Tropem Witkacego i Malinowskiego

Z zakochaną w Australii Pauliną Młynarską rozmawia Michał Bardel

MICHAŁ BARDEL: Zbiera Pani materiał do książki o Południowej Australii. Będzie tam coś na temat wina?
PAULINA MŁYNARSKA: Kiedy mówimy „Australia Południowa”, to tak naprawdę myślimy od razu: „winnice”. Więc będzie. To jest historia w moim życiu bardzo osobista, trochę zaczarowana, trochę magiczna, trochę karmiczna. Więcej już nic nie dodam, żeby nie wyjść na zupełną wariatkę…

Jak Pani tam trafiła?
Los szczęśliwie zetknął mnie z tym miejscem. I z ludźmi, którzy tam żyją. Poznałam kogoś, bo wsiadłam na przypadkowy statek w Grecji. W efekcie „dopłynęłam”, a właściwie poleciałam… do Adelajdy! Od tamtej pory regularnie tam wracam.
Jadąc, wiedziałam, że będę mieszkać pośród winnic. To bardzo pięknie brzmi: „pośród winnic”, ale trzeba zobaczyć, jakie to są winnice! Jak wielkie obszary zajmują. Szybko się nauczyłam, że kosztowanie wina, picie wina, korzystanie z wina, jest tam rytuałem – nie chciałabym powiedzieć: sportem narodowym.
Na tle pozostałych stanów australijskich Południowa Australia jest bardzo wyjątkowa. Z kilku względów: po pierwsze większość osób, które tam poznałam, szczyci się tym, że nie są potomkami skazańców. Tam w XIX wieku pojawili się…

Fot. Ze biorów P. Młynarskiej… Ślązacy.
Właśnie. Miała tam powstać utopijna luterańska komuna. Pierwsze drzewko winne, najstarsze, które ma dziś 168 lat, zasadził Ślązak. Oni mówią, że to Niemiec, a ja bym zaryzykowała, że to był nasz!
Jest tam oczywiście ogromna liczba napływowej ludności z Włoch i Grecji, są zasadzone przez ich potomków gaje oliwne. I ten nieprawdopodobny zupełnie krajobraz, absolutnie urzekający. Wokół Adelajdy rozciągają się piękne łagodne wzgórza, sięgające brzegu morza. Wystarczy podejść do klifu, żeby zobaczyć setki delfinów wyskakujących z wody. Na tych wzgórzach pasą się doskonale białe baranki – choć mieszkam na Podhalu, pierwszy raz w życiu widziałam takie czyste, śnieżnobiałe barany. Do tego kangury jakoś w te stada baranków wtopione, no i – przede wszystkim – imponująco ogromne winnice. One są w tych ludziach, są częścią życia tych ludzi, a winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) jest tematem równie codziennym, jak we Francji, Włoszech czy w Hiszpanii. Tylko podejście do niego jest zupełnie inne.

Inne niż jakie? Nasze, europejskie?
Największe porównanie mam z Francją, bo tam przeżyłam 10 lat. To było tak: miałam może z siedemnaście lat, kiedy zaproszono mnie na bardzo elegancką kolację w Paryżu. Starałam się wtedy zostać tam aktorką, chodziłam na różne castingi. Tak się złożyło, że już, już brali mnie do filmu – to jakaś ważna rola była – i stąd zaproszenie na kolację. Byłam jeszcze smarkulą, co ja wiedziałam o winie? Tata podawał wino do obiadu, ale mnie zawsze dolewał do niego wody. Kiedy więc moje francuskie towarzystwo odprawiło mszę nad kartą win i wybrało wreszcie odpowiednią butelkę, nalano mi wino do kieliszka, a ja… chlup wody do niego. No i nie dostałam tej roli. Był rok 1987, nie pamiętam, jakie to było grand cru(fr.) zbiór, obszar uprawy, parcela, działka.Przeważnie n..., ale narobiłam sobie strasznego wstydu.
Potem, kiedy odwiedzałam znajomych w okolicach Bordeaux, zawsze dziwiłam się szalenie nabożnemu podejściu Francuzów do wina, temu, jak wielką przykłada się tam uwagę do subtelnego podkreślania różnic klasowych. Oni samych siebie traktują śmiertelnie poważnie. Mając z nimi kontakt, można naprawdę zrozumieć, dlaczego wybuchła rewolucja francuska, a może nawet i październikowa! (śmiech)

W Australii nie traktuje się wina poważnie?
Wino tak, ale siebie już nie. I to jest strasznie fajne. Ludzie, z którymi tam się spotykałam, byli naprawdę zakochani w winie, ale przy tym wyzbyci zupełnie snobizmu, obdarzeni prawdziwą pogodą ducha.

Pojechała Pani do Australii, wiedząc już coś o winie, czy dopiero tam złapała Pani tego bakcyla?
Nie, to Australia tak naprawdę odsłoniła mi cały ten świat. Świat, który kojarzy mi się z serdecznością i swobodą. I niekoniecznie z wielkimi pieniędzmi. Przyznaję, że bardzo lubię na przykład grecką retsinę, a to jest bardzo tanie wino, bo pije się je właśnie w takich zwykłych, codziennych sytuacjach.

Południowa Australia to kawał lądu – trzy razy większy od Polski. Gdzie dokładnie Pani podróżowała?

Dolina Barossy, półwysep Fleurieu. Tamtejszy shiraz – nawet tani – jest dla mnie synonimem szczęścia i miłych chwil. Właściwie wszystkie winnice są tam otwarte dla turystów – można przyjeżdżać i degustować. Australia jest piekielnie drogim krajem, także dla miejscowych. Stąd bardzo wielu Australijczyków wybiera ten rodzaj rozrywki jako sposób na spędzenie miłego popołudnia w sobotę czy w niedzielę. Spotykają się przy wystawionym na zewnątrz stole, przywożą własne jedzenie wielkimi pick-upami wraz z drewnem do kominka…

Co na przykład?
Na przykład skrzynkę pomidorów. Właśnie ze względu na wysokie ceny tam, poza miastami kwitnie towarzyski „handel wymienny”. Każdy ma jakiś ogródek. Jedziemy do znajomych, którzy uprawiają pomidory, więc pakujemy na samochód wiaderko cytryn z naszego ogródka. Ktoś ma winnice, bierze ze sobą parę butelek wina i wraca z paroma kilogramami fig. Pick-upy mają często zamontowane lodówki, więc można wziąć ze sobą także mięso i sery.
Oczywiście winnice miewają swoje restauracje. Jest taka cudowna restauracja u wlotu do parku narodowego Deep Creek Conservation Park – jedno z najbardziej magicznych miejsc, jakie widziałam w życiu. Stary, olbrzymi las eukaliptusowy na wybrzeżu. Restauracja nazywa się Leonard’s Mill i słynie z wybitnej jagnięciny. Można tam przywieźć własne wino – nikt się nawet nie skrzywi.

Co oprócz jagnięciny jadają na Fleurieu?

Jagnięcina długo pieczona to klasyka. Ale dobry obiad australijski składa się z zupy – szczególnie zimą – albo z jakiejś ciepłej przystawki (tu króluje kuchnia śródziemnomorska). Potem wspomniana jagnięcina z pieczonymi warzywami (dużo dyni, ziemniaki, pieczarki, brokuły). Ryba – sporo ludzi łowi świeże ryby na wybrzeżu. Albo wołowina – znakomitej jakości, ze zwierząt, które żyją szczęśliwe, na wielkiej przestrzeni, zamiast w ciasnych i ciemnych zagrodach.

Młodzi Australijczycy piją wino czy raczej piwo?
Oczywiście bardzo wielu Australijczyków pije piwo. Oni uważają piwo za formę aperitifu – co dla mnie było z początku zupełnie szokujące. Często pierwsze małe piwko otwierają już w drodze na przyjęcie. Ale młodzi piją także wino – może nie te najdroższe, szczególnie dzisiaj, kiedy dotarł do nich ogólnoświatowy kryzys. Zwłaszcza podczas australijskiej zimy palą sobie ogniska albo rozpalają grille w pustych metalowych beczkach – chłopaki w czapkach, dziewczyny w butach emu – grzeją sobie ręce i popijają wino. Panuje fajna demokratyczna atmosfera…

To znaczy jaka?

Nie są istotne różnice w pochodzeniu czy zamożności. Dla nich bardziej podniecające jest to, że ktoś jest fantastycznym surferem albo że zdobył pracę w świetnym parku narodowym. Ale nie pieniądze – tym się specjalnie nie chwalą. Oni tam żyją naprawdę blisko natury. Nawet w najbardziej zapyziałym miasteczku, w którym jest jeden pub, piekarnia i poczta, dostaniemy nie tylko bardzo dobre wino (w tym pubie właśnie), ale też pełną informację o tym winie. Nie od sztywnych ekspertów, ale od tych prostych chłopaków ze wsi.
Spotkałam się w Australii z czymś, o czym w ogóle nie wiedziałam, że może istnieć. Anglosaska ogłada i kultura w kontaktach międzyludzkich połączona z gościnnością jak z Polesia. „Przedstawimy cię rodzinie i pojedziemy dalej” – słyszę od moich znajomych. Co to znaczy „przedstawimy cię”? To znaczy, że ja przyjeżdżam, a tam czeka wielki stół uginający się pod jeszcze większym tortem, kuzynka z Queensland, która specjalnie przyjechała zobaczyć zamorską dziennikarkę, i cała rodzina z otwartymi ramionami.

O czym będzie Pani książka?

Zanosi się na reportaż podróżniczy o kraju, w którym się autentycznie zakochałam, o ludziach, ich opowieściach. Ale tak naprawdę punktem wyjścia jest dla mnie słynne spotkanie Malinowskiego i Witkacego. 8 sierpnia 1914 roku panowie znaleźli się w Adelajdzie, a później ja w tym samym hotelu, w tej samej restauracji, nad kieliszkiem wina próbuję zrozumieć ich gwałtowne rozstanie.

Tropi Pani ich ślady?
Bardziej Malinowskiego, bo Witkacy zaraz potem pojechał do Rosji, żeby się zaciągnąć do armii carskiej. Na uniwersytecie w Adelajdzie nazwisko Malinowskiego jest bardzo prominentne. Jego badania nad kulturą Aborygenów są klasyką. A ponieważ ja piszę także o Zakopanem – teraz kończę drugą książkę – te nitki jakoś mi się razem schodzą. Próbuję sobie wyobrazić, co zobaczyliby obaj przyjaciele, gdyby pokonali tę samą trasę, co ja dzisiaj. Gdyby Witkacy był mniejszym pesymistą i nie zwiał zaraz z Australii.
Myślę często, że Australijczykom udało się wycisnąć kwintesencję tego, co w naszej Europie, ojczyźnie straszliwych wojen, zostało gdzieś zapomniane. Wyciągnęli ze swojej przeszłości to, co Europa ma najpiękniejszego: wino, dobry chleb, zdrowe, jakościowe jedzenie. Tam się do tego przywiązuje ogromną wagę. Ci ludzie zadają sobie wiele trudu, żeby nie jeść świństw. Są bardzo aktywni fizycznie: pływają, surfują, bardzo wielu jeździ konno.

Winiarze, i nie tylko zresztą oni, borykają się tam jednak z paroma poważnymi problemami…
To prawda. Bardzo droga jest na przykład elektryczność. Zimą, kiedy dni są bardzo krótkie, w domach świeci się jedna, dwie żarówki – tam, gdzie dziecko odrabia lekcje, albo gdzie się gotuje. Wszędzie indziej są świeczki, lampki oliwne. To jest zresztą niezwykle nastrojowe.

Mniej nastrojowy jest brak wody pitnej.
O tak. Istnieje ryzyko, że Adelajda za chwilę zostanie bez wody. Wodę dla miasta pozyskuje się z rzeki Murray. Poza tym odzyskuje się deszczówkę z ogromnych zbiorników. W winnicach jest tak, że toaletę spłukuje się wodą doprowadzoną z brudnawego strumyka, do mycia i picia używa się natomiast deszczówki, w tym drugim przypadku filtrowanej. To oczywiście nie rozwiązuje coraz poważniejszego problemu nawadniania gigantycznych winnic.
Kolejny problem to pożary buszu – zupełnie niewyobrażalne. Rozmawiałam o tym z tamtejszymi strażakami. Opowiadali mi o Fire Shadow – ogniu, który idzie szybciej, niż jesteśmy w stanie obrócić głowę. Trwa narodowa dyskusja, czy wracać do aborygeńskiej metody kontrolowanego przepalania lasów – ingerować czy nie ingerować w naturę. Od tysięcy lat bowiem Aborygeni wypalali strategiczne tereny, przepędzając zwierzęta w inne miejsca – co ułatwiało im polowanie. W ten sposób powstawały pasy zaporowe dla ognia, bo co się raz spaliło, już ognia nie przeniosło.
Oni mają tam wiele problemów cywilizacyjnych, ale – znów inaczej niż Francuzi – nigdy nie narzekają. W tamtej kulturze mieć problem i nie umieć sobie z nim poradzić, to jest straszny obciach. Są szalenie samowystarczalni. I pragmatyczni. Zapytałam kiedyś mojego przyjaciela, jak on to tłumaczy, że są dla siebie tacy mili, że nieznajomi kierowcy się pozdrawiają przy mijaniu. – To jest bardzo proste – odpowiedział. – Tu nie ma zasięgu komórki i za pięćdziesiąt kilometrów ten facet może być jedynym człowiekiem, który będzie mi w stanie udzielić pomocy na drodze…

Zostało tam coś z prawdziwie pruskiej kultury?
Ojciec jednego z moich przyjaciół bardzo się ucieszył, że wreszcie spotkał kogoś, kto wie, co to jest kiszona kapusta…

Udaje się tam ją zrobić?
W każdym razie można kupić. W Adelajdzie jest cudowny legendarny bazar, gdzie niedrogo można kupić produkty z całego świata. Australijczycy kupują tam polskie ogórki kiszone, które uwielbiają. Pamiętam, jak jeden z pracujących w parku narodowym Aborygenów roztkliwiał się nad smakiem polskiej kiełbasy!

Czego Pani najbardziej brakuje tu, w Polsce, po powrocie z antypodów?
Uwielbiam w Australii wieczory przy ognisku, wśród przypadkowych ludzi, którzy po kilku kieliszkach wina zaczynają niezwykłe opowieści o sobie i swoich rodzinach. Bo na pytanie: „skąd jesteś?”, każdy ma osobną, niezwykłą, egzotyczną historię. Zaczynam rozmowę z parą Australijczyków, a po chwili już nie rozmawiam z Australijczykami. Rozmawiam z na wpół Czeszką, na wpół Węgierką i z Aborygenem irlandzkiego pochodzenia. Rozmawiam z ich babciami i dziadkami, skazańcami, podróżnikami, awanturnikami, łobuzami! To fascynujące doświadczenie słuchać tych opowieści pod niesamowitym czystym niebem, w obłędnym starożytnym lesie, gdzie wciąż jeszcze są miejsca nietknięte ludzką ręką.

 

Paulina Młynarska
aktorka, dziennikarka, pisarka i prezenterka telewizyjna. W TVN Style prowadzi program Miasto Kobiet. Ostatnio wydała książki Zakopane odkopane. Lekko gorsząca opowieść góralsko- -ceperska (z Beatą Sabałą-Zielińską) oraz Kalendarzyk niemałżeński (z Dorotą Wellman). Pracuje nad książką-reportażem poświęconą swoim podróżom po Australii.