Kraina nadmiaru, czyli dziewięć rzeczy, których nie można przegapić

Langwedocja i Roussillon cierpią nie tylko na nadmiar wina – tu wszystkiego jest jakby za dużo. Począwszy od starożytnych ruin zachowanych w doskonałym stanie, przez mnogość średniowiecznych zamków, klasztorów i miasteczek, po niekończące się plaże, rozsiane tu i tam skały i góry, czyste rzeki i jeziora.

Wybór atrakcji zdaje się nie mieć końca, a powiedzenie „dla każdego coś dobrego” nabiera tu kusząco-rubensowskiego kształtu.

Małe białe z Limouxfrancuskie białe i (od niedawna) czerwone wina klasy AOC z... (...)

W Szampanii burzą się najspokojniejsze wina, gdy pada nazwa Limoux. To miasteczko jest bowiem przez wielu historyków wskazywane jako miejsce narodzin boskich bąbelków. Już w 1531 roku benedyktyni z pobliskiego opactwa Saint-Hilaire wpadli na trop metody produkcji musującego białego wina, którą ponoć pod koniec XVI wieku podpatrzył u nich słynny Pérignon i przeniósł na szampańskie terroir. Co było dalej wiemy – świat oszalał na punkcie szampana, a o blanquette (w języku oksytańskim oznacza: małe białe) z Limoux mało kto słyszał. A tu lekkie, musujące wina o charakterystycznym aromacie jabłek i świeżo skoszonej trawy (skłaniającym do porównań z markowymi cydrami), produkuje się ze szczepu mauzac z niewielkim dodatkiem chenin blancfrancuska odmiana białych winogron, obecnie jedna z najbard... (...)chardonnayfrancuska odmian białych winogron, jedna z najbardziej rozp... (...) nieprzerwanie od pięciuset lat. Od 1938 roku już w ramach jednej z pierwszych na południu Francji apelacji: Blanquette de Limoux. W okolicach Limoux, obdarzonych chłodnym jak na Langwedocję klimatem, wytwarza się również chardonnay i pinot noirjedna z najbardziej rozpowszechnionych i najstarszych czerwo... (...) w burgundzkim stylu. Jednak to „małe białe z bąbelkami” jest tu niekwestionowanym królem. Szczególnie w czasie karnawału.

Kanał Południowy

Fot. Paweł PolakZwiedzając apelacje Minervois i Corbières, co rusz mijamy poplątane wstążki rzeki Aude i Kanału Południowego. Jego twórca, przedsiębiorca Pierre Paul Riquet, tonął w długach, gdy umierał na krótko przed uroczystym otwarciem Canal du Midi w roku 1681. Spadkobiercom Riqueta wodna inwestycja zwróciła się dopiero po stu latach. Kiedyś prawdziwy cud techniki i ważny trakt handlowy, poprzez Garonnę łączący wybrzeże Atlantyku z Morzem Śródziemnym, pozwalał uniknąć naszpikowanej piratami drogi morskiej dookoła wrogiej Hiszpanii. Dziś Canal du Midi jest wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO żelaznym punktem turystycznej oferty Langwedocji. Ciągnie się niespiesznie w cieniu platanowych alei od Tuluzy do nadmorskiego Seté, rodzinnego miasta Georges’a Brassensa. Wynajętą barką można w tydzień pokonać 240-kilometrową trasę, pełną urokliwych mostów, śluz i przystani. Po drodze do zaliczenia wiele atrakcji z Carcassonne na czele oraz miasteczka nie tak znane, a piękniejsze. Gdy znudzi nas leniwa podróż w tempie 5 km na godzinę, można przesiąść się na rower i ścigać z barką ścieżkami rowerowymi wzdłuż kanału.

Górna półka

Roquefort-sur-Soulzon, miasteczko niezwykle malowniczo rozciągnięte na górskim zboczu, administracyjnie znalazło się tuż za granicą Langwedocji-Roussillon. Geograficznie i kulturowo nadal jest to jednak obszar tzw. Górnej Langwedocji.
To tu w naturalnych skalnych grotach Cambalou wyrabia się od wieków, a od XV wieku pod ochroną prawa wyłączności do nazwy, słynny owczy ser z pleśnią – Roquefort. Mimo że za smak jak i charakterystyczny zapach odpowiadają najzwyklejsze grzyby, to już proces ich rozrastania się wśród grudek sera można określić jako co najmniej poetycki: do leżakujących w chłodnych grotach serów, dotkniętych penicillium roqueforti, docierają delikatne podmuchy wiatru, stymulując rozwój szlachetnej pleśni…  Czy jest aż tak pięknie, można przekonać się samemu, bo lokalne wytwórnie prócz sera oferują również zwiedzanie owczarni, serowarni i pachnących pleśnią grot skalnych. Bon appétit!

Pradziadek z Tautavel

Fot. Wikimedia/Jean-Pierre DalbéraZ chłodnych jaskiń Cambalou do rozgrzanego Tautavel droga kręta i długa. Na południowym krańcu Francji, w nieco na siłę połączonym z Langwedocją regionie Roussillon średnia temperatura roczna wynosi 15ºC. Otwarta na Morze Śródziemne „scena” amfiteatru, który tworzą Pireneje, wzniesienia Corbières i Albères, to doskonałe miejsce dla winnic słynących z naturalnych win słodkich, a także gęstych, oleistych, pachnących dojrzałymi owocami czerwonych win wytrawnych. Czy podobne warunki docenili również nasi praprzodkowie, osiedlając się właśnie tu? Niedaleko Tautavel bowiem odnaleziono najstarszy w Europie fragment czaszki praczłowieka. Pochodzące sprzed 450 tysięcy lat kości stały się nie lada sensacją, zaś w Tautavel powstało stosowne muzeum, a raczej multimedialna wystawa, obrazująca jak niewesołe było sobie życie dawno, dawno temu. Na zmęczonych winem i prehistorią czeka w okolicy mnóstwo skalnych „kanionów” wypełnionych krystaliczną wodą. Raj dla (trzeźwych) wspinaczy i eksploratorów jaskiń.

Cassoulet w kamieniołomach

O różowe kamienie w miasteczku Caunes Minervois potknąć się można dosłownie na każdym kroku. Luksusowy marmur służy jako zwykły schodek, podpórka pod ławeczkę czy chodnik do pierwszego z brzegu domostwa. Choć marmur z Caunes wędrował do Wersalu czy Luwru, tu jest powszedni niczym cassoulet, czyli popularna w Langwedocji, bogatsza wersja naszej fasolki po bretońsku. Potrawa jednogarnkowa, koniecznie z wielu rodzajów mięsa i kawałkiem kaczki wystającym dumnie ponad mocno doprawiony rozmarynem fasolowy gulasz. Zestaw niezwykle sycący, w sam raz na jesienne słoty bardziej niż wakacyjne upały i nie do zjedzenia
bez kieliszka czerwonego wina.
Fot. Justyna Korn-SuchockaW Caunes najlepszy cassoulet podają w La Marbrerie, restauracji posadowionej w dawnym warsztacie obróbki marmuru. Przy wejściu przypomina o tym różowa rzeźba, a wewnątrz wystawa starych zdjęć i narzędzi. I choć w miasteczku czeka przepiękny klasztor Benedyktynów z VIII wieku, to wyprawa do La Marbrerie warta jest kilku romańskich kościołów. W porze lunchu spotyka się tu tubylczy przekrój:
od białych kołnierzyków po spracowanych obywateli. Znak, że karmią niedrogo i baaardzo smacznie.

Jeszcze dalej niż Południe

Kto oglądał komedię Jeszcze dalej niż Północ, wie, co Francuzi z Południa sądzą o swych rodakach z Północy. Dla nieco ponad siedmiu tysięcy mieszkańców Céret, najdalej na południe wysuniętego miasta Roussillon i Francji, okolice Lille są równie egzotyczne, jak dla nas delta Nilu. Zwłaszcza że bliżej im do katalońskiej Barcelony niż Paryża, któremu jednakowoż zawdzięczają wiele – od początku XX wieku ze stolicy do malowniczego Céret przyjeżdżali tłumnie spragnieni światła i przestrzeni artyści. Widać czuli się tu doskonale, bo tworzyli na potęgę, zostawiając po sobie to i owo. I tak w granicznej mieścinie urokliwie wciśniętej pomiędzy pirenejskie szczyty powstała imponująca kolekcja do podziwiania w miejscowym Muzeum Sztuki Współczesnej. Kogo tu nie było: Herbin, Kisling, Soutine, Chagall, Braque, Dufy i Picasso to tylko część artystów, którzy przewinęli się przez Céret, tworząc artystyczne kolonie prężenie działające do lat 50. XX wieku.
Wciąż jest tu sporo galerii, działa muzeum instrumentów, a także uznany Festiwal Muzyki Katalonii, którego pomysłodawczynią i organizatorem jest mieszkająca tu polska kompozytorka Joanna Bruzdowicz. Wiśnie, obficie owocujące w okolicy, stały się obok kubistów symbolem miasta, a ich majowe zbiory to jeden z wielu pretekstów do świętowania, paradowania, tańczenia sardany i urządzania corridy. Niezwykle inspirujące miejsce na końcu świata.

Gra słów

Fot. Paula RochaLodève przez całe wieki znane było przede wszystkim pątnikom wędrującym z Arles do Santiago de Compostela po Via Tolosana – jednym z kilku jakubowych szlaków Langwedocji. Od 1998 roku to niewielkie miasteczko położone niedaleko Montpellier, stało się celem zupełnie innych pielgrzymek: na festiwal Voix de la Méditerranée przybywają w lipcu poeci z południa Europy, ale również z Afryki i Bliskiego Wschodu, by czytać swoje wiersze, rozmawiać o poezji, spotykać się z kolegami po fachu
i – co chyba najważniejsze – konfrontować swoje widzenie świata z wrażliwością i cierpliwością międzynarodowej i szczelnie wypełniającej uliczki Lodève publiczności. I tak na skwerach, ulicach i w kafejkach od rana do nocy głoszone jest słowo, nie tylko po francusku, choć oczywiście ten język słychać tu najczęściej. Czasami prezentacje przeradzają się w koncerty albo happeningi, pokazy rodem z teatru ulicznego, czasem wspólne medytowanie nad fenomenem poezji, a bywa że i spontaniczne zabawy. Może więc mylił się Tadeusz Różewicz, pisząc w czasie przeszłym „Byli szczęśliwi dawniejsi poeci. Świat był jak drzewo a oni jak dzieci (…)”. W Lodève czas w tych sprawach wyraźnie stanął w miejscu.

Sur le pont…

Kto wie, gdyby Rzymianie potrafili przepowiadać przyszłość, być może nie staraliby się tak bardzo cywilizować podbitych ziem i nie budowaliby tych wszystkich amfiteatrów, warowni i akweduktów, a losy cesarstwa potoczyłyby się inaczej? Dziś nie można wyobrazić sobie Langwedocji bez fragmentu akweduktu Pont du Gard – trzypiętrowego mostu-giganta zbudowanego dwa tysiące lat temu bez użycia komputerowych programów, o zaprawie murarskiej nie wspominając. Pont du Gard służył mieszkańcom rzymskiego Nimes przez czterysta lat, potem niedoglądany wodociąg zaczął szwankować. Nowi mieszkańcy miasta nie gustowali widać w czystej wodzie i akwedukt został sprowadzony do roli solidnej kładki nad rzeką Gard. Do dziś spojrzenie w dół z najwyższej kondygnacji przyprawia o dreszcz emocji. Prócz podziwiania widoków, warto odwiedzić posadowione u stóp akweduktu nowoczesne muzeum, które multimedialnie opowiada o dniu codziennym rzymskiego miasta, o budowniczych akweduktów i o wodzie, bez której Rzymianie nie umieli żyć.
Na otwartej przestrzeni sąsiadującej z akweduktem zorganizowano ekspozycję poświęconą garrigue – roślinności porastającej kamienistą, suchą Langwedocję i innym śródziemnomorskim roślinom, które od wieków towarzyszą mieszkańcom tej ziemi. Gwarantowane kilka godzin intensywnego obcowania z historią, bez której tutejszy krajobraz nie byłby kompletny.

Carcassonne

Fot. Paweł PolakZły sen historyków sztuki. Dziewiętnastowieczny architekt Eugène Viollet-le-Duc, ratując od kompletnego upadku zespół unikatowych średniowiecznych fortyfikacji, postanowił je upiększyć. Idąc za romantycznym porywem serca miast prostych średniowiecznych dachów zaordynował formy rodem z bajek o Babie Jadze. Jeśli jednak przymkniemy oko na ten lifting, La Cité robi ogromne wrażenie szczególnie swoim rozmachem i wielkością. Fortyfikacje na górującym nad okolicą wzgórzu budowali już Galowie i Rzymianie. Dokończyli Wizygoci i Frankowie, tworząc jedną z największych średniowiecznych warowni w Europie. Podwójne mury obronne o długości trzech kilometrów wraz z 52 wieżami i bramami okalają stare miasto z zamkiem i katedrą pośrodku. Na początku XIII wieku wygnano stąd Katarów, a Langwedocja niebawem dołączyła do korony francuskiej. Jako warownia graniczna odgrywała ważną rolę aż do XVII wieku, kiedy granica, po wchłonięciu przez Francję Roussillon, przesunęła się na północ. Niezdobyta niegdyś twierdza co roku pada pod naporem prawie trzymilionowej armii turystów. Do zobaczenia poza wysokim sezonem i najlepiej po zmroku, gdy obficie oświetlone mury i uliczki zaczynają przypominać średniowieczne miasto, a nie mrowisko.