Republika mnichów

Wojciech Gogoliński17.04.2012 12:49

Historia zna różne formy państw religijnych. W jerozolimskiej dzielnicy Mea Szearim ultraortodoksyjni Żydzi żyją według własnego prawa i nie uznają państwa Izrael, choć to ono zapewnia im ochronę. Z grubsza wiemy, jak funkcjonuje Watykan.

Ale w taką historię, jaka zaistniała na przepięknym macedońskim półwyspie Athos, mało kto wierzy. Dopóki sam nie zobaczy.

Od wieków przybywają tu utytułowane głowy różnych państw: carowie, cesarze, królowie, a obecnie także prezydenci (Clinton, Obama, Putin). Kilka tygodni temu przyleciał tu na dwa dni główny szef Coca-Coli z Atlanty. O zdjęciach stąd marzą tysiące zawodowych fotografów, bo na półwysep nie wolno wnosić aparatów fotograficznych. Więc często koczują z teleskopami na okolicznych wzniesieniach, by coś „ustrzelić”. Największym wyczynem jest zrobienie zdjęcia wschodzącego słońca nad Górą Athos.

Lekcja językoznawstwa

Fot. Archiwum TsantaliOd ponad tysiąca lat na półwysep Athos, który zwany jest popularnie Górą Athos (od nazwy najwyższego wzniesienia), przybywają prawosławni mnisi z całego świata. Są też tacy, którzy twierdzą, że pierwsi eremici osiedlali się tutaj już w IV wieku, ale dowodów na to nie ma. Podobnie jak na to, że w czasach największego rozkwitu żyło ich tu 70 tysięcy. Bardziej wiarygodni są ci, którzy tę liczbę dzielą przez pół.
Mnisi przetrwali wszelkie możliwe krucjaty, wojny, próby nawróceń, panowania różnych bałkańskich władców, a nawet turecką dominację nad Grecją, choć z czasem musieli się coraz hojniej odpłacać sułtanom za swój spokój. Sytuacja ta jest o tyle niebywała, że choć Góra Athos leży w integralnym obszarze Grecji, jest to samodzielny, wydzielony, autonomiczny okręg i niemal nie obowiązuje tu greckie prawo, a jedynie boskie.
Granic półwyspu strzeże grecka armia i drogą lądową nie można tu nijak wjechać. Ja zostałem tu potajemnie przemycony... Od wieków mówi się tu wszystkimi możliwymi językami wspólnot prawosławnych, od gruzińskiego po serbski, rumuński, rosyjski, starocerkiewnosłowiański i oczywiście grecki. A nawet zapomnianym koine – najpopularniejszą formą greki z czasów Chrystusowych, kiedy niemal cały basen Morza Śródziemnego uznawał znajomość tego języka (nawet Rzymianie) za oznakę ogłady i solidnego wykształcenia.

Ewangeliczna gościna

Od tysiąca lat kościół ortodoksyjny, podobnie jak zachodni, dzielił się na kolejne ryty. Mnisi wiedli wieczne spory między własnymi klasztorami. Pozostałością tego są setki starodawnych dokumentów, układów i porozumień dotyczących tego, co wolno poszczególnym monastyrom. Tu powstała pierwsza ławra, czyli rodzaj wspólnej władzy zwierzchniej, która regulowała bieżące spory. Do dziś niemal każdy z klasztorów odprawia msze po swojemu, często w innym języku.
Największym problemem mieszkańców zawsze było to, że w prawosławiu bardzo liczy się, którego władcy imię wymienia się podczas nabożeństwa. To jedna z większych, ziemskich nobilitacji. Różni ortodoksyjni możni próbowali nawet przekupywać mnichów, by właśnie ich wypominali. Był czas, że mogło się to skończyć źle. Na przełomie XIX i XX wieku cerkiew rosyjska zaczęła wysyłać tu masowo swoich podopiecznych, by ilościowo zdominować Górę Athos i uczynić ją rosyjskojęzyczną. Pewnie tak by się stało, gdyż w pewnym momencie stanowili oni już połowę tutejszych mieszkańców. Planom przeszkodziła rewolucja bolszewicka, która rozbiła doszczętnie rosyjską cerkiew. Ale mnie udało się jeszcze pagawarit' niemnożka z 90-letnim popem pamiętającym tamte czasy.
Fot. Mark PorsMnisi żyją na dwa sposoby. Albo samodzielnie w pustelniach, i wtedy sami muszą się o siebie zatroszczyć, uprawiać poletka i dbać o strawę. Albo w monastyrach, gdzie wszyscy zgromadzeni pracują dla wspólnego dobra. Najpiękniejszą zasadą wszystkich mnichów jest to, że nigdy nie wolno im odmówić gościny podróżnemu, więc stąd bierze się miejscowa turystyka.
Chętni do odwiedzin muszą się zgłosić do granicznego, portowego miasteczka Uranopolis o 9.15 rano i złożyć podanie o wizę (lepiej uczynić to znacznie wcześniej). Jeśli ją dostaną, o godzinie 10 statek przewozi ich do portu Daphni, skąd mogą wyruszyć na spacer. Gdy ma się szczęście, można tu zostać kilka dni i zamieszkać w samotni jednego z monastyrów za darmo, by uporządkować swoje myśli. Wtedy goście przyjmują takie same obowiązki jak mnisi. Modlą się (zwykle od 3 rano), jedzą i pracują razem z nimi.

No woman, no cry

Pojęcie równouprawnienia na Górze Athos nie istnieje. Od ponad tysiąca lat kobiety nie mają tu wstępu. W ogóle i bez wyjątków. Kontemplacja dotyczy tylko mężczyzn, a wiadomo od zarania dziejów, że niewiasta może w tym zacnym dziele przeszkodzić... Kobietom pozostaje wycieczka statkiem i obserwacja nieziemskiego piękna półwyspu z pokładu. Taki wycieczkowiec nie może się zbliżyć do brzegu na odległość mniejszą niż 500 metrów!
Nie mogą tu nawet przebywać żadne zwierzęta płci żeńskiej, zarówno wykorzystywane do pracy (najczęściej osiołki), jak i hodowli (np. kozy). Za to roi tu się od dzikiej zwierzyny, bo mnisi nigdy nie jedli mięsa – tylko ryby i warzywa. Zwierzaki muszą być jednak czujne, bo tuż pod granicznym murem roi się od myśliwych ze strzelbami, którzy tylko czekają, by jakiś szarak lub dzik wyszedł poza półwysep...

Projekt „Athos–Tsantali–Kreml”

Fot. Archiwum TsantaliWiekowy Evangelos Tsantalis zaczął bywać na półwyspie w latach 70. ubiegłego wieku. Dziś można dojechać tu z Sołunia (Salonik) w dwie godziny i jeszcze zjeść solidny obiad po drodze. Wtedy nestor firmy musiał górskimi serpentynami poświęcić na to trzy razy więcej czasu. I jego celem nie do końca było wino. Lubił tutejszy spokój i zadumę nad losem oraz życiem. Mnisi wino robili zawsze, bo w prawosławiu eucharystię podaje się pod postacią chleba i wina. Wino było bardziej niż byle jakie i robione nie wiadomo z czego. Ale w końcu i on się nim zainteresował.
Zaczął zaprzyjaźnionych duchownych przekonywać, co do wartości siedliska i wypróbowania czegoś nowego. Wreszcie mu się udało, ale sprawa była trudna, bo duchowni nie są niezależni – mają swoje patriarchaty, które decydują całkowicie o ich losie. A on chciał wydzierżawić nieco ziemi akurat od... rosyjskiej cerkwi. Po tysiącu lat na Górze Athos powstało wtedy pierwsze komercyjne wino!
Gdy widzę równe rządki nowych greckich i międzynarodowych krzewów, pytam podchwytliwie Peryklesa Dracosa z Tsantali: „Ile tego tutaj macie?”. U mojego rozmówcy, z którym spędziłem kilka dni, nie widziałem wcześniej tak szczerego wybuchu śmiechu. – Chłopie, ani centymetra! Nie wolno nam! Wszystko dzierżawimy. Nasza winiarnia jest malutka, chcemy nieco większej, bo teraz część owoców musimy wozić stąd do centrali w Agios Pavlos pod Sołuniem. Ale jeśli postanowimy zasadzić tu choćby nowy krzew, wszystko musimy załatwiać w... Moskwie. Był tu Putin, ale nawet on nie mógł nam pomóc, choć Tsantali jest jedynym oficjalnym dostawcą greckiego wina na Kreml! A wiesz, jak działa biurokracja w Moskwie! Także w cerkwi. To może trwać latami – mówił już z mniejszym uśmiechem.
Firma Tsantali jest jedynym producentem wina na świętej Górze Athos. I jako jedyna ma prawo używać nazwy „Athos” na etykietach, choć nie jest to zastrzeżona apelacja. Główne wino nazywa się Metóxi „X”, co oznacza „monastyr”, zaś „x” pochodzi oczywiście od „extra”, bo bez apelacji nie mogą użyć określenia „reserva”.

Akcja „Przerzut”

Fot. Anderas ZervasTo właśnie Perykles był pomysłodawcą mojego przemytu na półwysep. W murze granicznym jest mała bramka, a sześć osób zajmujących się na stałe produkcją wina w Tsantali (w tym Perykles) ma stałe, roczne przepustki i klucze do furty. Warunek – muszą się wynieść przed zachodem słońca. W czasie zbiorów czasowe wizy dostaje jeszcze 30 osób, ale też muszą zniknąć przed zmierzchem. Oczywiście – wszyscy zatrudnieni to mężczyźni.
Dreszczyk emocji, ale nikt nas nie nakrył. Za furtą czekał już firmowy kierowca w jeepie i szybko ruszyliśmy w głąb lądu. W ten sposób na chwilę poczułem się jak bohater filmu z Jamesem Bondem. Zatrzymaliśmy się w malutkim domku degustacyjnym w górach, gdzie przywitano nas kieliszkiem tsipouro i kęsem koziego sera. Potem kilka godzin jazdy po winnicach i zwiedzanie tego, co ma być tą większą winiarnią, jeśli będzie zgoda moskiewskiej cerkwi i rosyjskiego monastyru. No i zniewalające piękno otoczenia...  
Jeszcze jedna konstatacja. Dziś życie na półwyspie nieco się zmienia. Do języków, które można tu usłyszeć dołączył... angielski. Coraz więcej naukowców, lekarzy, a nawet specjalistów od sieci komputerowych odnajduje swoje powołanie, by pozostałą część życia spędzić właśnie tutaj, na odludziu. Na Athos działają komórki, a w wielu miejscach można bezprzewodowo połączyć się z internetem! Część z monastyrów dalej wiedzie ubogie, ascetyczne życie, ale kilka obraca ogromnymi pieniędzmi na nowojorskiej giełdzie!

 

O greckich tradycjach w domu Andrzeja Sikorowskiego czytaj na: Nasz dom był zawsze bez tajemnic, a o kuchni tego kraju więcej na: Kraj dla zmysłów.

Czas Wina nr 55

Zdjęcia

FB