Kontrolowany słowotok blogowy

 

Na początku było słowo, a słowo nie podlegało dyskusji. Tak właśnie wielu zawodowych komentatorów, takich jak ja, postrzegało swoją pracę.

 

Pisaliśmy recenzje, artykuły, książki, a wydawcy je sprzedawali i rozpowszechniali wśród wdzięcznych czytelników. Jedyną ich reakcją na naszą twórczość było stosowanie się do naszych rad, ale i również okazjonalne burczenie na temat naszych domniemanych błędów czy pomyłek. Rzadko jednak zadawali sobie trud, by wysłać do nas bądź do wydawców jakikolwiek komentarz na temat naszych publikacji.

Do niedawna my, specjaliści, cieszyliśmy się statusem niemal wyroczni, któremu to stanowi rzeczy skwapliwie sprzyjali ci, którzy mieli na naszym specjalistycznym polu coś do sprzedania. Tak jak kina oklejone są starannie wyselekcjonowanymi wycinkami z recenzji filmowych, a okładki książek ozdobione cytatami z recenzji literackich, tak magia punktów Parkera przynajmniej jedno pokolenie winiarzy ograbiła z potrzeby robienia czegokolwiek więcej ponad dogadzanie cudzym podniebieniom.

Teraz zaś dostrzegłam eksplozję stron www, blogów, tweetów i internetowych tablic ogłoszeń dających każdemu, kto tylko potrafi klikać, globalny krąg czytelników i możliwość bezkarnego komentowania twórczości innych. Nie trzeba się ani ujawniać, ani nawet podawać swojego imienia czy miejsca zamieszkania. Nagle okazało się, że nasi czytelnicy mogą z nami – specjalistami! – dyskutować.

Dzięki mej stronie internetowej działającej od roku 2000 i przyjmującej komentarze czytelników od roku 2001, miałam dość dużo czasu, żeby zdążyć się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości publikowania online. Wielu jednak moich przyjaciół pisarzy i dziennikarzy, w tym kilku o pozazdroszczenia godnej renomie, wciąż nie może dogadać się ze światem, w którym dosłownie każdy (nawet zaawansowany dyslektyk) może wyrażać publicznie swoje najbardziej skrajne opinie na tematy, które postrzega jako osobiste poletko i ulubionego konika. Nieuregulowana natura sieciowego komentatorstwa ośmiela do krytykowania niektórych starych autorytetów w sposób zjadliwszy, niż by wypadało.

Rozmyślając nad tym aspektem mej pracy, zgodziłam się przyjąć zaproszenie do wystąpienia w charakterze głównej mówczyni na tegorocznej Konferencji Blogerów Winiarskich zorganizowanej w gorącym Charlottesville w Wirginii, czwartym z kolei takim wydarzeniu dla amerykańskich blogerów, mającym swój europejski odpowiednik w podobnym wydarzeniu we Franciacorcie we Włoszech, zapowiedzianym z kolei na październik. Choć osobiście za blogerkę się nie uważam.

Publikuję i piszę o wiele więcej niż przeciętny bloger (patrz strona pełna niusów, recenzji i not degustacyjnych). Działalność blogera jest o wiele bardziej osobista, bo często odsłania czytelnikom jego prywatne życie. Ale aż za dobrze znam uzależniającą naturę internetowej twórczości. To, że nie obowiązują tu limity czasoprzestrzenne (bez większych kwalifikacji możesz pisać, ile zechcesz i kiedy zechcesz, o każdej porze dnia i nocy) i że cokolwiek opublikowanego w sieci może stymulować natychmiastowy odzew, często z drugiego końca świata, oznacza, że my, sieciowi autorzy, nie panujemy nad swoim słowotokiem i wielu z nas pisze codziennie.

Konferencja zdruzgotała mnie swoją naiwną komercyjnością. Nie było sposobu, żeby uniknąć sponsorów wydarzenia. Przybyła tam wprawdzie grupka blogerów entuzjastów, ale znaczną przewagę liczebną mieli tu prześladujący ich handlowcy. Blogerzy sumiennie degustowali i robili notatki na temat każdego podanego im kieliszka, choć to, co w nim się znajdowało, było i tak z góry ustalone bardziej przez organizatorów konferencji niż zasugerowane przez specjalistów czy winomanów. Prawdopodobnie wielu szanujących się amerykańskich wine blogerów rozmyślnie na konferencji się nie pojawiło.

Ucieszyłam się, widząc, że dawne wrogie stosunki pomiędzy pisarzami a blogerami jak gdyby nieco złagodniały. Choć ci pierwsi stanowczo wywyższali się względem drugich, a i drudzy im wtórowali, uważając się za spadkobierców jeśli nie świata, to na pewno cyberprzestrzeni, która w ich odczuciu wkrótce będzie jedyną rzeczą mającą jakiekolwiek znaczenie…

Tłumaczenie: Magdalena Mirecka-Liana

Więcej tekstów Jancis Robinson znajdą Państwo na stronie: www.jancisrobinson.pl