Z Cafayate do Krakowa tylko mały krok

wywiad ukazał się w wersji drukowanej w „CW” nr 93, czerwiec – lipiec 2018

Juan Carlos Romero i Lucía Romero Marcuzzi | fot. M. Bardel
Juan Carlos Romero i Lucía Romero Marcuzzi | fot. M. Bardel

Z Juanem Carlosem Romero, byłym gubernatorem Salty i założycielem bodegi El Porvenir, rozmawia Michał Bardel.

Juan Carlos Romero urodził się w 1950 roku w Salcie – jego ojciec, Roberto Romero, był w latach 80. XX wieku gubernatorem prowincji i wydawcą największego tutejszego dziennika „El Tribuno”. Juan Carlos skończył studia prawnicze i został redaktorem naczelnym gazety, senatorem, a wreszcie także długoletnim (1995–2007) gubernatorem Salty.

Lucía Romero Marcuzzi, córka Juana Carlosa, skończyła studia na uniwersytecie w Buenos Aires oraz w Bordeaux Business School, by od 2012 roku przejąć zarząd nad bodegą El Porvenir.

Zacznijmy od historii Salty – niewiele o niej wiemy w Polsce, Argentynę znamy przede wszystkim od strony Mendozy. Był Pan przez wiele lat gubernatorem tej prowincji, jeszcze dłużej senatorem – co zmieniło się w Salcie przez ostatnie dekady?

Salta była bardzo ważnym miejscem już w czasach kolonialnych. Tu przecinały się szlaki handlowe złota i srebra prowadzące do Peru i Chile. Salta powstała w jakieś 90 lat po odkryciu Ameryki. W okresie pokolonialnym tutejsze społeczeństwo miało swój potężny udział w walce przeciwko Hiszpanom. Zajmowano się tu głównie rolnictwem, górnictwem, wydobyciem gazu i ropy, a dziś do tego dochodzi jeszcze turystyka.

A kiedy zaczęło się winiarstwo?

WinoroślVitis vinifera.. przywieźli ze sobą misjonarze, bo potrzebowali wina do celów rytualnych. Pewnie próbowali sadzić winnice w różnych miejscach, ale sukces osiągnęli głównie u stóp Andów ciągnących się z południa na północ Argentyny. Wiele czasu musiało upłynąć, by producenci wina zaczęli tu myśleć o eksporcie – misje produkowały winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...) na własne potrzeby i ewentualnie zasilały bardzo lokalny rynek. Dopiero dzięki rozwojowi technologii i nowym środkom transportu wino stało się naszym narodowym produktem. A jednak to właśnie w Andach, między Saltą a Mendozą, powstały pierwsze argentyńskie winnice i dziś jeszcze Salta zajmuje w sektorze winiarskim naszego kraju bardzo istotną pozycję – nie tyle, jeśli idzie o ilość, bo tu zawsze wygrywać będzie Mendoza, ale z pewnością jeśli chodzi o jakość.

A co poza jakością wyróżnia wina z Salty wśród pozostałych argentyńskich produktów?

Mamy tu – co najmniej od dwóch dekad, a może i dłużej – dwa ważne argumenty: nowoczesną technologię i unikalne na skalę światową terroir, jak mówią Francuzi. Wynika ono z niespotykanego nigdzie indziej na świecie wyniesienia winnic nad poziom morza, niektórych aż do 3 tysięcy metrów. Owoce dają winu świetną teksturę i równowagę, bo w dzień mocno dogrzewa je słońce, za to nocą bywa tu dość chłodno. Widać to doskonale na przykładzie cabernet sauvignonfrancuska, klasyczna, najbardziej rozpowszechniona i popular... (...), od którego zaczynaliśmy naszą przygodę z winem, oraz torrontesa, smakującego w Salcie dość niezwykle. Potem pojawił się malbecfrancuska odmiana czerwonych winogron uprawianych głównie ... (...), pojawił się tannatJest francuską odmianą czerwonych winogron uprawianych gł... (...) – ten ostatni nie wszędzie w Argentynie udaje się jednako, ale w Salcie zyskuje wyraźnie słodsze taniny…

Dlaczego akurat tu?

Znów z powodu wysokości, ale też dlatego, że nie ma tu zbyt wiele deszczu. Zarówno Urugwaj, jak i południowo-zachodnia Francja są o wiele wilgotniejszymi regionami, co dodaje tannatowi charakterystycznych „kantów”. Tutaj, w o wiele suchszych warunkach, daje wina łagodne, zaokrąglone i jedwabiste.

Jest Pan człowiekiem wielu profesji: prawnikiem, wydawcą, dziennikarzem, politykiem, wreszcie właścicielem winiarni. To Pan ją założył, czy jeszcze Pana ojciec, również słynny polityk i wieloletni gubernator Salty?

I ja, i ojciec (śmiech). Ojciec założył winiarnię, ale w trochę innym miejscu, w Tolombón, w latach 80. ubiegłego wieku. Tam pierwsze kroki w sztuce winiarskiej stawiała moja córka Lucía, całe wakacje spędzając w winnicy dziadka. A była to duża winiarnia, produkowała jakieś 4 miliony litrów wina. Sprzedaliśmy ją jednak tylko po to, by z końcem lat 90. kupić inną, odrestaurować i posadzić nowe winnice, zachowując jednak także sporo starych krzewów. Tą winiarnią, nastawioną na niewielką produkcję wysokojakościowych win, kieruje dzisiaj Lucía. Z każdej odmiany robimy zaledwie kilka tysięcy butelek.

Ile z tego idzie na eksport?

Mniej więcej połowa. W bardzo niewielkich ilościach, ale za to do wielu krajów, ostatnio szczególnie intensywnie kupują nas rynki azjatyckie. Ale bardzo przyjemnie będzie nam dotrzeć także do polskich klientów. Mamy tu ważną rodzinę na scenie politycznej o polskich korzeniach, więc z Cafayate do Krakowa nie jest nam wcale tak daleko… (śmiech)