Nie ma to jak w Argentynie

Los Patios de Cafayate | fot. P. Gąsiorek
Los Patios de Cafayate | fot. P. Gąsiorek
Paweł Gąsiorek | fot. J. Poremba

Gdy ostatni raz byłem w Argentynie, istniały tu dwa kursy walut, a dolary wymieniało się u cinkciarzy. Młodszej generacji czytelników wyjaśniam, że cinkciarze to osoby zawodowo trudniące się wymianą walut, robiące to po właściwym, czyli rynkowym kursie. Słowo „cinkciarz” wzięło się stąd, że owi panowie podchodzili do wszystkich przechodzących w okolicach banku osób z propozycją „cienć many”.

W większości krajów świata ten właściwy kurs jest równocześnie jedynym, jednak wszędzie tam, gdzie polityka zaczyna brać górę nad ekonomią, pojawiają się dwa kursy: ten oficjalny, którego chce rząd, i rynkowy, wyznaczany przez „niewidzialną rękę”. Argentyna przeszła już okres wstawania z kolan wyznaczony przez rządzące tu przez kilkanaście lat małżeństwo Kirchnerów i obecnie z powrotem obowiązuje tu jeden kurs walut, które wymienia się, jak w każdym innym przyzwoitym kraju, w kantorach.

Innym problemem Argentyny sprzed pięciu laty były niekończące się strajki linii lotniczych. W kraju wielkości Argentyny powoduje to natychmiast kompletny paraliż, bo transport ludzi odbywa się głównie samolotami. Wszyscy przestrzegali przed podróżowaniem Aerolineas Argentinas.

Z pewną nieśmiałością zatem stawiłem się w lutym tego roku na nowoczesnym lotnisku w Montevideo, by odbyć podróż lotniczą do Buenos Aires. I tu pierwsze zaskoczenie. Samolot odleciał bardzo punktualnie, w dodatku robił wrażenie nowo zakupionego. Podobnie było w drugiej części podróży z Buenos Aires do Salty.

Droga z Salty do Cafayate trwa około trzech godzin, choć to tylko 180 km. Ale to nic nie szkodzi, gdyż jest to jedna z najpiękniejszych górskich dróg na świecie. Prowadzi wąską doliną otoczoną czerwonymi mieniącymi się w słońcu skałami. Po drodze warto przystanąć przy dwóch wąwozach: Garganta del Diablo (Gardziel Diałbła) i Amfiteatro. Ciekawostką tej trasy jest brak mostów. Wprawdzie prowadzi ona jedynie wzdłuż głównej rzeki, ale przecina ją mnóstwo małych potoków, które w czasie deszczu przeistaczają się w rwące rzeki. Wtedy przejazd jest niemożliwy. A jeżeli jesteśmy w trasie, niechybnie utkwimy – może na całą noc – pomiędzy jednym strumykiem a drugim, czekając, aż spłynie sobie do rzeki.

Przy wjeździe do Cafayate położony jest najlepszy hotel w mieście. Znajduje się on w budynkach starej hacjendy, która połączona była z winiarnią Michel Torino i należała do rodziny o tym nazwisku. Dziś jest w rękach potężnej argentyńskiej grupy winiarskiej Peñaflor, która zmieniała jej nazwę na El Esteco, a sam hotel nazywa się Los Patios de Cafayate. Warto tu się zatrzymać, ceny nie przerażają, a standard jest naprawdę wysoki. Uroczym zwyczajem jest wieczorne częstowanie wszystkich gości „szampanem” produkowanym dosłownie za ścianą. Daje to możliwość poznania pozostałych gości i niezobowiązującej pogawędki.

Dni warto spędzić na odwiedzaniu winnic. Właściwie w każdej znajduje się recepcja połączona z salką degustacyjną i sklepem. Można to robić wręcz spacerem, bo wiele winiarni ma swoje siedziby w samym mieście. Warto odwiedzić El Porvenir, Domingos Hermanos, El Transito, San Pedro de Yacochuya czy mieszczącą świetną restaurację bodegę Piattelli. Mieszkając w hotelu Los Patios, oczywiście obowiązkowym zajęciem jest odwiedzenie tej historycznej bodegi i zdegustowanie ich najlepszych win.

W samym rynku znajduje się wiele restauracji serwujących lokalną kuchnię, gdzie przeważa wołowina i koźlina. Dla mnie najciekawszym punktem gastronomicznym była niewielka autorska restauracja Pacha prowadzona przez Tomása Casado. Tomás spędził kilka lat w Hiszpanii i Francji, przywiózł stamtąd znajomość gotowania i w rodzinnej miejscowości rozwija swoją pasję.

Wytrwalszym podróżnikom polecam jeszcze odwiedzenie najwyższej winnicy świata znajdującej się na wysokości 3111 m n.p.m., należącej do bodegi Colomé. W samym kompleksie oprócz winiarni znajduje się też galeria sztuki współczesnej i pięciogwiazdkowy hotel z winnym SPA.

I jak tu nie przypomnieć sobie zdania ze skeczu, który pamięta jeszcze czasy polskich cinkciarzy: „Nie ma to jak w Argentynie, jeden śpi, a drugi drzymie”.