wyraźnie widoczne, skąpane rześkimi promieniami słońca. Słońca, które tylko raz dane mi było zobaczyć w tym miejscu przysłonięte. Kilka lat temu podczas… zaćmienia przez księżyc.

Fot. Bodegas Álvaro PalaciosZawsze gdy pojawiam się w tej okolicy, wielkie wrażenie robi na mnie wzgórze, na którym posadowione jest miasteczko Gratallops. Widoczne z daleka kamienne budynki i ulice są zazwyczaj równie puste jak cała okolica. Ilekroć przejeżdżam główną trasą obok bodegi Álvaro Palaciosa, niemal zawsze pomijam zjazd do tego niewidocznego z daleka miejsca – niedowierzając, że to właśnie tam powstaje jedno z najlepszych win świata. Gdy jesteśmy większą grupą, wsiadamy do kilku samochodów terenowych i objeżdżamy winnice. Trudno tam dotrzeć piechotą. Z duszą na ramieniu wjeżdżamy terenówkami na półki skalne. W czasie zbiorów można też pojechać do winnicy wraz z winogrodnikiem i jego osiołkiem. Warunki do uprawy są tutaj tak trudne, że nie sposób wykorzystywać nowocześniejszych pojazdów i narzędzi.

Trudno pozyskać chętnych do zbiorów. Gron jest niewiele, każde na wagę złota, a dostać się do nich ciężko. Gdy zbiory dobiegną końca, okaże się, że owoców jest tak mało, że ich moszcz wypełni zaledwie kilka beczek. To powód, dlaczego Álvaro prawie wcale nie wynajmuje obcych ludzi do pracy w winnicy. Kiedyś zdarzyło mi się czekać pod zabudowaniami firmy, aż pracownicy biurowi wrócą z pola, ze zbiorów – z powrotem przed ekrany komputerów…

Álvaro nie lubi przyjezdnych. Nigdy jednak nie odmówił nam poczęstunku i degustacji, zawsze chwaląc się najciekawszymi próbkami beczkowymi L’Ermity lub Finki Dofi. Ale nie każdy ma szansę na taką degustację. Wina jest po prostu zbyt mało… Dzięki Bogu, Palacios rozwija swoje przedsięwzięcia także w innych częściach kraju!

A jaki jest sam mistrz, Álvaro? Bywa apodyktyczny. Jest zwariowany na punkcie wina, potrafi godzinami roztrząsać drobiazgi. A przy tym jest diabelnie precyzyjny. Przywiązuje szczególną wagę do detali. W bodedze musi panować sterylny porządek. A preferowany przez niego minimalistyczny styl ma za zadanie uwypuklać najwspanialsze cechy całego przedsięwzięcia. Takie są etykiety jego win, opakowania, materiały reklamowe – tylko wina zadziwiają olbrzymią ekspresją.

W tę filozofię idealnie wpisuje się budynek pobliskiej przydrożnej kaplicy, a obecnie zamkniętej dla obcych zakonnej samotni, od której nazwę wzięło najciekawsze wino Palaciosa – L’Ermita.

Gdy w Polsce zima i szaruga, jestem pewien, w El Priorato rześki wiatr smaga uśpione winnice, a na niebie świeci ostre słońce. To tylko dwa i pół tysiąca kilometrów stąd…

 

Wywiad z Álvaro Palaciosem na: Szukam magicznych miejsc

Czas Wina nr 48

Zdjęcia

Twój komentarz
FB