Chcemy wina do obiadu | Blog Roku 2016

wywiad ukazał się w wersji drukowanej w „CW” nr 85, luty – marzec 2017

Radosław Froń | fot. Joanna Pudo
Radosław Froń | paragrafwkieliszku.pl | fot. Joanna (Dulemba) Pudo

Z Radosławem Froniem, autorem bloga „Paragraf w kieliszku” i zwycięzcą w konkursie Blog Roku 2016 naszego magazynu, o całkiem legalnych formach umilania sobie życia rozmawia Justyna Korn-Suchocka.

Nowa edycja konkursu: Winiarski Blog Roku 2018.

W konkursie na Blog Roku 2016 Jury przyznało tytuły:

 

Blog roku 2016

paragrafwkieliszku.pl
autorstwa Radosława Fronia

 

Wyróżnienie

korekodwina.blogspot.com
Katarzyny Józefiak

 

Tytuł specjalny: Pięciolecia Konkursu Winiarski Blog Roku Magazynu „Czas Wina”

Gabrielowi Kurczewskiemu, autorowi bliskotokaju.pl
w uznaniu zasług w krzewieniu wiedzy o regionie tokajskim i nie tylko oraz za zaangażowanie i naukową perfekcję w badaniu związków Tokaju i Polski

 

Blog roku 2016 publiczności

w głosowaniu internautów zwyciężył blog
kobietaiwino.wordpress.com
autorstwa Stowarzyszenia Kobiety i Winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...)

 

Partnerem konkursu w roku 2016 była winiarnia Château Vartely – producent linii win Individo.

Justyna Korn-Suchocka: Jesteś prawnikiem. Który to kieliszek i czego sprowadził cię na winną drogę?

Radosław Froń: Zaczęło się nie tyle od konkretnego kieliszka, co od idei by – jak mówił klasyk – wiedzieć 10 rzeczy o winie i nie wyjść w towarzystwie na kompletnego ignoranta. Odkryłem przy okazji, że w Polsce też robi się wino, i jak twierdziły internety, bywa ono dobre. Podjąłem wysiłek poznawczy, bez większych ambicji zresztą, i tak około 2010 roku, po stypendium w słowackiej Trnavie Bachus mnie oświecił. W owym czasie najprężniejszym ośrodkiem winiarskim było moje rodzinne Podkarpacie, więc wstąpiłem do działającego tam Stowarzyszenia Winiarzy. Kierowany próżnym przekonaniem, że to i owo już wiem, obsadziłem 5 arów głównie hybrydami, które pielęgnuję do dzisiaj. Ponieważ areał jest jaki jest, stwierdziłem, że będę robił to, co mi się podoba najbardziej, czyli musiaki. W 2013 roku miałem już pierwsze mini zbiory i pierwsze mini wino, które postanowiłem dojrzewać kolejne 36 miesięcy nad osadem, zatem mój musujący seyval blanc jest właśnie tuż przed premierą. Od polskiego wina się zaczęło, a potem już powędrowałem dalej.

W którym kierunku?

Dokucza mi lekkie roztrojenie jaźni w tej sprawie. Sam już nie wiem, czy jestem bardziej blogerem winiarskim czy działaczem, a może jednak winiarzem-działkowcem? Trafiłem do Stowarzyszenia w dość trudnym dla niego okresie, a mój zapał i wiedza okazały się bardzo przydatne. Mniej nawet wiedza prawnicza, wówczas w temacie wina dość nikła. Dziś, gdy Roman Myśliwiec przedstawia mnie jako prawnika tej czy innej organizacji winiarskiej, oponuję – wstąpiłem do Stowarzyszenia jako młody winiarz!

Kolejnym wspólnym z Romanem Myśliwcem projektem była Fundacja Galicja Vitis?

Tu już zostałem wykorzystany jako prawnik, choć będąc członkiem Rady Fundacji, mam również pewien wpływ na winiarskie oblicze jej działalności. Najważniejszą, oczywiście obok Międzynarodowego Galicyjskiego Konkursu Win, aktywnością Fundacji jest Podkarpacka Akademia Wina, projekt edukacyjny, z którego jesteśmy bardzo dumni.

A kiedy sam się przedstawiasz, to jako kto?

Jako przedstawiciel branży prawniczo-rozrywkowej. Klienci do mnie dzwonią i pytają: „Czy ty jeszcze praktykujesz, bo w portalach społecznościowych wyłącznie Twoje zdjęcia z kieliszkiem można zobaczyć?”. Być może powinienem sfotografować się pod jakimś sądem albo w todze, ale to zdecydowanie mniej atrakcyjna stylizacja. Wciąż nie mogę się zdecydować, która jest mi bliższa.

Rzeczywiście, prawo dostarcza wielu rozrywek, choć są chwile, kiedy przestaje być zabawnie.

Kiedy się już ujawniłem w środowisku winiarzy, zaczęto zadawać mi pytania w interesujących środowisko wątkach, o których początkowo miałem raczej mgliste pojęcie. Należało więc zorientować się co i jak, zresztą mnie to również bardzo interesowało jako nadal potencjalnie poważnego winiarza.

Szybko okazało się, że im dalej w las, tym więcej do rozpoznania, bo temat alkoholowy reguluje nie tylko nasze prawo winiarskie czy prawo związane z rynkiem alkoholowym w Polsce, ale również przepisy unijne. To dwa różne porządki, których reguły spotykają się w najmniej przez ludzi z branży lubianym punkcie czyli w słynnej ustawie o wychowaniu w trzeźwości.

Afera krakowska czyli próba ograniczenia ilości punktów sprzedaży alkoholu to efekt działania tej ustawy?

Krakowscy radni wyszli przed szereg, próbując podzielić limity zezwoleń na sprzedaż alkoholu na dzielnice, czego jako przedstawiciele gminy miejskiej zgodnie z prawem zrobić nie mogli, w związku z czym uchwała okazała się w tym zakresie nieważna. Tyle że to powinno wybuchnąć rok temu, kiedy ją przyjęto albo przynajmniej w momencie, gdy weszła w życie. Larum podniesiono dopiero, gdy kilkudziesięciu restauratorów utraciło zezwolenia w swojej dzielnicy. I ta inercja środowiska mnie osobiście najbardziej bulwersuje, choć oczywiście przywrócony stan prawny czyli 2500 punktów sprzedaży w mieście, to nic dobrego. Limit jest za mały i część restauracji zezwolenie utraci – nie wyobrażam sobie, by w eleganckim, nagradzanym w przewodnikach gastronomicznych miejscu, w centrum Krakowa, nie można było napić się wina. Oczywiście prestiż miejsca czy jakość podawanych w nim trunków nie ma tu żadnego znaczenia.

I nic nie można na to poradzić?

Widziałem w Krakowie taki transparent „Chcemy wina do obiadu” – pięknie, ale to, czy w restauracji jest wino, jak się okazało, nikogo nie obchodzi. Święta prohibicja czyli Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych i jej terenowe oddziały mogą rekomendować władzom gminnym zmniejszanie ilości punktów sprzedaży, co ochoczo czynią, a gminy mają taką prawną możliwość, choć nie obowiązek. Taki podszept, podparty argumentem, że przestępczość rośnie z winy między innymi wina, choć nie ma na to twardych dowodów, znajduje posłuch u radnych. No cóż, skoro można sobie wyobrazić, że ktoś wypił o jeden kieliszek Château d’Yquem za dużo i idzie roznosić miasto…

Warszawa pół roku temu świetnie sobie poradziła – skrajnie niekorzystne przepisy oprotestowało Stowarzyszenie Importerów i Dystrybutorów Wina. Uczestniczyli w posiedzeniach komisji, zabierali głos i podawali argumenty: najważniejszy dotyczył zmniejszenia wpływów do stołecznej kasy.

Czyli dobra organizacja nie jest zła. W Twojej biografii, prócz już wymienionych pojawiają się kolejne: Stowarzyszenie Kobiety i Wino…

…okropnie seksistowska organizacja, nie chcą mnie przyjąć! A tak na poważnie, to aktywność tej najbardziej kobiecej z winiarskich organizacji jest imponująca i bardzo cieszy mnie nasza współpraca.

A Polska Federacja Producentów Wina?

Szczerze jej kibicuję jako ruchowi ogólnopolskiemu w założeniu. Żeby jej działania miały sens, potrzebna jest jednak jej powszechność, udział większości z blisko 160 zarejestrowanych w Polsce komercyjnych producentów wina. Spotkanie w Sejmie zorganizowane przez Federację pokazało, że wielu winiarzy nie rozumie, gdzie leży faktyczne źródło problemów. Mimo wcześniejszych ustaleń, w poszczególnych wystąpieniach zaatakowano między innymi tzw. ustawę winiarską…

Bo to zła ustawa jest?

Zupełnie się nie zgadzam. Żaden z przedstawionych w sejmie zarzutów winiarzy tak naprawdę nie odnosił się do jej zapisów. Do ustawy o podatku akcyzowym, do ustawy o VAT czy ustawy o wychowaniu w trzeźwości – owszem. Śmiem twierdzić, że nasza ustawa winiarska czyli Ustawa z dnia 12 maja 2011 r. o wyrobie i rozlewie wyrobów winiarskich, obrocie tymi wyrobami i organizacji rynku wina jest całkiem w porządku i nie w niej należy szukać problemu. Niektórzy tęsknią za regulacjami francuskimi czy niemieckimi – to jest prawdziwa ignorancja, bo nie mając ich apelacji, limitów, kwot na produkcję wina nasi producenci to prawdziwi szczęściarze. I choć powinienem być raczej rozczarowany tym faktem, z satysfakcją stwierdzam, że nie trzeba prawnika, by założyć winiarski biznes w Polsce. Skończyły się już dzikie czasy, gdy urzędnicy łapali się za głowę, widząc hasło „winnica”, a sanepid wybierał się do winiarni, by myć owoce. Wiesz, jest taka stara inżynierska maksyma: działa, nie rusz! Pozwoliłem sobie nawet zaapelować w tym duchu do posłów podczas spotkania w Sejmie.

Błagam, coś powinno ci się nie spodobać jednakowoż!

Choćby prawdziwa afera krakowska czyli nowa interpretacja obowiązującego od 2001 roku prawa dotyczącego zakazu reklamy alkoholu. Ktoś podszedł do niego twórczo twierdząc, że witryna sklepu to także nośnik reklamy, zatem nie wolno w niej pokazywać etykiet, bo reklama alkoholu w Polsce jest zakazana. Trudno pojąć logikę PARPA, twierdzącej tym samym, że niewinny gimnazjalista ulegnie zgubnemu nałogowi li tylko od zerknięcia na wystawę sklepu winiarskiego, gdzie straszy jakaś zacna butelka châteauneuf-du-pape. Albo sprawa sandomierska.

Dużo szerzej nagłośniona.

Tak, pisały o niej największe dzienniki i portale. Ja sam przygotowywałem wpis na blogu nazajutrz od piątej rano, bo sprawa była rzeczywiście emocjonująca. Przerwano degustację lokalnych win w trakcie Święta Młodego Wina w Sandomierzu, oskarżając organizatorów o podawanie wina bez akcyzy. Przepisy jasno stanowią, że to jest czyn zabroniony, tyle że nikt się tym dotąd na tego typu imprezach nie przejmował, co uśpiło czujność, choć słynne określenie: „na potrzeby własne”, dopuszczające częstowanie winem rodziny i przyjaciół, nie obejmuje biletowanej degustacji. Szkodliwość społeczna czynu żadna, a cała akcja, przypominająca nalot na handlarzy amfetaminą, mocno na wyrost.

A czy kupując wino przez Internet, możemy spać spokojnie?

Jako kupujący tak, jako sprzedający, no cóż – znów kłania się słynna ustawa o wychowaniu w trzeźwości. Jej zapisy nie zmieniły się od lat 80-tych, trudno oczekiwać, że będzie sprawnie regulować sprzedaż przy użyciu sieci internetowej. Wciąż funkcjonująs w niej fragmenty o kasetach VHS… Uważam, że póki nie korzystamy z technologii pozwalającej na przesyłanie wina do klienta przez jakiś specjalny modem, nie ma mowy o sprzedaży przez Internet. Sklep z winem w Internecie informuje tylko, co posiada w magazynie czy punkcie sprzedaży, posiadającym oczywiście stosowne zezwolenie.

Spotkaliśmy się na lunchu w miłej, włoskiej knajpce i nie zamówiliśmy nawet kieliszka wina. Co z tym winem do obiadu?

Hańba, prawdziwy upadek obyczaju.