Wśród muzyki, złota i tulipanów

O winiarni Ironstone pisał już kiedyś mój redakcyjny imiennik Wojciech Gogoliński. Postanowiłem dołożyć jeszcze swoje trzy grosze na temat tego miejsca.

Fot. Wojciech GiebutaNie dlatego, żeby Wojtek nie napisał wszystkiego, ani tym bardziej nie dlatego, że miałby napisać to nie dość dobrze – wręcz przeciwnie – tekst świetny. Po prostu to miejsce tak mnie urzekło, że i ja zapragnąłem podzielić się swoimi wrażeniami.

Posiadłość Ironstone położona jest nieopodal miasteczka Murphys u stóp gór Sierra Foothills, z dala od słynnych winnic kalifornijskiego wybrzeża. Ta dość cicha i zapomniana przez większość bogów okolica kiedyś tętniła życiem. W drugiej połowie XIX wieku Kalifornię, a wraz z nią cały świat, ogarnęła gorączka złota. Tysiące imigrantów ze Stanów, Europy i Azji przybywało w te strony, by odnieść sukces szukając złota. I znajdowali. Dopóty, dopóki złotonośne złoża nie wyczerpały się i coraz trudniej było o jakikolwiek samorodek z cennego kruszcu. Jak szybko przyjechali, tak szybko wynieśli się stąd poszukiwacze złota i przygód. Zostały opuszczone kopalnie, puste osady i… mnóstwo ziemi, którą teraz można było kupić za bezcen. Kilka dekad później pojawiła się w okolicy rodzina Kautz, która miast złota postanowiła szukać szczęścia w winie. Okazało się, że bóg winnej latorośli został w tym miejscu i pomógł pionierom.

Kwiaty w winnicy
Fot. Wojciech GiebutaNa werandzie powitał nas Kurt Kautz – współwłaściciel całego przedsiębiorstwa. Wraz rodzicami oraz trójką rodzeństwa jest on właścicielem posiadłości oraz 5 tysięcy akrów winnic w apelacjach Lodi i Sierra Foothills. Plasuje to firmę wśród dziesięciu największych plantatorów winorośli w Kalifornii. Początkowo rodzina nie robiła własnego wina, a dostarczała jedynie winogrona wielkim przetwórniom. W 1988 roku do Murphys został ściągnięty wielokrotnie nagradzany enolog Steve Millier, który miał rozpocząć produkcję wina z owoców pochodzących z najlepszych działek należących do rodziny. Wkrótce został zakupiony kompleks starej kopalni złota, którą przystosowano do wymogów winifikacji. I tak rozpoczęła się współczesna historia winnic Ironstone.
Tym, co natychmiast zwróciło naszą uwagę po przybyciu na miejsce, były wszechobecne kwiaty. „Staramy się, by nie brakowało ich przez cały rok – opowiadał nasz gospodarz – wiosna to czas tulipanów. Łącznie mamy tu około trzech, może czterech tysięcy kwiatów z kilkudziesięciu odmian”. Faktycznie kwiaty były wszędzie, na klombach i rabatach, w donicach na tarasie i w oknach, w starych wiadrach i korytach w muzeum poszukiwaczy złota, nawet z zawieszonych pod okapem starych bańkach na mleko. Zachwyceni zaczęliśmy wędrować po tej ukwieconej krainie. Cudownie gościnne miejsce było doskonałą odmianą po wymuskanych nieco winiarniach Sonomy i Napy.

Tajemniczy instrument
Ironstone to spory, zatopiony wśród zieleni kompleks. Jest tu muzeum, sale degustacyjne, sklep oraz spora restauracja mogąca pomieścić sto kilkadziesiąt osób. Dzięki temu, że wszystkie budowle – i te stare, odrestaurowane i nowe – wybudowane są z drewna, pięknie komponują się z otaczającą całość dziką przyrodą. Wyjątkowe wrażenie zrobiła na nas niewielka sala koncertowa. Jedna z jej ścian przysłonięta jest od sufitu po podłogę żaluzjami, które skrywają niezwykły instrument. Są to organy pochodzące ze starego teatru w Sacramento. Po jego zamknięciu trafiły do kościoła baptystów, a gdy ten z kolei przeznaczony był do rozbiórki – liczący ponad tysiąc piszczałek instrument został wystawiony na sprzedaż. Wtedy właśnie kupili go właściciele winiarni i zainstalowali w specjalnie rozbudowanej w tym celu auli. Ze względu na wielkość sali prospekt nie wygląda tak jak typowe organy. Poszczególne piszczałki „upchane są” jedna obok drugiej, gdzie tylko było miejsce.
Fot. Wojciech GiebutaZaproszeni na prywatny koncert usiedliśmy tuż przed instrumentem, który naraz huknął mnogością głosów bachowskiej fugi. Jeżeli ktoś miał kiedyś okazję posłuchać wielkich koncertowych organów stojąc tuż przed nimi, wie jakie to wrażenie. Potężny dźwięk rozlewa się wokół nas, powietrze wibruje, a podłoga drży od basowych dźwięków, których nie powstydziłaby się niejedna dyskoteka. Tak właśnie brzmiał Bach gdzieś daleko w Kalifornii.
Zauroczeni grą i zafascynowani instrumentem chcieliśmy poznać wykonawcę i zobaczyć stół gry czyli potężne klawiatury, przełączki, przyciski, pedały za pomocą których można wydobyć te potężne brzmienia. Jakież było nasze zdziwienie, gdy z boku, za niepozorną kotarą, zobaczyliśmy biurko z monitorem i klawiaturą. Okazało się, że na organach gra komputer. Oczywiście dźwięk był naturalny, pochodzący z powietrza przepływającego przez poszczególne piszczałki, natomiast o tym, w którym momencie i na jak długo należy je otworzyć lub przysłonić, decydował program i elektroniczny system. „Skąd mieliśmy wziąć organistę w tym miejscu? – tłumaczył nam Kurt – gdyby nie komputer, takie koncerty można by tu usłyszeć co najwyżej kilka razy w roku. A tak, proszę bardzo. Możecie posłuchać, czego dusza zapragnie”. I pokazał na monitorze listę zaprogramowanych utworów. Cała klasyka – Bach, Mendelssohn, Liszt, Mahler, a nawet Andrew Lloyd Webber z jego organowym motywem z Upiora w operze.
Po wysłuchaniu kilku kolejnych utworów żaluzja została zasunięta, a sala koncertowa znów zamieniła się w sympatyczną restaurację, w której po chwili został podany obiad oraz wyśmienite wina. Urzeczeni muzyką nie zapomnieliśmy przecież, że wina to najważniejszy powód odwiedzenia Ironstone. Próbując kolejnych potraw i degustując kolejne cabernety i zinfandele spoglądaliśmy jednak ukradkiem na drzemiący w końcu sali potężny instrument.