Piękny i modry?

Marta Śmietana / 23.04.2010 17:04

Na większość miejsc patrzymy przez pryzmat stereotypu. Gdy myślimy Austria – mamy na myśli Wiedeń. A jeśli Wiedeń – to Dunaj. A skoro Dunaj – to rzecz jasna piękny i modry. A nad modrym Dunajem konieczne staje się słuchanie walców Straussa. W słonecznej atmosferze letniej kanikuły.

Jakże to błędne mniemanie! Przekonała mnie o tym wizyta w Austrii w październiku 2009 roku. Zamiast słońca – przejmujące do szpiku kości zimno połączone z pierwszymi opadami śniegu. Chłodnawy ze swej natury Stefansdom wydawał się kojącym ciepłem schronieniem, a rozległe przestrzenie Burgenlandu napawały grozą, gdy przychodziło mi opuszczać tam samochód.

Zamiast zieleni i kwiatów, pola maiły jedynie częściowo oskubane krzaki winogron. Dlaczego częściowo? Bo w tym właśnie czasie przypadło apogeum zbiorów. Winiarze porzucali mnie z przepraszającymi uśmiechami i biegli do swoich polowo-piwnicznych zajęć albo rozmawiali ze mną, ale ich spojrzenia uciekały nerwowo na boki, w szczególności na telefon komórkowy w oczekiwaniu dalszych doniesień z placu boju.

Gerhard Pittnauer, Markus Altenburger lub Fritz Miesbauer – dla każdego z nich nie ma ważniejszej pory niż ta właśnie. Tłumaczyli, że wino powstaje w winnicy i na jego ostateczny kształt ma wpływ cały rok troski i dbałości o krzewy, ale w zasadzie największe znaczenie ma ta jedna, jedyna, ich decyzją określona chwila.

A gdy przychodził wieczór i pogoda nie pozwalała na żeglowanie ani po wspomnianym Dunaju, ani tym bardziej Jeziorze Nezyderskim – wtedy zasiadaliśmy za stołem na krótką chwilę zawieszenia pomiędzy „zebraliśmy już tyle” a „jeszcze zostało tyle i zdążymy zrobić to wtedy i wtedy”. I za tym stołem, czy raczej stołami, odżywał kolejny stereotyp. Bo niektórzy z nas – czy nam się to podoba, czy nie – są rzeczywistymi spadkobiercami jednego cesarstwa. Austro-Węgry na półmisku mówią pełnym głosem o wspólnej historii. Sam zaś kamerdyner Franza Josefa zdaje się podawać knedle, zrazy i mięsne rosoły z kluseczkami.

Wspólną przeszłość czuć silniej, gdy przybywa się z Krakowa. Może i Wiedeń większy, budynki wyższe, a sklepy zdecydowanie bardziej reprezentacyjne – ale w obu miastach można znaleźć lokal, w którym barman powie, że ratowanie życia jest jego obowiązkiem i w przejmujący ziąb pokrzepi nas szklaneczką grzanego wina. Co mnie spotkało w jeden z upiornych, późnojesiennych wieczorów.

Zapewne tylko dlatego jestem w stanie pisać te słowa. I zachęcać: nie zawsze zbiory pozwalają nam zgromadzić ostatnie zapasy ciepła na cały trudny, zimowy czas. Często w tym momencie tracimy to, co udało nam się zmagazynować przez cały letni okres. Ale warto – niezależnie od pogody – być wtedy na miejscu. Gorączka oczekiwania jest tym, co udziela się każdemu obserwatorowi.

A piękny Wiedeń ma jeszcze wiele innych zalet, które można połączyć w bardzo atrakcyjną dla ducha i ciała całość. Dlatego – nie zwlekając – zapraszamy nad Dunaj! Najlepiej za naszym pośrednictwem!

Czas Wina nr 44

Zdjęcia

Twój komentarz